W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli, a także mu okropni hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem,