PSL jest zasadniczo umiarkowany (...)Generalnie jest to ta sama edycja katolickiej konserwy, którą obserwujemy w Polsce, po prostu inny "smak" - wiejsko-zaściankowy zamiast miejsko-liberalny czy paranoidalno-awanturniczy. Same shit, diffrent flavour.
Zgadza się - ale ze względu na brak tej wojowniczości są właśnie partią umiarkowaną, a przez to strawniejszą niż "pisuary" itd.PSL jest zasadniczo umiarkowany (...)Generalnie jest to ta sama edycja katolickiej konserwy, którą obserwujemy w Polsce, po prostu inny "smak" - wiejsko-zaściankowy zamiast miejsko-liberalny czy paranoidalno-awanturniczy. Same shit, diffrent flavour.
Zgadza się - ale ze względu na brak tej wojowniczości są właśnie partią umiarkowaną, a przez to strawniejszą niż "pisuary" itd.Dla kogo strawniejszą... ;-) Paradoksalnie w PiS łatwiej mi dostrzec jakieś jaśniejsze światełka niż w PSL. Wiadomo - dżęder i brzoza rządzą w PiS, ale i PSL ze swoją przaśnością budzi u mnie gigantyczny niesmak (chociażby prezentowane jakiś czas temu poetyckie przemówienie Piechocińskiego, kiedy recytował z kamienną twarzą wyjątki z piosenek patriotycznych).
Bo w sumie co ma zrobić ktoś, kto ma tam jakiś "żal" do PO (Polacy kochają zwalać swoje niepowodzenia życiowe na "zły rząd" - jaki by on nie był),Oczywiście, antyrzadowość jest naturalna - choć równoważona po częsci przez koniunkturalizm. Przy czym moim zdaniem w wielu miejscach PO jest słusznie punktowane - niezależnie czy punktuje PiS czy inne partie.
z wiadomych przyczyn PIS budzi jego obrzydzenieSondaże by wskazywało że takich ludzi nie jest aż tak wielu. Mi do PiSu daaaaleeeko, ale nie lubię takiego wyrzygiwania się na PiS i straszenia nim jak piątym jeźdźcem apokalipsy. PiS u władzy już było, nie szło im najlepiej - ale też nie aż tak bardzo gorzej, a państwo jak było tak jest. Więc bez paranoi :)
a jednocześnie partyjek w stylu "korwinowców" i "palikotowców" nie traktuje poważnie... bo polityczny kabaret udał się tylko raz i był to "numer na raz" - Polska Partia Przyjaciół Piwa w 1991 (pod kierownictwem Rewińskiego - potem już nie).
Pozostaje takim ludziom tylko SLD i właśnie PSL - tyle, że SLD się mocno "zgrało". Była to całkiem sensowna partia (jeszcze jako SdRP), ale w czasach Cimoszewicza i "pierwszego Millera" (osobiście uważam, że rząd Cimoszewicza* był najlepszym rządem w czasach "popeerelowskich"), ale potem popełniła kilka błędów... przewodnictwo Olejniczaka i potem Napieralskiego "położyłoa" tę partię (moje poparcie wtedy też stracili) i już się nie podnieśli i chyba nie podniosą.Dla mnie powrót Millera był dowodem na to, że SLD całkowicie pogubiło się w tym, gdzie chce iść. Za Olejniczaka (przynajmniej tak mi się zdawało) próbowało otworzyć się nieco bardziej na nowe nurty lewicy (choć sam Olejniczak to wychowanek aparatczyków, po rpostu taka polityka marketingowa), podczas gdy Napieralski to już reakcja bonzów i zabetonowanie. Millera wezwano chyba tylko dlatego, że wie jak sobie z tymi SLDowskimi działaczami radzić, ale ja nie widzę szans na ekspansję na nowy elektorat.
Stąd choć nie popieram i raczej nie poprę nigdy PSL (ale w sumie nigdy nie mów nigdy - bo nie wiesz co się jeszcze wydarzyć może...) - i na razie od czasów rezygnacji Cimoszewicz nie mam własnego typu i głosują na mniejsze zło czyli po prostu przeciwko PIS, to nie dziwię się, że ludzie nie mający na kogo głosować decydowali się na PSL.No ja mam to szczęście, że nigdy na mniejsze zło nie głosowałem - choć zdarzyło mi się oddać głos nieważny. I uważam, że głosowanie na mniejsze zło jest przeciwskuteczne, bo czasami musi byc jeszcze gorzej żeby się polepszyło... ;-)
Niestety u nas nie ma poważnej partii antyklerykalnej - kiedyś próbowało SLD, ale chcąc był "partią dla wszystkich" mocno spuścili z tonu , co im bokiem wyszło... bo stracili tych, dla których antykleralizm w lewicy był ważny, a jednocześnie tych, którym rozpasanie Krk nie przeszkadza poszli do PIS, który pomimo bycia "prawicą" jest bardziej lewicowy (w poglądach np. na nadmiernie rozpasany socjal itd.) od SLD. Wyszło im to bokiem... bo po prostu stali się partią nijaką.Cóż, SLD nigdy nie było partią faktycznie antyklerykalną, tak samo jak PiS nigdy nie był lewicowy (co by wam uczeni korwiniści nie mówili). Rzekoma wrażliwość społeczna PiSu kończy się na bardzo wybiórczo potraktowanej nauce społecznej kościoła. A antyklerykalizm SLD kończy się chyba na Unii Pracy, he he he.
Inne partie chcące czerpać z antyklerykalizmu się za bardzo nie udały (Ruch NIE na ten przykład) - bo przecież normalni i rozsądni ludzie nie głosują na partie, które cały swój program opierają tylko na antyklerykaliźmie... nawet zdeklarowani antyklerykałowie. W końcu światopogląd tego czy innego typu jest na drugim czy trzecim miejscu, po sprawach ważniejszych dla naszego bytowania czyli funkcjonowaniu państwa, poziomie życia itd.Problem polega na tym, że w Polsce (i gdzie indziej) o głosowaniu naprawdę decyduję sprawy trzecio- i czwartorzędne. Antyklerykalizm napompował Palikota, tak jak antyfeminizm i aspołeczność pompują Korwina (choć niektórzy mówią że po prostu zjadł rurkowca i spuchł), a antyrosyjskość pompuje Kaczyńskiego. Można powiedzieć, że sprawy bytowe decydują o głosowaniu tylko wtedy, gdy mamy w rodzinie działacza partii, który będzie mógł nam coś załatwić po dojściu do władzy...
Sondaże by wskazywało że takich ludzi nie jest aż tak wielu.Pomimo posiadania całkiem sporego elektoratu pozytywnego, ta partia ma jednak prawie największy elektorat negatywny. Można więc stwierdzić, że jednak wiele osób, które nigdy nie zagłosują na PIS (w skrajnym przypadku odpuszczą sobie głosowanie w ogóle) i o to mi chodziło.
Mi do PiSu daaaaleeeko, ale nie lubię takiego wyrzygiwania się na PiS i straszenia nim jak piątym jeźdźcem apokalipsy. PiS u władzy już było, nie szło im najlepiej - ale też nie aż tak bardzo gorzej, a państwo jak było tak jest. Więc bez paranoi :)Nie zrozumieliśmy się... owszem jak słusznie zauważasz nie szło im najlepiej (ale minęło trochę lat i wielu o tym zapomniało, a niektórzy nie pamiętają - stąd większy odsetek bardzo młodych głosujących obecnie na ta partię).
Bo o ile wiadomo, że PPPP był kabaretem (czy się udał to nie wiem - miał ilu, 4 posłów? I to wtedy gdy nie było progu wyborczego, więc i Korwin był w Sejmie)Ale ja wyraźnie pisałem o 1991 i Rewińskim - 16 posłów. Byliby ponad progiem - nawet wtedy gdy on się pojawił wtedy. Doskonale pamiętam - to był wtedy naprawdę pewien fenomen, a do tego paru posłów, którzy weszli właśnie dzięki PPPP potem działało w poważnych ugrupowaniach.
...o tyle mówienie o KNP czy TR jako o kabarecie jest moim zdaniem nadużyciem. Oczywiście, można się z nich śmiać (jak ze wszystkich partii) - ale ich śmieszność nie jest zamierzona, więc i kabaret z nich żaden.Jeśli ich śmieszność nie jest zamierzona to tym gorzej dla nich - bo jak nie celowo, to już tylko do psychiatry się udać powinni... ;)
Palikot miał całkiem sporą szanse, bo uderzył w dobry elektorat - ale nie potrafił go zachować, miotając się między lewicową gęba, a liberalno-prawicowymi prawdziwymi poglądami. Oczywiście, obie te partie miały różnego rodzaju happeningi i kontrowersyjne zachowania i wypowiedzi liderów - ale nie doszukujmy się kabaretu tam, gdzie są po prostu nietypowe jednostki.
Dla mnie powrót Millera był dowodem na to, że SLD całkowicie pogubiło się w tym, gdzie chce iść. Za Olejniczaka (przynajmniej tak mi się zdawało) próbowało otworzyć się nieco bardziej na nowe nurty lewicy (choć sam Olejniczak to wychowanek aparatczyków, po rpostu taka polityka marketingowa), podczas gdy Napieralski to już reakcja bonzów i zabetonowanie. Millera wezwano chyba tylko dlatego, że wie jak sobie z tymi SLDowskimi działaczami radzić, ale ja nie widzę szans na ekspansję na nowy elektorat.To temat na głębsza analizę - zapewne przyczyn ich upadku jest wiele... ja (i parę osób, które znam) upatrują to w właśnie w nijakości tej partii, która nastała właśnie za Olejniczaka. Na pewno swoimi wypowiedziami pozbył się np. dużej części elektoratu antyklerykalnego. Podobnie jak miotanie się pomiędzy umiarkowaną lewicą, a centrum doprowadziło do tego, że ta partia przestała wyrażać cokolwiek. Podejrzewam, że powrót Millera miał być próbą ratowania tego co już się uratować nie dało... za późno. Zmarnowali potencjał jaki dała im sprawa UE... Zgadzam się, że już się nie podniosą.
Cóż, SLD nigdy nie było partią faktycznie antyklerykalną, tak samo jak PiS nigdy nie był lewicowy (co by wam uczeni korwiniści nie mówili). Rzekoma wrażliwość społeczna PiSu kończy się na bardzo wybiórczo potraktowanej nauce społecznej kościoła. A antyklerykalizm SLD kończy się chyba na Unii Pracy, he he he.Pod względem podejścia do opiekuńczego państwa, do rozpasania socjalu jednak PIS jest bliski lewicy. Jak dla mnie to po prostu narodowi-socjaliści (oczywiście nie mylić tego z pewną partią o takim określeniu znaną z przeszłości) - a co o nich mówią "korwiniści" to nawet nie wiem... jakoś niczego sensownego to się od nich nie spodziewam.
No ja mam to szczęście, że nigdy na mniejsze zło nie głosowałem - choć zdarzyło mi się oddać głos nieważny. I uważam, że głosowanie na mniejsze zło jest przeciwskuteczne, bo czasami musi byc jeszcze gorzej żeby się polepszyło... ;No cóż będą zdecydowanie antyklerykałem, ale jednocześnie przeciwnikiem rozpasania socjalu, opiekuńczości państwa oraz będąc zdanie, że jest tym lepiej im się państwo w życie i pracę obywatela oraz "regulowanie gospodarki" mniej miesza, do tego nie mam żadnych fobii w stosunku do innych narodowości, państw, osób mających inny niż mój styl życia i "upodobania", a do tego jestem niewrażliwy na jakiejkolwiek slogany patriotyczno-narodowe, traktując układ państwo-obywatel jako "czysto biznesowy" - raczej nie znajduję partii, która choćby w dużej części była zgodna z moimi przekonaniami.
Problem polega na tym, że w Polsce (i gdzie indziej) o głosowaniu naprawdę decyduję sprawy trzecio- i czwartorzędne.A tutaj się zgodzę... większość głosujących nawet nie jest w stanie wyrazić swoich (a nie zasłyszanych w sloganach) poglądów, na sprawy ważne - na państwo, na gospodarkę i na to co faktycznie ma wpływ na ich poziom życia. Smutne, ale prawdziwe...
To temat na głębsza analizę - zapewne przyczyn ich upadku jest wiele... ja (i parę osób, które znam) upatrują to w właśnie w nijakości tej partii, która nastała właśnie za Olejniczaka. Na pewno swoimi wypowiedziami pozbył się np. dużej części elektoratu antyklerykalnego. Podobnie jak miotanie się pomiędzy umiarkowaną lewicą, a centrum doprowadziło do tego, że ta partia przestała wyrażać cokolwiek. Podejrzewam, że powrót Millera miał być próbą ratowania tego co już się uratować nie dało... za późno. Zmarnowali potencjał jaki dała im sprawa UE... Zgadzam się, że już się nie podniosą.Cóż, wielkośc SLD jest paradoksalnie i plusem i minusem. Ich "żelazny" elektorat z jednej strony ciąży gdy SLD chce wyjść gdzieś dalej i otworzyć się na więcej - a z drugiej strony daje im to co konieczne, czyli te 10% wyniku wyborczego. De facto dopóki sztywna cześć elektoratu SLD nie wymrze, to SLD nie pójdzie nigdzie dalej - a dopóki SLD istnieje, to konkurencja na lewicy ma małe szanse coś ugrać.
Pod względem podejścia do opiekuńczego państwa, do rozpasania socjalu jednak PIS jest bliski lewicy. Jak dla mnie to po prostu narodowi-socjaliści (oczywiście nie mylić tego z pewną partią o takim określeniu znaną z przeszłości) - a co o nich mówią "korwiniści" to nawet nie wiem... jakoś niczego sensownego to się od nich nie spodziewam.Tu żeby głębiej dyskutować trza by zdefiniować "rozpasanie socjalu". Bo jak mi się zdaje, to PiS w swoim rządzie równo wpisywało się w politykę liberalną, szczególnie z podkradzioną z PO Gilowską jako ministrem wiodącym. Oczywiście, jak wspomniałem, PiS wyciera sobie gębę frazesami opiekuńczymi, ale w praktyce nie oferują w polityce społeczno-gospodarczej wiele więcej niż PO czy właśnie SLD. Mogą krytykowac, że prywatyzacja była realizowana źle, ale to nie znaczy że są jej przeciwnikami. Mogą się wpisać w szerszy, nieco ponadpolityczny nurt krytyki np. umów śmieciowych czy podwyżki wieku emerytalnego, ale będąc u władzy realizowali by te same działania - bo nie oferują całkowicie odmiennego programu gospodarczego.
No cóż będą zdecydowanie antyklerykałem, ale jednocześnie przeciwnikiem rozpasania socjalu, opiekuńczości państwa oraz będąc zdanie, że jest tym lepiej im się państwo w życie i pracę obywatela oraz "regulowanie gospodarki" mniej miesza, do tego nie mam żadnych fobii w stosunku do innych narodowości, państw, osób mających inny niż mój styl życia i "upodobania", a do tego jestem niewrażliwy na jakiejkolwiek slogany patriotyczno-narodowe, traktując układ państwo-obywatel jako "czysto biznesowy" - raczej nie znajduję partii, która choćby w dużej części była zgodna z moimi przekonaniami.Wszędzie znajdzie się nisza niszy ;-) Na podstawie w/w skromnego opisu strzelałbym w jakiś "postkorwinizm z ludzką twarzą", czyli egzystująca jeszcze gdzieś UPR czy bardziej nowe twory w postaci Partii Libertariańskiej... No a bardzo mainstreamowo to pewnie takie liberalne frakcje w Platformie Obywatelskiej są, choć oczywiście nie w głównym nurcie tej partii.
Kodeks Karny
Art. 249.
Kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem przeszkadza:
- odbyciu zgromadzenia poprzedzającego głosowanie,
- swobodnemu wykonywaniu prawa do kandydowania lub głosowania,
- głosowaniu lub obliczaniu głosów,
- sporządzaniu protokołów lub innych dokumentów wyborczych albo referendalnych,
podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
Ale obecnie nie mamy demokracji. Wybory są ewidentnie sfałszowane na masową skalę.A niby dlaczego tak sądzisz?
Ale obecnie nie mamy demokracji. Wybory są ewidentnie sfałszowane na masową skalę.
Nie mam takowej wiedzy by potwierdzić lub zaprzeczyć temuż stwierdzeniu.Tak.. i na takiej zasadzie to co można stwierdzić? Nie mam wiedzy (z braku wiedzy?) czy było uczciwie to oznacza, że było nieuczciwie? Jaką wiedzę ma ten motłoch? Żadnej... Polega to na zasadzie - przegraliśmy, nie osiągnęliśmy pożądanego wyniku to "na pewno" nas oszukali. Jakoś nie chce trafić do przekonania, że po prostu wyborcy ich nie chcą. A to jest dla mnie akurat dużo bardziej prawdopodobne niż jakiś szeroko zakrojony spisek zmierzający do sfałszowania wyborów... tym razem na rzecz PSL jak mniemam...
Mój mały idealistyczny umysł podpowiada mi, że w opisanym przez mnie powyżej przypadku byłaby to forma obywatelskiego nieposłuszeństwa, czyli świadomego złamania prawa przeciw niesprawiedliwości, w tym przypadku komisji wyborczej tudzież całego systemu politycznego.Zacznijmy od tego, że ta grupa przestępców (bo dla mnie to jest typowe naruszenie art. 249 - czyli przestępstwo) to są akurat narodowcy... czyli nie mamy tutaj do czynienia z "obywatelskim nieposłuszeństwem" (bo ono polega na czym innym) tylko ze zwykłą burdą typową dla tych środowisk.
W takim razie podaj mi definicję obywatelskiego nieposłuszeństwa.Generalnie nie istnieje jedna definicja tego aktu - ale te najbardziej znane i rozpowszechnione (oraz ich przykłady) sprowadzają to przede wszystkim do działań pozbawionych przemocy, mających na celu nie wykonywanie czynności nakazanych przez prawo, które są uważane za szkodliwe dla społeczeństwa. Typowe dla narodowców burdy jakoś się na to nie łapią...
Co do ,,motłochu", wybory przegrywają już nie pierwszy (i zapewne nie ostatni raz) jakoś wcześniej takich działań nie podejmowali.Narodowcy akurat posługują się burdą zawsze... akurat teraz wykorzystali fakt awarii systemów informatycznych w PKW i zamieszania z tym związanego, aby swoim zwyczajem zabłysnąć kolejną burdą. Przecież wiadomym jest, że nie ma żadnych podstaw prawnych by unieważnić wybory (ilu konstytucjonalistów ma to jeszcze wyjaśniać?)
Jeśli sprawa tyczy się fałszu, to nawet mnie, osobę z dystansem podchodzącą do zagadnień politycznych zastanawia fakt, iż w sondażach PSL zdobyło ,,tylko" 17%, a po podliczeniu i publikacji części wyników miało już 40% poparcia. Czyżby sondaźe aż tak się myliły? Zazwyczaj granica błędu wynosi kilka punktów procentowych...No właśnie po pierwsze sondaż... dotyczył ogólnego wyniku, który obecnie jest nieznany. Wyniki cząstkowe, dotyczące miejsc gdzie głosy lokalnie już policzono nie przeczą jak na razie sondażowi jakoś drastycznie. Zresztą od kiedy to sondaż, przeprowadzony może zresztą w sposób nie dający prawidłowego wyniku może zaprzeczyć wynikowi uzyskanego za pomocą policzenia całości? A jeśli się okaże, że ta średnia (lub wynik w większości województw) to będzie np. 20-23% to co? Błąd w sondażu o 3-6% będzie taki dziwny? A jakby 8% czy nawet 10% to co? Szczególnie, że chyba nie był wykonywany na zasadach grupy reprezentatywnej (co zresztą przy tak zróżnicowanych wyborach lokalnym nic by nie dało), a po prostu na podstawie rozpytywania pod lokalami. Pytanie jaki był przekrój tego rozpytywania w mniejszych i większych miejscowościach... bo jeżeli była przewaga większych to może to zaburzyć wynik w stosunku do PSL. Równie dobrze źle wykonany sondaż mógł to zaburzyć o znacznie więcej.
Tak jak gdzieś czytałem, że "te głosy niewazne to były w dużej cześci głosy PiSu" - co jest bzdurą, bo nikt nie spisuje i nie weryfikuje na kogo miały być oddane nieważne głosy.W kwestii tych "głosów nieważnych" to moje zdanie jest proste - Jak ktoś jest zbyt głupi by przeczytać i zrozumieć dwa zdania instrukcji do głosowania na każdej karcie, to zasadniczo nie powinien mieć prawa głosu, bo i tak jego móżdżek nie jest w stanie wygenerować na tyle złożonego procesu myślowego, aby oddać jakiś świadomy głos na kogokolwiek lub cokolwiek. Czyli zasadniczo nie ma straty, że ten procent głosów to głosy nieważne.
...zadziwiające jest, że najgłośniej przeciwko "fałszowaniu wyborów" protestują dwie organizacje zdecydowanie antydemokratyczne - monarchistyczni korwiniści i zwolennicy silnej ręki z ruchu narodowego.W przypadku narodowców to akurat jest inny mechanizm - oni są podobni do kibiców, dla których też zadyma jest celem, a ta cała piłka kopana zasadniczo tylko tłem. W zasadzie jakikolwiek powód jest dobry do robienia zadymy. Dlatego fakt, że akurat narodowcy robią zadymy to nic dziwnego - powód nie jest ważny, to że akurat tym razem awaria systemu informatycznego PKW jest pretekstem nie ma większego znaczenia. Jak nie to... to znaleźli by sobie inny powód.
A jeśli się okaże, że ta średnia (lub wynik w większości województw) to będzie np. 20-23% to co? Błąd w sondażu o 3-6% będzie taki dziwny...No i wyszło jak się spodziewałem - średnia PSL w skali kraju (abstrahując od nonsensu uśredniania w taki sposób wyborów lokalnych) to 23,68% czyli błąd w stosunku do sondażu (17%) wynosi jakieś 6,5 procent. Biorąc pod uwagę, że nawet w prostych sondażach w wyborach (parlament, prezydent) gdzie robi się to na podstawie "grupy reprezentatywnej" już założony możliwy błąd może wynosić 3%. Tutaj przy całej trudności sondażowej wyborów lokalnych (gdzie często procentowy podział głosów różni się ogromnie w miejscowościach odległych o 20-30 kilometrów) mamy około 6,5% - no i co? No i jak zwykle pisobredzenie okazuje się tylko pisobredzeniem.
A jednak platfusy za PIS - em, ale szkoda, że mandatowo przed...No w sumie faktycznie "pisuary" wygrały z "platfusami" aż o 0,49% - co się zgadza z moim "proroctwem" sprzed paru miesięcy na innym forum (realowym), że obie partie idą obecnie "łeb w łeb" i ważny będzie wynik "tego trzeciego".
To co w PIS - ie mi się nie podoba to podejście do kwestii "smoleńskiej". Ale sądzę, że mówienie że był tam zamach ustąpi bardziej prawdopodobnemu wytropieniu sprawców w sensie organizacji samego lotu. To, że śledztwo było prowadzone po macoszemu i różnych szczegółach chyba raczej każdy wie.Nie wiem co jeszcze miano by tropić? Winny został określony bardzo szybko (i w zasadzie dla każdego kto ma jakieś pojęcie o lotnictwie było to jasne już po paru dniach), bo winna bezpośrednio była załoga samolotu - co było czytelne praktycznie od razu (łamanie procedur, popełniony ciąg błędów, który w efekcie doprowadził do uderzenia samolotu w glebę). Od nich się wniosków już nie wyciągnie... nie żyją.
Jednak jeśli chodzi o Platformę to jeśli Ty Krzysiu odnosisz do PIS -u argumenty, że chcą jakiś katoland tworzyć to Po z drugiej strony wprowadza gendery i temu podobne kwestie i to czasem przez tylne furtki.Ależ ja wcale nie jestem zwolennikiem PO - jednak skoro spłycamy to do "katolandu" i "genderów", to ja po prostu wybieram to mniejsze zło czyli jednak "gendery". Podobnie jak w wielu innych sprawach - po prostu PO uważam za mniejsze zło, a nie za rządy, których byłbym specjalnym jakimś zwolennikiem.
Nie boję się IV RP, a nawet więcej jestem jej zwolennikiem. Każdy kto chce transparentności nie powinien się jej bać.Określenia "IV RP" akurat odnosi się do "pisuarowej" wizji państwa i jakby ktoś nie pamiętał to już to przerabialiśmy - na szczęście krótko... lepiej to wcale nie wyglądało.
Jeśli chodzi o "gendery" i mniejsze zło to na dokładnie tej zasadzie wybieram tradycję z której wyrastamy będąc przekonanym, że także ma to wpływ na życie społeczno - gospodarcze.Oczywiście użycie "genderów" w tej formie i w cudzysłowie jak rozumiem wypaczone (zresztą celowo) pojęcie tej kwestii, która z rzeczywistym gender nie ma wiele wspólnego. Bo "pisuary" i kler swojemu elektoratowi/zwolennikom przekazuje to w formie karykatury - zasadniczo odnosząc to do kwestii homoseksualizmu i związków homoseksualnych, co z rzeczywistym gender nie ma nic wspólnego.
Ja raczej wyciągam wnioski odmienne. Uważam, żd jesteśmy pod wpływem lobby, które tworzy trendy starające się kwestionować już prawie wszystko. Nie jest to wcale coś oddolnego tylko przemyślana akcja pewnych grup lewicowych, które już nie w sposób jawnie agresywny czyli terror chce tylnymi drzwiami implikować narodom te idee. To nie jest sprawa naturalnego porządku tylko po prostu pewna filozofia w której według mnie nie ma nic ujmującego.Ale o czym Ty rozprawiasz? Jakie lobby, jaki terror - sorry, ale bredzisz jak "Kaczyńskie". Czemu chcesz zaprzeczać - temu, że na przestrzeni lat zmieniają się naturalnie i całkowicie ewolucyjnie role w społeczeństwie, zachowania, normy, status itd. dotyczące poszczególnych płci? Bo to właśnie to co definiuje gender.
Łoł, dyskusja weszła w dżendery... Mnie to zawsze zadziwia, że coś tak subiektywnego jest przedmiotem publicznej dyskusji. Bo do kwestii subiektywnych przestrzeń publiczna powinna się dostosować tworząc możliwie dużo miejsca.Dokładnie. Ta kwestia powinna być zamknięta dla psychologów, seksuologów, socjologów.
Tylko co ma wspólnego gender z homoseksualizmem? :oStopień zidiocenia potrzebny do walki z szabelką przeciw niemu.
Tylko co ma wspólnego gender z homoseksualizmem? :oJedną i drugą tematykę wywołała na forum ta sama osoba. I bez związku z tematem.
Jeszcze zaraz spróbujecie mnie wpisać tak modny dla lewicy - bo postulat zmian ról społecznych to ma kolor i jest nim czerwony, jako przedstawiciela ciemnogrodu.Nie rozumię. Poproszę jeszcze raz, po polsku. W tym zdaniu za dużo gramatyki szwankuje, żebym mógł się pokusić choćby o rekonstrukcję.
Jeszcze dodacie, że sam sobie jestem winien, bo nie jestem w tej kwestii "trendy".Nie. Sam jesteś sobie winien, bo nie jesteś w tej kwestii rozsądny.
Bo to nie jest powiedzenie, że to kolej rzeczy jak to ewidentnie dla każdego o nawet o nie specjalnym wysiku intelektualnym zaprzeczenie logiki.Znowu szwankuje gramatyka, ale tym razem chyba nawet zrozumiałem myśl. Wydaje mi się, że dla większości osób, które poświęciły temu tematowi jakiś bardziej specjalny wysiłek intelektualny, możliwe było zaobserwowanie prawidłowości w zmianie społecznej w zakresie spraw dot. płci i orientacji seksualnej w stopniu wystarczającym aby mówić o "kolei rzeczy".
I nie mówię tutaj, że "kobiety do garów" tylko po co mamy tworzyć jakieś na siłę mechanizmy płciowej rywalizacji itp. Przykładowe są np. parytety, które nawet niektórym kobietom uwłaczają stawiając je jako jakieś "wykluczone" co przypomina jakiś podział, czy chęć podziału, ale w imię czego? Równości gwarantowanej w najwyższym prawie - konstytucji?Tu się trochę zgubiłem, bo płynnie od "dżenderów" przeszliśmy do feminizmu i parytetów. Zabawne jak doszliśmy do punktu, ze to feminizm jest problemem tworzącym nierówność, pomijając samą istotę i centralny punkt feminizmu - czyli walkę z istniejącą i obiektywnie mierzalną gorsza pozycją kobiet w społeczeństwie.
A zatem zgodna z szeroko pojętą naturą jest możliwość zmiany płci? Powiedzmy, że urodziłem się mężczyzną a czuję się kobietą, czy to jest naturalna kolej rzeczy?Może PTR-em nie jestem ale odpowiem. Uwazam, iż to, co ktoś robi z własnym ciałem jest sprawą tylko i wyłącznie posiadacza tegoż ciała. Nikogo innego.
Czy założenia "teorii queer" są zgodne z naturą? Dlaczego?
Skoro to taki "subiektywny" temat to dlaczego nie można polemizować z twoimi założeniami? Czy każdy kto się nie zgadza z tematem, który sam określiłeś jako subiektywny jestw błędzie?
Czyli to jest naturalne?Zależy, jak się pojmuje naturalność. Mógłbym poprosić Cię o jej definicję?
A zatem zgodna z szeroko pojętą naturą jest możliwość zmiany płci? Powiedzmy, że urodziłem się mężczyzną a czuję się kobietą, czy to jest naturalna kolej rzeczy?Transseksualizm jest swoistym błędem genetycznym i ogromną tragedią dla osób, które to dotyka. Znałem kiedyś taką osobę (pisze znałem - choć mam nadzieję, że jeszcze żyje i ma się dobrze - po prostu zerwała wszelkie kontakty na pewnym etapie życia i wyprowadziła się jak najdalej od miejsca gdzie ją znano), od dziecka - moja rówieśniczka, córka znajomych moich rodziców. Tyle, że było to w czasach (lata 70-te. potem jeszcze 80-te), gdy takich ludzi wyśmiewano, jako dziwadła (w dzieciństwie) i "zboki" (gdy trochę podrośli) - nikt (systemowo) nie usiłował ich zrozumieć i pomóc, a ci ludzie naprawdę swoją tragedię przeżywali w samotności, czasem tylko rozumieli to bliscy znajomi, rodzina (ale i to niewielu). Przez ponad 20-lat mogłem widzieć jak cierpi taka osoba... Dopiero teraz ludziska mają większą wiedzę (oczywiście nie wszyscy - "elektorat PiS" i im podobni... nie bardzo), rozumieją o co w tym chodzi, a i rozwój nauki pozwala tym ludziom (choć trochę) pomóc. Niektórzy tego do wiadomości nie przyjmują - ale głupoty niestety zoperować się nie da....
Postępowanie według ogólnie przyjętych norm moralnych, które nakłada na nas przez Boga (jako Stwórcę i arystotelesowskiego "pierwszego poruszyciela").Ach. Tak więc, którą normę moralną łamie operacja zmiany płci?
Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, 23 mężczyzna powiedział:
"Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!
Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta".
24 Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.
Czekam na komentarze jakoe to Pismu Święte staromodne i niedostosowane do naszych czasów.Nie mam zamiaru. Biblię szanuję tak samo jak każde inne słowo pisane.
Nie chodzi o zmiany kosmetyczne acz o zmiany w myśleniu, w postrzeganiu własnej seksualności.Słucham? Sugestia, że operacja zmiany płci jest "zmianą kosmetyczną"? Zmianą kosmetyczną to są np. sztuczne cycki - a nie operacja naprawiająca (z zasadzie nie do końca bo będąca raczej swoistą protetyką) wadę genetyczną.
Bóg stworzył kobietę kobietą a mężczyznę mężczyzną. Amen.Ciężko dyskutować o poważnych problemach ludzkich z poziomu jakiś mocy nadprzyrodzonych...
Nie chodzi o zmiany kosmetyczne acz o zmiany w myśleniu, w postrzeganiu własnej seksualności. Bóg stworzył kobietę kobietą a mężczyznę mężczyzną. Amen.A jeżeli stworzył kobietę w męskim ciele lub mężczyznę w ciele kobiety? Biblia, chyba, nie neguje możliwości takiego przypadku.
Słucham? Sugestia, że operacja zmiany płci jest "zmianą kosmetyczną"? Zmianą kosmetyczną to są np. sztuczne cycki - a nie operacja naprawiająca (z zasadzie nie do końca bo będąca raczej swoistą protetyką) wadę genetyczną.Tutaj odpowiem, bo to ja użyłem chyba po raz pierwszy tego określenia. Wyszedłem z założenia, że skoro ta operacja zmienia wygląd, to jest operacją kosmetyczną. Nijak nie chciałem umniejszyć powadze tej operacji, czy też jej ośmieszyć.
Wiem, że statystycznie takie przypadki mogą być i pierwsza zasada nie należy tych ludzi odtrącać, ale podstawy to stwierdzające nie mogą oprzeć się na "widzi mi się".A zdajesz sobie sprawę jak skomplikowana jest procedura zmiany płci? To są badania lekarskie i psychologiczne oraz normalna diagnoza lekarska jak w przypadku każdej innej choroby, co skutkuje odpowiednim skierowaniem. Potem kolejne - bardzo specjalistyczne w tym psychiatryczne, następnie dość długa terapia hormonalna. Potem trzeba przejść przez procedurę sadową (a to u nas nie jest proste i szybkie), aby prawnie zmienić płeć i mieć podstawę do operacji. To też nie jest łatwe - bo sądy powołują rodziny takich ludzi, sprawdzają czy nie sprzeciwów i taka procedura to ponoć minimum pół roku, a zwykle znacznie dłużej (jak u nas pracują sądy to chyba nie trzeba tłumaczyć). Dopiero potem może odbyć się operacja (a w zasadzie operacje - bo nie jest to jeden zabieg), która w sumie prosta nie jest i po niej jest dłuższy czas mało komfortowej rekonwalescencji. Ponoć cały proces minimum to 1,5 roku, ale przy bardzo dużej dozie szczęścia - często o wiele, czasem parokrotnie dłużej, zarówno ze względów medycznych, jak i prawnych. O kosztach nawet nie wspominam... Trudno tutaj mówić o operacjach zmiany płci wg "widzi mi się".
Wyszedłem z założenia, że skoro ta operacja zmienia wygląd, to jest operacją kosmetyczną. Nijak nie chciałem umniejszyć powadze tej operacji, czy też jej ośmieszyć.Mam spore wątpliwości czy operacje podczas, których dokonuje się przeszczepu także nerwów są tylko operacjami zmiany wyglądu. Zresztą jest to operacja, która nie tylko zmienia wygląd, ale też w pewnym sensie (bo nie całkowicie) funkcjonowanie organów. Nie wspominając już, że takie operacje wykonują bardzo renomowane placówki medyczne i ludzie o naprawdę dużym dorobku w dziedzinie medycyny - często jeszcze mający dodatkowe warunki, w postaci honorowania opinii psychologicznych i seksuologicznych, od konkretnych, równie utytułowanych specjalistów.
Mam spore wątpliwości czy operacje podczas, których dokonuje się przeszczepu także nerwów są tylko operacjami zmiany wyglądu. Zresztą jest to operacja, która nie tylko zmienia wygląd, ale też w pewnym sensie (bo nie całkowicie) funkcjonowanie organów. Nie wspominając już, że takie operacje wykonują bardzo renomowane placówki medyczne i ludzie o naprawdę dużym dorobku w dziedzinie medycyny - często jeszcze mający dodatkowe warunki, w postaci honorowania opinii psychologicznych i seksuologicznych, od konkretnych, równie utytułowanych specjalistów.Pozwolę zacytować sobie:
Chirurgia plastyczna (kosmetyczna lub estetyczna) - dziedzina medycyny zajmująca się korektą rzeczywistych lub odczuwanych defektów ciała. Związana ściśle z chirurgią dziecięcą, neurochirurgią, laryngologią, okulistyką, traumatologią, ortopedią oraz równie ważnymi jak fizjologia, patologia, immunologia, rehabilitacja, psychologia, psychiatria.Ale w zasadzie, to masz rację. Błędnie określiłem zmianę płci jako jeden zabieg.
No i tak powinno pozostać.Medycznie jak najbardziej tak... i nie widzę tutaj żadnej tendencji dla zmian. Jednak co do procedur sądowych, to w sumie działania sądów rozciągające się w czasie nie z przyczyn merytorycznych, a tylko dlatego, że są one nadmiernie obciążone ilością rozpraw jednak warto chyba byłoby zmienić - i to bynajmniej nie tylko w sprawach o zmianę płci, tylko tak ogólnie... w każdych sprawach z jakimi musimy biegać do sądu.
Bo obecnie to ja raczej widzę tendencje do tego aby jak we wspomnianej Kanadzie pozostawić rubrykę dotyczącą płci niewypełnioną od urodzenia.Nie znam kanadyjskiego prawa (i w sumie mało mnie ono obchodzi... nie wybieram się), ale nie wiem czy czasem takie działania nie mają na celu ułatwień właśnie prawnych (w sensie niepotrzebnego rozciągania ich w czasie, konieczności zmiany wszystkich dokumentów, łącznie z metryką itd.)? Może jest to związane z innymi pozytywnymi działaniami państwa w stylu wczesnego wykrywania zaburzeń seksualności? To chyba trzeba by rozpatrywać bardziej kompleksowo i bez kompletnej wiedzy o kanadyjskich działaniach w tym zakresie trudno coś powiedzieć. Choć to chyba trochę przesadne - to w końcu problem dotykający 1/30 tys. mężczyzn i 1/100 tys. kobiet.
O ile dzisiaj raczej są to rzeczywiście prawdziwe przypadki, uzasadnione to za chwilę może się okazać co innego. Ułatwienia w tej materii mogą prowadzić do zbyt frywolnego potraktowania tych spraw.Znając (jak wspomniałem z bliskich obserwacji) problem życiowy takich ludzi (no jednej osoby, ale mi to wystarcza) to jakoś średnio sobie wyobrażam sobie "frywolność", co sugeruje poddawanie się takim skomplikowanym zabiegom operacyjnym "dla zabawy". Nie wspominając już nawet, że mężczyzna z tożsamością męską raczej nie będzie sobie niczego "obcinał", a kobieta z kobiecą tożsamością "doprawiała".
Zaraz zapewne zostanę nazwany faszystą, a ktoś inny zrobi mi wywód na pół strony...Po co? Dyskusja z Tobą na jakikolwiek temat w sposób merytoryczny jest niemożliwa, co już sprawdziłem przy okazji kwestii historycznych i gospodarczych. Twoje podejście do jakiegokolwiek problemu kończy się na sloganach, gdy dochodzi do próby merytorycznej polemiki, dyskusję kończysz... bo zapewne nie masz nic do powiedzenia, albo nie potrafisz znaleźć merytorycznych kontrargumentów. A więc szkoda czasu....
Proszę mnie pomylić jeśli się myle, ale ów gender/queer zakłada, że pod wpływem czynników zewnetrznych jednostka może podjąć decyzję o zmianie płci, czyż nie?Przecież gender zajmuje się kwestiami kulturowymi, sprawami ról i zachowań w społeczeństwie itd., przypisywanym poszczególnym płciom, ich zmianami itd. Gender nie ma nic wspólnego z cechami fizycznymi (płciowymi) i zachowaniami seksualnymi (poza tymi kulturowymi) w tym związanymi. Co ma więc gender do zmiany płci? Transseksualizm to jest kwestia medyczna (przecież to ma klasyfikację medyczną, kryteria diagnostyczne itd.)... a nie kulturowa.
W tym całym gender nie podoba mi się to, że jest on(o) mocno propagowane i silnie oddziałuje. Przez co ulec mu mogą zupełnie normalni ludzi, którzy nagle uświadomią sobie, że są innej płci.Żeby coś się "nie podobało" to najpierw warto się dowiedzieć o co w tym (gender) naprawdę chodzi - bo inaczej pisze się takie brednie (bez urazy - ale to są brednie - choć zapewne powtarzane po jakiejś ogłupiającej propagandzie kleru czy polityków, którzy nic sobą nie reprezentują, to mają swój sposób na przyciąganie "wiernych") jak powyżej.
Podam przykład z "Rozmów w toku"Litości... zaraz do poważnej dyskusji zaczniemy przywoływać "mądrości" rodem z jakiegoś Faktu czy innego brukowca, albo z kolejnych durnych programów TV dla upośledzonych "gospodyń domowych" (upośledzonych bo normalne takimi bredniami się też nie zajmują). Chyba nie wierzysz, że w takich programach itp. - ktoś przedstawia rzeczywistość? To jest TV-show, mający na celu zarobienie kasy na "lotnych tematach" i nic więcej.
Czy założenia "teorii queer" są zgodne z naturą? Dlaczego?Uważam to za błędnie zadane pytanie. Wymagałoby to zdefiniowania pojęcia natury. A użyte przez towarzysza odwołanie do norm moralnych ustanowionych przez Boga czyni to pojęcie całkowicie bezużytecznym w tej dyskusji.
Skoro to taki "subiektywny" temat to dlaczego nie można polemizować z twoimi założeniami? Czy każdy kto się nie zgadza z tematem, który sam określiłeś jako subiektywny jestw błędzie?W kwestiach mocno subiektywnych w ogóle niewiele jest miejsca na polemikę - bo po prostu nie ma podstaw do zbudowania obiektywnej opinii/oceny. Szczególnie w takich sprawach jak orientacja seksualna i płeć można mówić o autokreacji - każdy sam wie i decyduje, jakiej jest płci i jakie ma preferencje seksualne. Oczywiście silna presja może to zmienić -- tak samo jak tortury i "złamanie" może zamienić bohaterskiego działacza w wysługującego się władzy donosiciela. Ale tu chyba się zgodzimy (?) że wywieranie silnej presji na osobowość ludzkiej jednostki, w szczególności w kwestiach niekryminalnych, jest negatywnym zjawiskiem.
A zatem zgodna z szeroko pojętą naturą jest możliwość zmiany płci? Powiedzmy, że urodziłem się mężczyzną a czuję się kobietą, czy to jest naturalna kolej rzeczy?Płeć siedzi w mózgu. Nie w pierwszorzędnych cechach płciowych.
Przecież gender zajmuje się kwestiami kulturowymi, sprawami ról i zachowań w społeczeństwie itd., przypisywanym poszczególnym płciom, ich zmianami itd. Gender nie ma nic wspólnego z cechami fizycznymi (płciowymi) i zachowaniami seksualnymi (poza tymi kulturowymi) w tym związanymi. Co ma więc gender do zmiany płci? Transseksualizm to jest kwestia medyczna (przecież to ma klasyfikację medyczną, kryteria diagnostyczne itd.)... a nie kulturowa.Niestety jest ogromny problem w społeczeństwie z rozróżnieniem pojęć transseksualizm, transgenderyzm, homoseksualizm czy samo gender i queer.
Jeszcze odnosząc się do tego co napisał tow. Krzysztof - osobiście nie do końca widzę sens w powszechnym w środowisku LGBTQ podkreślaniu genetycznego uwarunkowania homoseksualizmu (w kwestii tras to kwestia rozróżnienia transgenderyzmu i transseksualizmu). Nie mówię, że takiego uwarunkowania nie ma, chodzi mi raczej o to, że w mojej opinii podkreślanie tego jest jakąś próbą uzyskania akceptacji (czy to innych, czy samych siebie).Podkreślenie genetycznego uwarunkowania było całkowicie zamierzone - bo chyba jak zauważyłeś mój post był odpowiedzią na sugestie (zapewne wzięte "spod ambony" - bo na pewno nie z jakichkolwiek wartościowych źródeł, co widać po całkowitym myleniu pojęć i sugerowaniu w zasadzie nonsensów, nie wspominając o odwoływaniu się w tym do jakiś mocy nadprzyrodzonych), o jakimś "widzimisię" w wyborze płci itd. Zresztą takiemu uwarunkowaniu nie zaprzeczasz, bo się po prostu nie da - to stwierdzone, medycznie opisane itd.
Przecież gender zajmuje się kwestiami kulturowymi, sprawami ról i zachowań w społeczeństwie itd., przypisywanym poszczególnym płciom, ich zmianami itd. Gender nie ma nic wspólnego z cechami fizycznymi (płciowymi) i zachowaniami seksualnymi (poza tymi kulturowymi) w tym związanymi. Co ma więc gender do zmiany płci? Transseksualizm to jest kwestia medyczna (przecież to ma klasyfikację medyczną, kryteria diagnostyczne itd.)... a nie kulturowa.
Przypisywanie tego o czym piszesz gender to jakieś pomieszanie pojęć rodem "spod ambony" - choć owszem tzw. przeciwnicy gender (szczególnie politycy i kler) takimi bredniami się posługują, zwykle chyba nawet nie wiedząc o czym bredzą, albo im się faktycznie wszystko chyba tylko z d... kojarzy.
(...)zakłada, że pod wpływem czynników zewnętrznych jednostka może podjąć decyzję o zmianie płci, czyż nie?
Szczególnie w takich sprawach jak orientacja seksualna i płeć można mówić o autokreacji - każdy sam wie i decyduje, jakiej jest płci i jakie ma preferencje seksualne.
ludzie powinni mieć prawo do samookreślenia, czy to przez pojęcia wypracowanie kulturowo, czy przez ich modyfikację, czy przez pojęcia stworzone samodzielnie;
istnieją osoby, które postrzegają własną płeć i seksualność jako niejednorodną i zmienną;
Żeby coś się "nie podobało" to najpierw warto się dowiedzieć o co w tym (gender) naprawdę chodzi - bo inaczej pisze się takie brednie (bez urazy - ale to są brednie - choć zapewne powtarzane po jakiejś ogłupiającej propagandzie kleru czy polityków, którzy nic sobą nie reprezentują, to mają swój sposób na przyciąganie "wiernych") jak powyżej.
Litości... zaraz do poważnej dyskusji zaczniemy przywoływać "mądrości" rodem z jakiegoś Faktu czy innego brukowca, albo z kolejnych durnych programów TV dla upośledzonych "gospodyń domowych" (upośledzonych bo normalne takimi bredniami się też nie zajmują). Chyba nie wierzysz, że w takich programach itp. - ktoś przedstawia rzeczywistość? To jest TV-show, mający na celu zarobienie kasy na "lotnych tematach" i nic więcej.
Uważam to za błędnie zadane pytanie. Wymagałoby to zdefiniowania pojęcia natury. A użyte przez towarzysza odwołanie do norm moralnych ustanowionych przez Boga czyni to pojęcie całkowicie bezużytecznym w tej dyskusji.
Natomiast, jeżeli by przyjąć możliwie potoczne znaczenie natury w sensie biologicznym, to uważam że nic w teorii queer (która, przypominam, mówi że tożsamość seksualna i płciowa są indywidualne i wynikają z różnych czynników) nie stoi sprzeczności z "naturą", a wręcz przeciwnie - znajduje w niej potwierdzenie.
Oczywiście silna presja może to zmienić -- tak samo jak tortury i "złamanie" może zamienić bohaterskiego działacza w wysługującego się władzy donosiciela. Ale tu chyba się zgodzimy (?) że wywieranie silnej presji na osobowość ludzkiej jednostki, w szczególności w kwestiach niekryminalnych, jest negatywnym zjawiskiem.
Czyli - tu już moje poglądy, niestety, nie rzeczywistość - każdej jednostce powinny przysługiwać te same prawa, niezależnie od czynników takich jak płeć, orientacja, wyznanie itp.,
bez żadnych preferencji ze strony instytucji które z samej swojej istoty powinny traktować wszystkich obywateli identycznie.
Płeć siedzi w mózgu. Nie w pierwszorzędnych cechach płciowych.
Amen.
Czyli jak zlikwidujemy owe "pierwszorzędne cechy płciowe", a zostawimy mózg to "płeć" pozostanie?Tak poprzez utratę organów płciowych nie traci się płci...
Oczywiście to, że napisałem "queer" obok słówka "gender" (przez niepewność lub/i roztargnienie ;)) nie zostało uwzględnione w twojej odpowiedzi. Mam wrażenie, że specjalnie sformowałeś ją w taki sposób jakby tego słówka nie było, dzięki temu mogłeś uargumentować swoją (po części słuszną) teorię o mieszaniu przeze mnie pojęć.Odnosiłem się w szczególności do gender bo o tym dyskutujemy, to ty postanowiłeś to rozszerzyć o queer... ale zasadniczo dla podnoszonej tutaj kwestii to bez znaczenia - queer tez nie zakłada dowolnej zmiany tożsamości płciowej, polemizuje tylko z heteronormatywnością oraz twierdzi, że "definiowanie tożsamości seksualnej jest wytworem kultury i jedynie wtórnie kreuje rzeczywistość". Definiuje - a nie dowolnie zmienia pod wpływem czynników zewnętrznych. Zwolennicy teorii queer polemizują ze sposobem definiowania, określenia normatywu - ale nigdzie nie twierdzą, że można sobie dowolnie zmieniać seksualność wg "widzimisię", bez uwarunkować wewnętrznych.
...dwa postulaty teorii queer, które potwierdzają, że moje rozumowanie jest słuszne.Które to stwierdzają, że wybór płci jest zależy od "widzimiśię" - jak to sugerowałeś lub może być dokonana na podstawie czynników zewnętrznych?
Miałem na myśli, że jednostka może samookreślić się pod względem płciowym czy seksualnym pod wpływem czynników zewnętrznych (lub/i) własnych przesłanek (?). Może użyłem nieprecyzyjnego sformułowania.Pod wpływem własnych przesłanek - czyli właśnie uwarunkowania, które siedzi "w środku". W którym miejscu w opisie postulatów teorii queer jest napisane, że można zmienić swoją tożsamość płciową - jest napisane coś przeciwnego, że ludzie mają prawo nie podlegać naciskowi społecznemu dla określenia własnej tożsamości seksualnej. Oni w nich jest - mają prawo nie dać na sobie wymuszać przez uwarunkowania kulturowe czegoś innego niż zostało to u niech uwarunkowane genetycznie. Ta teoria pisze generalnie o prawie do dowolnego samookreślenia (ale przecież na podstawie tego co w człowieku siedzi, a nie np. TV - a czynnik kulturowy to ma wpływ na jawność czy prawo do tego samookreślania się, a nie może dokonać zmian tym już zostało uwarunkowane) się pod względem płciowym i seksualnym, o braku "normalności" (z czym akurat jak najbardziej da się polemizować) itd.
W tym całym gender nie podoba mi się to, że jest on(o) mocno propagowane i silnie oddziałuje. Przez co ulec mu mogą zupełnie normalni ludzi, którzy nagle uświadomią sobie, że są innej płci.
Pierwsza jest taka: podświadomie czuję, że mimo wszystko coś "innego", niepasującego do postrzeganego przeze mnie świata jest w tej ideologi (tak wie, że gender to nie ideologia).Żeby było jasne - to są dziedziny (a częściowo też po prostu zwykłe teorie), które mogą "trafiać" czy "nie trafiać", można z nimi polemizować - wszak to są nauki ścisłe... można mieć własne zdania na temat ich słuszności lub nie itd. Mnie chodzi tylko o to by nie powtarzać bzdur głoszonych przez kler i pewnych polityków (oczywiście oni sieją te swoją propagandę - całkowicie świadomie i we własnym interesie) na temat tych spraw - polegających na wciskaniu, że coś jest czymś, czym tak w rzeczywistości nie jest. I tylko o to mi chodziło w tej dyskusji - a nie o to czy się ktoś z pewnymi twierdzeniami zawartymi w gender itp. zgadza czy nie zgadza. Mamy prawo się z czymś zgadzać lub nie - szczególnie w takich "nieścisłych" dziedzinach, usiłowałem "prostować" tylko oczywiste nieprawdy, jak że ta jakoby gender miał cokolwiek wspólnego np. ze zmianami płci - bo nie ma... itd.
Jak dla mnie punktem odniesienia jest istnienie obiektywnej Istoty Nadprzyrodzonej oraz nadanych przez nią (niezmiennych) norm moralnych dla tegoż świata. Pragnę nadmienić, iż pozwoliłem sobie na ich przywołanie w odpowiedzi na pytanie Kristiana, który Jego istnienia nie kwestionuje (tak przynajmniej wyciągnąłem wnioski). Jest to jednak mój światopogląd, którego siłą (nawet jeśli mam pewność, że jest słuszny) nikomu narzucał nie będę.To wszystko bardzo pięknie, ale jakkolwiek bym nie oceniał towarzysza punktu odniesienia, nie mogę zgodzić się z towarzysza oświadczeniem, że "nie będzie narzucał swojego światopoglądu". Wprowadzanie do dyskusji pojęcia istoty nadprzyrodzonej jest narzucaniem formy dyskursu - tak samo, jak zadawania pytania w formie "czy queer jest zgodny z naturą" jest takim narzuceniem. Siła to nie jedyna forma narzucania :)
Proszę wybaczyć, ale czy mógłby towarzysz pokusić się o argumentację tudzież przybliżenie mnie skądinąd laikowi pojęcia (definicji) natury?Jak podkreśliłem - użyłem tego słowa w możliwie potocznym znaczeniu biologicznym, czyli natura w rozumieniu "środowisko naturalne", "przyroda". A argumentacja jest najprostsza pod słońcem - tak wśród zwierząt jak i u ludzi postawy i zachowania płciowe i seksualne są różne i mogą się zmieniać, co empirycznie każdy może stwierdzić.
Idąc dalej... zasługi, wykroczenia, zbrodnie przeciw ogółowi? ;)Czyli wracamy do argumentacji: dziś homoseksualiści, jutro pedofile i małżeństwa z tosterami? Można, jak komuś brakuje argumentów :)
Czyli jak zlikwidujemy owe "pierwszorzędne cechy płciowe", a zostawimy mózg to "płeć" pozostanie?Oczywiście. Na tym polega właśnie problem transseksualizmu (w częśći) - mózg osoby o jednej płci, uwięziony w ciele o innej płci. Zwracam uwagę chociażby na przypadki hermafrodytyzmu, gdzie jedno ciało miało różną konfigurację cech płciowych i gdy zostało to na etapie dzieciństwa "skorygowane" - w późniejszym czasie mogło się okazać, że korekta miała miejsce w złym kierunku (pomimo, że np. dane cechy "przeważały").
Bo nagle ktoś na skutek nam do końca nie zbadany wpada niczym z gorącej wody i krzyczy na świat cały: eureka, eureka! Jestem kobietą, piszcie mnie jako kobietę. To jest sytuacja do której nie powinno się dopuścić.Ale przecież coś takiego to kompletna bzdura... Jak to sobie wyobrażasz? Jakie badania pozwalają stwierdzić, że ludziom tożsamość płciowa się zmienia i to nagle czy pod wpływem "propagandy". Jakiś absurd to jest...
Jednak w przygniatającej większości ludzie są heteroseksualni w sensie tożsamości płci.Nie rozumiem. Co ma heteroseksualizm do "tożsamości płci" jak to Pan określił? To są, co już wraz tow. Krzysztofem podkreślaliśmy, trzy różne zagadnienia. Co innego płeć biologiczna, co innego płeć kulturowa, co innego znowu orientacja seksualna.
Ale zaraz też ktoś powoła się na to, że nie do końca, że to "płynne". I z tutaj rozpoczyna się ideologizacja.Bo rozumiem, że dokładnie odwrotne twierdzenie że płeć i orientacja są jedne i niezmienne z ideologią nie mają nic wspólnego i są po prostu "zdrowym rozumowaniem"? :)
Bo nagle ktoś na skutek nam do końca nie zbadany wpada niczym z gorącej wody i krzyczy na świat cały: eureka, eureka! Jestem kobietą, piszcie mnie jako kobietę. To jest sytuacja do której nie powinno się dopuścić.Ponieważ gdyż dlaczego? :)
O ile konkretne przypadki tak, takie ewidentne, przebadane, ale nie taka dowolna nadinterpretacja.Bo o tym, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną może stwierdzić wyłącznie medyczne konsylium, a własna opinia zainteresowanego może zostać co najwyżej "wzięta pod uwagę"? Zwracam również uwagę, że nie wszystkie osoby transpłciowe decydują się na medyczną zmianę płci - z różnych względów. Czy z tego powodu mają być traktowane "gorzej" i noe mogą liczyć na poszanowanie swoich praw?
Celem jaki wyłania się z tego wszystkiego jest dążnąść do rozmydlenia płciowości, totalnego, jeśli nie totalitarnego relatywizmu.Jestem bliski przyznania Panu jakiejś nagrody lingwistycznej za słowo "dążnąść" oraz za sformułowania "rozmydlenie płciowości" i "totalitarny relatywizm" :)
To nie prawda, że te kwestie są nie poruszane w szkołach, bo czy w gimku, czy średniej to miałem. I dla moich hipotetycznych dzieci nie chciałbym aby mieli to już w podstawówce.Wydaje mi się że znowu odpłynęliśmy w chaos, bo nie widzę powiązania tego zdania z resztą dyskusji :)
Totalitarny relatywizm oznacza usankcjonowanie ustrojowe państwa w tym duchu. Jeszcze może pozwolić aby takie zabiegi transseksualne były refundowane przez państwo? Ja bym jeśli osobiście mógł nawet złamanego grosza nie dał w przypadku ewentualnego przeforsowania, prowadzącego do nadinterpretacji w tej sprawie prawa.Polska składnia i gramatyka taka piękna. ;(
Totalitarny relatywizm oznacza usankcjonowanie ustrojowe państwa w tym duchu. Jeszcze może pozwolić aby takie zabiegi transseksualne były refundowane przez państwo? Ja bym jeśli osobiście mógł nawet złamanego grosza nie dał w przypadku ewentualnego przeforsowania, prowadzącego do nadinterpretacji w tej sprawie prawa.To nie jest zabronione. Nikt jeszcze nie wpadł wprawdzie na taki pomysł, ale jak wpadnie... to zapłaci za to z Twojej kasy i nic z tym nie zrobisz.
To nie prawda, że te kwestie są nie poruszane w szkołach, bo czy w gimku, czy średniej to miałem. I dla moich hipotetycznych dzieci nie chciałbym aby mieli to już w podstawówce.Za późno.
Totalitarny relatywizm oznacza usankcjonowanie ustrojowe państwa w tym duchu.Spróbujesz po polsku? I co ma wspólnego jakiś duch ze stwierdzalnym medycznie problemem? Duchami i innymi mocami nadprzyrodzonymi to się raczej zajmuje przeciwna strona tej dyskusji... ;)
Jeszcze może pozwolić aby takie zabiegi transseksualne były refundowane przez państwo?Zasadniczo... dlaczego nie? Problem w tym, że system taki jaki istnieje u nas nie jest w stanie refundować wszystkiego, bo i tak ledwo dyszy - a więc część zabiegów medycznych nigdy nie będzie refundowana, w tym te stanowiące naprawdę margines działalności medycznej.
Ja bym jeśli osobiście mógł nawet złamanego grosza nie dał w przypadku ewentualnego przeforsowania, prowadzącego do nadinterpretacji w tej sprawie prawa.A o jaką nadinterpretację prawa miałoby chodzić? Operacja zmiany płci jest takim samym zabiegiem jak wiele innych - jedne w tym obecnym systemie są refundowane inne nie... i zawsze się można długo spierać, który jest "ważniejszy", a który "mniej ważny" - ale to już wynika z chorego systemu, gdzie nie jest to ściśle związane z indywidualnym ubezpieczeniem, a z chorym wrzucanie do wspólnego wora i korzystaniem z systemu w taki sam sposób, bez najmniejszej różnicy ile do niego wkładasz.
O, widzę okazję! Zacznijmy dyskusję na temat wyższości państwowego lecznictwa nad prywatnym (co jest oczywiste) i powoli, małymi kroczkami, zatoczymy koło które sprowadzi nas znów do narodowego agraryzmu :>Każdy monopol szkodzi konsumentom. :D
Czas na Polskę 314 Liechtensteinów! :DA co wtedy z Turkmenami?
Chcesz Ty do reszty dobić nasz kraj organizacyjnie?O, widzę okazję! Zacznijmy dyskusję na temat wyższości państwowego lecznictwa nad prywatnym (co jest oczywiste) i powoli, małymi kroczkami, zatoczymy koło które sprowadzi nas znów do narodowego agraryzmu :>Każdy monopol szkodzi konsumentom. :D
Każdy powiat powinien mieć własną służbą zdrowia i przez dobrowolne umowy wymieniać się z innymi powiatami usługami. Podobnie z policją. Powinny powstać gwardie miejskie, a policja powinna być tylko do spraw nadzwyczajnych.
Wspólna dla całego państwa powinna być tylko polityka zagraniczna, Sąd Najwyższy, Komenda Główna Policji i część wojsk.
Czas na Polskę 314 Liechtensteinów! :D
Każdy powiat powinien mieć własną służbą zdrowia i przez dobrowolne umowy wymieniać się z innymi powiatami usługami. Podobnie z policją. Powinny powstać gwardie miejskie, a policja powinna być tylko do spraw nadzwyczajnych.
Wspólna dla całego państwa powinna być tylko polityka zagraniczna, Sąd Najwyższy, Komenda Główna Policji i część wojsk.
...w realu to jestem za przekazywaniem ludziom odpowiedzialności za państwoPrzede wszystkim należy ludziom wreszcie "przekazać" odpowiedzialność za samych siebie. Wbić im do łbów, że to nie państwo ma odpowiadać za ich los - tylko sami mają się troszczyć o siebie czyli np.:
1. Jak nie czytają umów lub nie potrafią liczyć biorąc idiotyczne kredyty to potem przyjdzie komornik, zabierze co się da i wywali na bruk - i pretensje tylko do samego siebie mogą mieć, a nie do wszystkich na około.Powiedz to samo osobom starszym i tym, którzy nie mają za co żyć. Powiedz tym, którzy padli ofiarą reklamy, niesolidnego doradcy finansowego... nie każdy ma możliwości a) wyboru b) sprawdzenia. Nie traktujmy społeczeństwa jakby było złożone z krzepkich aryjskich dwudziestopięciolatków bez nałogów urodzonych w bogatych albo chociaż średnio sytuowanych rodzinach. Wiara w rzekome równe szanse w obecnym społeczeństwie i gospodarce są bajką... i to bynajmniej nie z powodu złego regulującego państwa czy państwowego kolesiostwa.
2. Jak biorą kredyty w obcych walutach, to sami ryzykują że kursy walut na przestrzeni lat się zmieniają i raz można zarobić, a raz się jest w plecy - podejmują ryzyko, jak są w plecy to sami sobie winni i nikt się nad nimi pochylać nie będzie, choćby dlatego, że jak na tym zarobią to też ich sprawa.
Jak wybierają kierunek kształcenia to niech myślą czy potem z tego da się wyżyć, a nie robią idiotycznych "magisterek" po których co najwyżej mogą puszki w markecie na półkach układać, bo nikt nie potrzebuje magistrów od "nie wiadomo czego" - i pretensje do siebie, że wybrali taką drogę i stracili parę lat, w których mogli zdobyć przydatne kwalifikacje zawodowe, a nie do państwa, że im "startu nie zapewnia".Po pierwsze, pokutujące przekonanie, że studia powinny dawać pracę to mit. Ja skończyłem (do stopnia licencjata) politologię, pracuję w banku. Takich przypadków mam wokół siebie multum (współpracownicy po socjologii, kryminalistyce...). Problemem młodych nie są źle wybrane studia, ale bardzo słaba pozycja pracownika w Polsce oraz prawo, które zezwala na i zachęca do nadużyć. Do umów zleceń za głodowe stawki, do zalegania z wypłatami pensji. Do zatrudniania na czarno. I tak dalej. Niektórym - jak mi - się udało załapać na mniej czy bardziej stabilny etat, inni nie są na tyle szczęśliwi.
4. Jak się nie ubezpieczyli i im się chałupa spaliła, zawaliła, zalało itd. - to też pretensje do siebie, że się nie zabezpieczyli na takie okoliczności, a nie łapska do państwa by im dołożył z podatków porządnych ludzi, którzy sobie ubezpieczenia płacą i niby czemu mają dokładać tym, co mają to gdzieś.Nie każdego stać a) na ubezpieczenie, b) na przeprowadzkę np. na tereny niezalewowe i tak dalej. Ba! Nie każdy wie co to jest ubezpieczenie, jak działa i że może takie uzyskać. Wyobraź sobie, że Polska to nie tylko kraj ludzi którzy ze wszystkim mogą sobie poradzić, jeśli będą chcieli. Chcącemu nie dzieje się krzywda? Gówno prawda.
Obywatel powinien przede wszystkim, być odpowiedzialny za samego siebie - mieć świadomość, że to jego decyzje zaważą na jego życiu, a pretensje za swoje głupie postępowanie może mieć tylko do siebie, a nie do otaczającego go świata i mitycznego "państwa", które ma pilnować by sobie z własnej głupoty, niefrasobliwości, lekkomyślności itd. krzywdy nie zrobił.Myślę, że takiej odpowiedzialności powinniśmy uczyć od samego początku - np. od dzieciństwa. Po co pilnować dzieci - jeżeli porazi się prądem albo skaleczy nożem, to będzie miało nauczkę na przyszłość, prawda? Jeżeli będziemy im te noże zabierać i zabraniać pchać palce w kontakt - jak one się nauczą, żeby pilnować samych siebie? Przecież nie możemy ich wychowywać na głupie, bezwolne marionetki, które nie poradzą sobie w życiu... Jedzenie niech też sobie same ukradną, upolują lub wyhodują - a nie, że roszczeniowo do rodziców po żarło przychodzą, darmozjady jedne...
Ale to co piszesz o edukacji to jest raczej bezduszność.Nie rozsądek...
Dlaczego nie mam wybierać tego co lubię i umiem?Ależ możesz... nikt nie broni i nie powinien - natomiast potem nie narzekaj, że to co wybrałeś dlatego bo lubisz to na rynku pracy okazuje się czymś bezwartościowym, nie oczekuj że to państwo ma się starać o to, abyś miał z czego żyć. Dokonałeś swojego wyboru kierując się własną przyjemnością, a nie potrzebami rynku pracy i zdrowym rozsądkiem - to pretensje tylko do siebie.
Lepiej chyba mogę przysłużyć się społeczeństwu robiąć to do czego mam motywację?Pod jednym wszakże warunkiem - że jest na to zapotrzebowanie. Problem jest wtedy gdy podaż parokrotnie przekracza popyt - wtedy zaczyna się "płacz", że państwo nie zapewnia "startu" i oczywiście to państwo jest temu winne, bo przecież nie ludzie, którzy dokonywali w życiu głupich wyborów.
To jest właśnie ta głupawka naszej władzy.Jedyne co w kwestii edukacji można zwalić na głupawkę państwa - jest dokonane swego czasu i stopniowe (z zasadzie widoczne do dzisiaj i cały czas) obniżenie kryteriów w oświacie, bo komuś się zachciało podnieść formalne wykształcenie społeczeństwa. Oczywiście w praktyce niczego nie podniósł (a momentami odwrotnie - obniżył), poza wydłużeniem lat tego kształcenia i ilości posiadanych świadectw. Trzeba było twardo "trzymać poziom", co byłoby naturalną selekcją i hamulcem przed nadmiernym rozrostem "niepotrzebnych magistrów" itp.
Nasze rozumienie państwa jest inne.Masz rację - jest inne... Ja chciałbym państwa, które poza zabezpieczeniem sfer, które muszą być centralnie kierowane czyli np. właśnie bezpieczeństwo publiczne - jak najmniej wtrącało się do naszego życia i mechanizmów gospodarczych oraz jak najmniej nas obciążało swoim funkcjonowaniem.
Powiedz to samo osobom starszym i tym, którzy nie mają za co żyć.Mamy kapitalizm? Mamy. Mamy działalność charytatywną? Mamy.
Powiedz tym, którzy padli ofiarą reklamy, niesolidnego doradcy finansowego...Reklama dźwignią handlu, a dobór doradców to sprawa obarczona ryzykiem. Nikt przecież nie zmuszał do konkretnie takiej decyzji, prawda?
Nie traktujmy społeczeństwa jakby było złożone z krzepkich aryjskich dwudziestopięciolatków bez nałogów urodzonych w bogatych albo chociaż średnio sytuowanych rodzinach.Równości nie było, nie ma, i bądźmy szczerzy - nie będzie jej tak długo, aż ogół ludzkiej populacji nie spadnie do liczebności jednej sztuki.
Po pierwsze, pokutujące przekonanie, że studia powinny dawać pracę to mit.Wypisać to złotymi literami na drzwiach każdego uniwersytetu! Studia służą pogłębianiu wiedzy. Od pracy mamy szkolnictwo zawodowe.
Do umów zleceń za głodowe stawki,Lepsze takie coś niż siedzenie i narzekanie, jak to źle w tym kraju nie jest.
No oczywiście nie uwzględniamy tych, którzy mieli to szczęście ominąć kiepskie kierunki studiów, czy też studia w ogóle - bo nie mają możliwości ich podjęcia. Tacy, którzy nie znajdują pracy, nie mają perspektyw - i którzy nie są w stanie się wybić, choćby nie wiem jak bardzo chcieli - bo ich warunki wyjściowe na to nie pozwalają. No, ale oni pewnie też są w jakiś sposób sobie winni? A jak nie, to zapewne ograniczają ich regulacje państwowe, a nie wadliwy system społeczny, co to to nie.Właśnie dla takich przypadków wymyślono stypendia socjalne. Zmową milczenia jednak pomińmy prawidłowość ich funkcjonowania... bo jej po prostu nie ma.
Nie każdego stać a) na ubezpieczenie, b) na przeprowadzkę np. na tereny niezalewowe i tak dalej.No niby tak - ale co właściwie państwo ma z tym wspólnego?
Ba! Nie każdy wie co to jest ubezpieczenie, jak działa i że może takie uzyskać.Jeden z największych problemów systemu edukacji... Po co komu wiedzieć, jak zinterpretować wypociny jakiegoś Słowackiego, jeżeli potem go na tak prostych, życiowych sprawach wykiwa jakiś cwaniak z parabanku?
Porządni ludzie powinni czerpać satysfakcję z solidarności społecznej.Każde wyrażenie zawierające epitet "społeczny" jest li tylko wypaczeniem pierwotnego znaczenia.
Powinni współczuć i mieć świadomość, że ich sukcesu nie umniejsza to, że jakaś jego część zostanie odjęta i oddana tym, którzy nie dali radę.Wspominałem już, że równości dotąd nigdy nie udało się nikomu nigdzie na tym świecie wytworzyć? No to teraz dopowiem, że próby kończą się katastrofalnie. Także ze względu na ludzką naturę.
Niech giną. Spadło na nich nieszczęście? Niech giną? Nie poradzili sobie? Niech giną - ale najlepiej daleko ode mnie, żebym nie musiał się potykać o ciała. Rozumowanie godne "porządnego człowieka".To jest życie, a nie baśnie braci Grimm...
Po co pilnować dzieci - jeżeli porazi się prądem albo skaleczy nożem, to będzie miało nauczkę na przyszłość, prawda? Jeżeli będziemy im te noże zabierać i zabraniać pchać palce w kontakt - jak one się nauczą, żeby pilnować samych siebie? Przecież nie możemy ich wychowywać na głupie, bezwolne marionetki, które nie poradzą sobie w życiu... Jedzenie niech też sobie same ukradną, upolują lub wyhodują - a nie, że roszczeniowo do rodziców po żarło przychodzą, darmozjady jedne...Sprowadzanie do absurdu zawsze fajne.
Dzisiaj nie ma w głównym nurcie prawdziwej ekonomi, ale egonomia - na szczęście po mału to się zmienia.Za długo pewne nurty nie doświadczył tego, co niezbędne człowiekowi do funkcjonowania, czyli prawdziwych problemów. Może poprosimy Putina o wypowiedzenie wojny komuśtam? Będą problemy, zniknie idealizm.
Mamy kapitalizm? Mamy. Mamy działalność charytatywną? Mamy.Ja tam ciągle słyszę o tym, że mamy w kraju etatystyczny socjalizm. Komunę nieledwie. Ale nawet jeżeli zgadzacie się ze mną w tym, że mamy kapitalizm, to zapewne nie zdziwicie się, że uważam, że nie powinniśmy.
Reklama dźwignią handlu, a dobór doradców to sprawa obarczona ryzykiem. Nikt przecież nie zmuszał do konkretnie takiej decyzji, prawda?Argument z gatunku: gwałt to wina zgwałconej, mogła się tak nie ubierać, nie iść w pobliżu ciemnej uliczki, mogła nie iśc do dyskoteki gdzie jej wsypali proszki do drinka (mogła to przewidzieć!).
Równości nie było, nie ma, i bądźmy szczerzy - nie będzie jej tak długo, aż ogół ludzkiej populacji nie spadnie do liczebności jednej sztuki.Ludzie są równi. Na to nic nie poradzicie. Choćbyście jakkolwiek nie wywyższali się nad pijanego w bramie - jesteście takim samym człowiekiem jak on. Ani lepszym, ani gorszym. Wiem, że łatwo jest budować swoje ego na "byciu lepszym". To jest naturalne. Ale z rzeczywistością sobie nie poradzicie.
Lepsze takie coś niż siedzenie i narzekanie, jak to źle w tym kraju nie jest.Oczywiście. Lepiej harować za głodową pensję niż faktycznie zdychać z głodu. Tyle że to jest "nie dość" lepsze.
Właśnie dla takich przypadków wymyślono stypendia socjalne. Zmową milczenia jednak pomińmy prawidłowość ich funkcjonowania... bo jej po prostu nie ma.Czy ja dobrze czytam? SOCJALNE? Kapitalizm nie toleruje takich brzydkich słów, odwołaj. Stypendia powinnny być CHARYTATYWNE. A w ogóle to najlepiej, jakby wzorem Amerykanów, wszyscy na studia się zadłużali...
No niby tak - ale co właściwie państwo ma z tym wspólnego?Państwo zostało ustanowione, aby wspierać swoich obywateli. Taki jest podstawowy cel ich zdania. Jeżeli obywatele są w potrzebie - to państwo powinno ich wesprzeć. Niezależnie od tego, czy ta potrzeba jest ich bezpośrednią winą, winą ich braku przewidywania czy też zdarzeń całkowicie niezależnych.
Każde wyrażenie zawierające epitet "społeczny" jest li tylko wypaczeniem pierwotnego znaczenia.A jakie jest pierwotne znaczenie społeczny? Jestem bardzo ciekaw. Zaraz dowiemy się, że było to "każdy sobie rzepkę skrobie".
To jest życie, a nie baśnie braci Grimm...Akurat baśnie braci Grimm, z ich oryginalną treścią bardzo dobrze pasowałyby do kapitalizmu.
Sprowadzanie do absurdu zawsze fajne.Ja tylko wpisywałem się w treść już podaną.
Argument z gatunku: gwałt to wina zgwałconej...Bzdura Towarzyszu - gwałt to przymus na gwałconej, a reklama to zachęta, a nie przymus. Ubiór nie zachęca do gwałtu, natomiast reklama zachęca do zakupu. Chcesz porównania z seksem - to ubiór i makijaż to akurat zachęca do czynności seksualnej, ale w domu publicznym i bynajmniej nie czynności wymuszonej - podobnie jak reklama do zakupu towaru. Bo wtedy czynność seksualna jest towarem.
Czy ja dobrze czytam? SOCJALNE? Kapitalizm nie toleruje takich brzydkich słów, odwołaj. Stypendia powinnny być CHARYTATYWNE. A w ogóle to najlepiej, jakby wzorem Amerykanów, wszyscy na studia się zadłużali...Nie... stypendia powinny być dwojakiego rodzaju - fundowane przez państwo dla osób wybitnie zdolnych, aby ich rozwój nie był uzależniony od możliwości finansowych oraz drugiego dla może nieco mniej zdolnych (ale też spełniających odpowiednie kryteria wiedzy), ale w zamian np. za "odpracowanie" tego w instytucjach państwowych. Tak np. funkcjonuje to w USA, gdzie za pomoc finansową trzeba np. odbyć kilka lat służby w armii czy być czynnym rezerwistą. Dodatkowo rozwiązuje to obecny problem personalny w obronności. Ale to tylko przykład - takie systemy są oczywiście bardziej złożone i przewidują więcej możliwości.
Ludzie są równi. Na to nic nie poradzicie. Choćbyście jakkolwiek nie wywyższali się nad pijanego w bramie - jesteście takim samym człowiekiem jak on. Ani lepszym, ani gorszym. Wiem, że łatwo jest budować swoje ego na "byciu lepszym". To jest naturalne. Ale z rzeczywistością sobie nie poradzicie.Lepszym bo utrzymującym państwo jako takie... tylko z biologicznego punktu widzenia występuje równość. Z punktu widzenia systemu równość nie występuje - do skrajności włącznie - jeden system utrzymuje, a drugi na nim żeruje. teoria o "równych żołądkach" to idiotyzm.
Państwo zostało ustanowione, aby wspierać swoich obywateli. Taki jest podstawowy cel ich zdania. Jeżeli obywatele są w potrzebie - to państwo powinno ich wesprzeć. Niezależnie od tego, czy ta potrzeba jest ich bezpośrednią winą, winą ich braku przewidywania czy też zdarzeń całkowicie niezależnych.Państwa powstały (a wcześniej inne zbiorowości) dlatego, że pojedynczy człowiek nie mógł zapewnić sobie wszystkiego - istniała potrzeba działań grupowych w niektórych kwestiach. A wiec zaistniała konieczność ich organizowanie i kierowania nimi.
A działalność charytatywna to wielkie gówno. To kwiatek do kożucha dla tych bogatych zazwyczaj, metoda na uspokojenie swoich sumień (wpłacę na Orkiestrę czy Caritas, to potem mogę nie płacić składek, bo to socjalizm). Niekiedy jest inaczej - składa się większa grupa, społecznośc lokalna i pomaga potrzebującym. to godne pochwały. Ale działalnośc charytatywna nie zastąpi państwowej działalności społecznej. Nie utrzyma chorych, bezdomnych i innych przy życiu. Nie pomoże im wyjść z dołków.Takie życie. Nierówność jest w nie wpisana.
Wspaniałe jest to społeczeństwo "odpowiedzialnych". Gdybym nie był socjalistą, a na przykład katolikiem powiedziałbym pewnie "a niech wam się noga podwinie, zobaczymy jak zniesiecie tą odpowiedzialność".Zapewne nie najlepiej. Czy to coś zmieni?
Argument z gatunku: gwałt to wina zgwałconej, mogła się tak nie ubierać, nie iść w pobliżu ciemnej uliczki, mogła nie iśc do dyskoteki gdzie jej wsypali proszki do drinka (mogła to przewidzieć!).Nie żeby coś, ale ja ciemne uliczki wymijam, a na dyskotekę biorę własne picie (o ile wolno) i patrzę na nie cały czas.
Ludzie są równi. Na to nic nie poradzicie. Choćbyście jakkolwiek nie wywyższali się nad pijanego w bramie - jesteście takim samym człowiekiem jak on. Ani lepszym, ani gorszym. Wiem, że łatwo jest budować swoje ego na "byciu lepszym". To jest naturalne. Ale z rzeczywistością sobie nie poradzicie.Bzdura. Ludzie nie są równi i nigdy nie byli (równość bynajmniej nie dotyczy tylko prawa). Inaczej nie istniałaby płeć, albo, argumentując mniej absurdalnie, nie istniałoby wrodzone kalectwo.
Oczywiście. Lepiej harować za głodową pensję niż faktycznie zdychać z głodu. Tyle że to jest "nie dość" lepsze.Pech.
Czy ja dobrze czytam? SOCJALNE? Kapitalizm nie toleruje takich brzydkich słów, odwołaj. Stypendia powinnny być CHARYTATYWNE. A w ogóle to najlepiej, jakby wzorem Amerykanów, wszyscy na studia się zadłużali...W punkt. ;) Szkoda tylko, że definicja jest przeciwko Tobie. Bo stypendium socjalne jak najbardziej może być charytatywne.
Państwo zostało ustanowione, aby wspierać swoich obywateli. Taki jest podstawowy cel ich zdania. Jeżeli obywatele są w potrzebie - to państwo powinno ich wesprzeć. Niezależnie od tego, czy ta potrzeba jest ich bezpośrednią winą, winą ich braku przewidywania czy też zdarzeń całkowicie niezależnych.Zmieniło się coś w politologii i mamy już jedną, powszechnie uznaną teorię powstania państwowości?
A jakie jest pierwotne znaczenie społeczny? Jestem bardzo ciekaw. Zaraz dowiemy się, że było to "każdy sobie rzepkę skrobie".Widzę, że niewyraźnie to napisałem, za co przepraszam. Nie chodzi o pierwotne znaczenie słowa "społeczny", tylko o to, co znaczyły dane sformułowania (typu: solidarność społeczna), zanim ktoś dokleił do nich słówko "społeczny".
Powinien być inny, uspołeczniony model odpowiedzialności.Jaki "uspołeczniony model"? Czym to się różni od obciążenia jednych na rzecz drugich za pośrednictwem państwa? Oczywiście to zawsze wystąpi, ale rzecz w tym by te obciążenia były jak najniższe czyli ograniczania "socjalu" tylko do sytuacji drastycznych i niezawinionych przez beneficjentów tego socjalu.
Bzdura Towarzyszu - gwałt to przymus na gwałconej, a reklama to zachęta, a nie przymus.Miałem tu na mysli raczej przymus bytowy wzięcia kredytu "na życie". Mam również na myśli sytuacje, gdy do zadłużenia skłania nas presja społeczna - presja aby mieć więcej, posiadać i tak dalej. Oczywiście powiecie mi, że nikt do głowy pistoletu nie przykłada - więc nie jest to przymus.
Lepszym bo utrzymującym państwo jako takie... tylko z biologicznego punktu widzenia występuje równość. Z punktu widzenia systemu równość nie występuje - do skrajności włącznie - jeden system utrzymuje, a drugi na nim żeruje. teoria o "równych żołądkach" to idiotyzm.Oczywiście możesz sobie to wmawiać. Ani biologia, ani prawo, ani etyka twoich opinii na szczęście nie uznaje :) PS. Taka potrzeba wywyższania się jest co najmniej znacząca ;-)
Państwo nie służy wspieraniu obywateli - tylko zapewnieniu im warunków funkcjonowania, które nie mogłyby zaistnieć przy indywidualnym działaniu. Potrzeba bezpieczeństwa i specjalizacji wymusza zorganizowanie się w pewien większy mechanizm, ale nie służy on obronie obywatela przez jego własną głupotą - tylko przed nieprzewidywalnymi czynnikami losowymi (w przypadkach wykraczających poza systemy ubezpieczeniowe) i zewnętrznymi oraz takimi, które wymagają działania zespołowego (instytucji państwowych).Zapominacie o jeszcze jednym: o presji i zagrożenia które wywołało powstanie państwo jako takiego, a w szczególności systemu kapitalistycznego. Kapitalizm oczywiście dał coś społeczeństwu, ale też wiele zabrał - i co raz więcej zabiera. Odpowiedzialnością państwa jest przywrócenie równowagi, bo jednostkowa odpowiedzialność okazuje się być niewystarczająca w chwili obecnej.
Nie ma najmniejszego powodu by pomagać jednym, kosztem drugich - w przypadkach gdy sytuacja jest zawiniona przez tego, który domaga się pomocy. Od takich spraw to powinny być systemy ubezpieczeniowe - które działają na zasadzie szacowanie ryzyka wystąpienia przypadku, w odniesieniu do założonych wpłat.Fałszywe jest tu założenie, że jest to gra o sumie zerowej - że jak inni dostaną, to ja stracę.
Generalnie systemy "nadmiernie socjalne" to okazują się wychodzić bokiem (bo są tak naprawdę głupotą) i jak widać na przykładach z życia powoli się od nich odchodzi (no czasem nie powoli - bo zapaści takich systemów bywają gwałtowne). Państwa "socjalne" są bez przyszłości... nieuchronnie prowadzą do zmniejszania się liczby utrzymujących, a wzrostu żerujących - taka już ludzka natura. Ludzi niestety trzeba przymuszać do odpowiedniego postępowania - systemy oparte na "samoświadomości" to czysta utopia, nadaje się co najwyżej do literatury Sci-Fi.No tak, widzimy "zapaści" takich systemów codziennie... te kryzysy w skandynawskich socjaldemokracjach... te odchodzące od tego państwa jak Kanada... te zadowolone z aktualnego stanu rzeczy i wcale nie podążające w ślady północnego sąsiada Stany Zjednoczone...
Bzdura. Ludzie nie są równi i nigdy nie byli (równość bynajmniej nie dotyczy tylko prawa). Inaczej nie istniałaby płeć, albo, argumentując mniej absurdalnie, nie istniałoby wrodzone kalectwo.Uwaga, komunikat! Bycie równym nie znaczy bycie takim samym. No, chyba że należy się ludzi, którzy uważają że płeć czy kalectwo sprawia, że ktoś jest gorszy... Dla takich ludzi już nie ma szans na pomoc, pozostaje tylko humanitarna kula w tył głowy.
W punkt. ;) Szkoda tylko, że definicja jest przeciwko Tobie. Bo stypendium socjalne jak najbardziej może być charytatywne.Stypendium socjalne przyznaje państwo. Stypendium charytatywne - organizacja charytatywna. To jest, tak jakby, różnica, bo państwo się charytatywną działalnością nie zajmuje.
Zmieniło się coś w politologii i mamy już jedną, powszechnie uznaną teorię powstania państwowości?Teorii powstania państwa jest wiele. Nie jest to jednak argument, aby posługiwać się jedną z nich tam, gdzie jest ona właściwa. Udowodnijcie, że nie przystaje ona do poruszonej problematyki, a nie rzucajcie argument z gatunku "ale teorii jest wiele" tak, jakby coś to udowadniało :)
Widzę, że niewyraźnie to napisałem, za co przepraszam. Nie chodzi o pierwotne znaczenie słowa "społeczny", tylko o to, co znaczyły dane sformułowania (typu: solidarność społeczna), zanim ktoś dokleił do nich słówko "społeczny".Aha. Czyli sformułowanie "solidarność społeczna" ma inne znaczenie niż słowo "solidarność". Doprawdy jest to odkrycie Ameryki, godne Nobla.
Istniejący system kapitalistyczny gwałci bardzo wielu ludzi i ich sumienia. Nie każdy raczy to dostrzec ze swojej pozycji.Nie ma systemu, który by tak nie robił.
Kapitalizm oczywiście dał coś społeczeństwu, ale też wiele zabrał - i co raz więcej zabiera. Odpowiedzialnością państwa jest przywrócenie równowagi, bo jednostkowa odpowiedzialność okazuje się być niewystarczająca w chwili obecnej.
Fałszywe jest tu założenie, że jest to gra o sumie zerowej - że jak inni dostaną, to ja stracę.Czuję sprzeczność.
No tak, widzimy "zapaści" takich systemów codziennie... te kryzysy w skandynawskich socjaldemokracjach...Wszyscy wieszczą upadek Szwecji... on szybko nie nastąpi, ale... wskaźniki mówią same za siebie.
Uwaga, komunikat! Bycie równym nie znaczy bycie takim samym. No, chyba że należy się ludzi, którzy uważają że płeć czy kalectwo sprawia, że ktoś jest gorszy... Dla takich ludzi już nie ma szans na pomoc, pozostaje tylko humanitarna kula w tył głowy.Kobieta i mężczyzna nie są sobie biologicznie równi, także pod względem predyspozycji. Tak samo kaleka i, może kontrowersyjne określenie, pełnosprawny. Zaklinanie rzeczywistości nic nie da.
Stypendium socjalne przyznaje państwo. Stypendium charytatywne - organizacja charytatywna. To jest, tak jakby, różnica, bo państwo się charytatywną działalnością nie zajmuje.W tym wypadku wyklęte słówko odnosi się do charakteru. Nie źródła.
Teorii powstania państwa jest wiele. Nie jest to jednak argument, aby posługiwać się jedną z nich tam, gdzie jest ona właściwa. Udowodnijcie, że nie przystaje ona do poruszonej problematyki, a nie rzucajcie argument z gatunku "ale teorii jest wiele" tak, jakby coś to udowadniałoNa historykach już by Cię Towarzyszu zjedli... Kto stawia tezę, ten jej dowodzi. Reszta może zająć wygodne pozycje wytykaczy błędów. To w końcu nie debata polityczna.
Aha. Czyli sformułowanie "solidarność społeczna" ma inne znaczenie niż słowo "solidarność". Doprawdy jest to odkrycie Ameryki, godne Nobla.A ja chciałem nagrodę Stalina. :(
Żeby była jasność ja nie jestem zwolennikiem państwa - gwaranta, łaskawego dawcy chleba tylko państwa wspólnoty, która jest odpowiedzialna za jego kształt. Jeśliby to było to inaczej byśmy traktowali państwo.Za bardzo wierzysz w ludzi.
Oczywiście możesz sobie to wmawiać. Ani biologia, ani prawo, ani etyka twoich opinii na szczęście nie uznaje :) PS. Taka potrzeba wywyższania się jest co najmniej znacząca ;-)W każdej zbiorowości występuje wartościowanie poszczególnych jednostek. Wartość jednostek utrzymujących system jest w oczywisty sposób wyższa niż wartość jednostek tylko na nim żerujących. I nie muszę sobie tego wmawiać - tak jest.
Fałszywe jest tu założenie, że jest to gra o sumie zerowej - że jak inni dostaną, to ja stracę.Nie jest fałszywe - bo środki nie biorą się z niczego... jeżeli wrasta wysokość wydatków na utrzymywanie tych, którzy na systemie żerują, to automatycznie musi wzrosnąć obciążenie dla tych, którzy system utrzymują.
No tak, widzimy "zapaści" takich systemów codziennie... te kryzysy w skandynawskich socjaldemokracjach... te odchodzące od tego państwa jak Kanada... te zadowolone z aktualnego stanu rzeczy i wcale nie podążające w ślady północnego sąsiada Stany Zjednoczone...Problem w tym, że tego nie można rozpatrywać w próżni... mówimy o kraju z pewnymi warunkami, a nie o takich, w których warunki są zgoła odmienne.
No to będzie UK XIX bis. A do tej Wielkiej Brytanii, której się "uczepiłem" od kogo szły te "idee"? Z rewolucyjnej Francji, która wywróciła kilkadziesiąt lat wcześniej system cechowy i stała się wichrzycielem.Udowodnij.
Nie ma systemu, który by tak nie robił.Filozoficznie podchodząc, mógłbym się zgodzić. Cytując Korwina-Mikke "zawsze się trochę gwałci" i ciągnąc to jako parafrazę "Lekki gwałt nie jest szkodliwy społecznie". Natomiast to, że nie ma systemu idealnego nie oznacza że nie trzeba walczyć z wadami istniejącego :)
Tak? Gdzie? Ja nie widzę sprzeczności między tezą, że postęp i rozwój przyniesiony przez kapitalizm został okupiony znacznymi kosztami społecznymi oraz twierdzeniem, że społeczeństwo nie jest grą o sumie zerowej. Jedno to stwierdzenie o charakterze historycznym, drugie to spostrzeżenie socjologiczne. Proszę wytłumaczenie sprzeczności :)Kapitalizm oczywiście dał coś społeczeństwu, ale też wiele zabrał - i co raz więcej zabiera. Odpowiedzialnością państwa jest przywrócenie równowagi, bo jednostkowa odpowiedzialność okazuje się być niewystarczająca w chwili obecnej.Fałszywe jest tu założenie, że jest to gra o sumie zerowej - że jak inni dostaną, to ja stracę.Czuję sprzeczność.
Wszyscy wieszczą upadek Szwecji... on szybko nie nastąpi, ale... wskaźniki mówią same za siebie."Wszyscy" to pojęcie względne w takich kwestiach :) "Wszyscy" wieszczyli koniec historii, "wszyscy" wieszczyli rozpad grupy euro podczas kryzysu i UE po odrzuceniu konstytucji dla europy, "wszyscy"
Kobieta i mężczyzna nie są sobie biologicznie równi, także pod względem predyspozycji. Tak samo kaleka i, może kontrowersyjne określenie, pełnosprawny. Zaklinanie rzeczywistości nic nie da.Nadal mylicie równość z identycznością :) I nadal upieracie się, że "jesteście lepsi", podczas gdy jesteście tacy sami. To byłoby śmieszne, gdyby nie było dość straszne, gdy weźmie się pod uwagę, że zdecydowana większość społeczeństwa funkcjonuje na poczuciu własnej wyższości.
W tym wypadku wyklęte słówko odnosi się do charakteru. Nie źródła.Dokładnie. Żadna pomoc realizowana przez państwo nie ma charakteru charytatywnego :)
Na historykach już by Cię Towarzyszu zjedli...LOL, argument "na historykach" to chyba najbardziej żenująca kapitulacja ever :D
Kto stawia tezę, ten jej dowodzi. Reszta może zająć wygodne pozycje wytykaczy błędów. To w końcu nie debata polityczna.Postawiłem tezę, odwołując się do teorii funkcjonalnej powstania państwa (po części też solidarystycznej Durkheima). Wytknijcie mi błąd, bo ja tego wytknięcia nie zauważyłem. To że istnieją inne teorie, nie jest błędem samym w sobie. Musielibyście wskazać na niesłuszność zastosowania tej teorii w tym konkretnym przypadku, albo obalić samą teorię. Z niecierpliwością czekam na jedno z tych zdarzeń :)
W każdej zbiorowości występuje wartościowanie poszczególnych jednostek. Wartość jednostek utrzymujących system jest w oczywisty sposób wyższa niż wartość jednostek tylko na nim żerujących. I nie muszę sobie tego wmawiać - tak jest."W oczywisty sposób", hmmm... jak dla mnie to jednak jest wmawianie sobie :)
Nie jest fałszywe - bo środki nie biorą się z niczego... jeżeli wrasta wysokość wydatków na utrzymywanie tych, którzy na systemie żerują, to automatycznie musi wzrosnąć obciążenie dla tych, którzy system utrzymują.Pominę milczeniem kolejne wypowiedzi w stylu "żerują", które obniżają poziom tej dyskusji do fejsbukowych sporów korwinistów z resztą świata. Problem polega nie na tym, że istnieje dysproporcja ponoszonych obciążeń i uzyskiwanych zysków. Problem polega na tym, żeby dostrzec własne korzyści w tym, że inni nie ponoszą tych kosztów. Wymaga to trochę szerszego spojrzenia na społeczeństwo niż z poziomu, literalnie mówiąc, własnej dupy.
A co do USA... to na negatywne skutki pomysłów ostatniego ichniego prezydenta trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Bogate państwo może nawet przy nierozsądnym systemie funkcjonować dość długo bez jakiś drastycznych efektów. W krajach biedniejszych takie działania spowodują znacznie szybsze "posypanie się" systemu, choć i tak to są sytuacje, na których efekty czeka się przez lata...Czyli argument z gatunku "każdy stem który moim zdaniem jest zły, w końcu się posypie, prędzej czy później". Widzę, że znaleźliśmy punkt wspólny między Wami a marksizmem :)
Pominę milczeniem kolejne wypowiedzi w stylu "żerują", które obniżają poziom tej dyskusji do fejsbukowych sporów korwinistów z resztą świata.Na "korwinistach" się nie znam... mało mnie interesują, natomiast określenie "żerują" jest jak najbardziej adekwatne. Systemy nadmiernie socjalne wytwarzają grupy społeczne, które faktycznie z systemu tylko biorą nic do niego nie wnosząc (bo system to umożliwia) - określenie "żerują" tutaj jak najbardziej pasuje.
Problem polega nie na tym, że istnieje dysproporcja ponoszonych obciążeń i uzyskiwanych zysków. Problem polega na tym, żeby dostrzec własne korzyści w tym, że inni nie ponoszą tych kosztów. Wymaga to trochę szerszego spojrzenia na społeczeństwo niż z poziomu, literalnie mówiąc, własnej dupy.
Czyli argument z gatunku "każdy system który moim zdaniem jest zły, w końcu się posypie, prędzej czy później". Widzę, że znaleźliśmy punkt wspólny między Wami a marksizmem :)Takie samo założenie jak Twoje, że system w którym coraz większa liczna osób korzysta z systemu, a coraz mniejsza go utrzymuje - ma prawa długotrwale funkcjonować. Wiele zależy od warunków, w których dany system funkcjonuje, na ile ta zmniejszająca się grupa utrzymujących może wytwarzać odpowiedni dochód by ten system funkcjonował. Stąd sprawdzalność się rozwiązań nie jest identyczna czy nawet podobna, w różnych miejscach.
Jednak czasem łatwa jest pokusa brnięcia w nałóg poprzez minima socjalne gwarantowane przez pańswto - tym pijaczynom to wystarcza lub tworzenia społecznego przyzwolenia, że to fajne, łatwe, przyjemne to już błędy systemu.To nie tylko kwestia nałogów... Generalnie rozpasany system socjalny zachęca pewna część społeczeństwa do braku wysiłku w szukaniu źródeł utrzymania i tym samym normalnego funkcjonowania w systemie... bo osobniki o stosunkowo niewielkich potrzebach doskonale potrafią system wykorzystać. Mógłbym służyć całą kupą osobiście mi znanych przypadków - ale to temat na książkę, a nie na psot na forum.
Tak? Gdzie? Ja nie widzę sprzeczności między tezą, że postęp i rozwój przyniesiony przez kapitalizm został okupiony znacznymi kosztami społecznymi oraz twierdzeniem, że społeczeństwo nie jest grą o sumie zerowej. Jedno to stwierdzenie o charakterze historycznym, drugie to spostrzeżenie socjologiczne. Proszę wytłumaczenie sprzecznościNie widzę dowodu na to, że koszty społeczne się zwrócą.
"Wszyscy" to pojęcie względne w takich kwestiach :) "Wszyscy" wieszczyli koniec historii, "wszyscy" wieszczyli rozpad grupy euro podczas kryzysu i UE po odrzuceniu konstytucji dla europy, "wszyscy"Oczywiście, jak to z mitycznymi pojęciami. ;)
I nadal upieracie się, że "jesteście lepsi", podczas gdy jesteście tacy sami. To byłoby śmieszne, gdyby nie było dość straszne, gdy weźmie się pod uwagę, że zdecydowana większość społeczeństwa funkcjonuje na poczuciu własnej wyższości.Ależ gdzie ja to robię? :o
Dokładnie. Żadna pomoc realizowana przez państwo nie ma charakteru charytatywnegoDobra, powiedzmy, ze w tej kwestii pasuję.
LOL, argument "na historykach" to chyba najbardziej żenująca kapitulacja everTo nie był argument. ;)
Postawiłem tezę, odwołując się do teorii funkcjonalnej powstania państwa (po części też solidarystycznej Durkheima). Wytknijcie mi błąd, bo ja tego wytknięcia nie zauważyłem. To że istnieją inne teorie, nie jest błędem samym w sobie. Musielibyście wskazać na niesłuszność zastosowania tej teorii w tym konkretnym przypadku, albo obalić samą teorię. Z niecierpliwością czekam na jedno z tych zdarzeńWprost przeciwnie, Ty musisz dowieść jej słuszności.
Równość wynika wprost z faktu bycia jednostką. I jest to coś, czego nie możecie znieść (dwuznaczność celowa).Czekam na dowód. Nieodwołujący się do moralności.
Pominę milczeniem kolejne wypowiedzi w stylu "żerują", które obniżają poziom tej dyskusji do fejsbukowych sporów korwinistów z resztą świata.Czyżby nie było "szkodników"? ::)
Jednak czasem łatwa jest pokusa brnięcia w nałóg poprzez minima socjalne gwarantowane przez pańswto - tym pijaczynom to wystarcza lub tworzenia społecznego przyzwolenia, że to fajne, łatwe, przyjemne to już błędy systemu.Gorsze zdecydowanie jest to drugie.