Witamy w dziale prozy!

Fauna Królestwa Nordii
Kjell Freyrsonn
tom I

Fauna Królestwa Nordii
Kjell Freyrsonn
tom II

Wiedeńska wiktoria

Pierwsze promienie brzasku zagrały na wypolerowanych zbrojach, mieczach i tarczach polskich szlachciców. Było mroźno, w nocy szalała śnieżyca. Mimo to wszyscy stanęli w szeregach na rozkaz wodza i oczekiwali jego rozkazów.
Ów też wkrótce się ukazał. Głowy wszystkich wojowników zwróciły się w stronę męża ogromnej postury, otyłego, acz pięknego. Spokojnie zajechał on przed pierwsze szeregi husarii i potoczył po nich wzrokiem. Wkrótce oblicze jego, dotąd groźne, marsowe, rozjaśniło się uśmiechem. Zobaczył to, co chciałby ujrzeć każdy wódz tuż przed szturmem: ludzi wypoczętych, pełnych bitewnego zapału, gotowych iść nawet po śmierć.
- Przyjaciele! Panowie Bracia! Obrońcy Rzeczypospolitej! – rzekł dowódca mocnym i donośnym głosem – Mamy zadanie do wykonania! Oto tam, na chocimskich murach, powiewają sztandary Turków. Bisurmanie siedzą na naszej ziemi, depczą nasze stare gniazda rodowe, chrześcijańskie kraje pod swą muzułmańską władzą trzymają! Czy pamiętacie, czemu tu jesteśmy? Jaki jest nasz cel? Przyszliśmy po pomstę i po nasz honor! Honor, który Rzeczpospolita utraciła w Buczaczu! Tak, Panowie Bracia! Pamiętacie! Pamiętacie tę hańbę, której tam doznaliśmy, a której przeszłe pokolenia nie znały! Niczym była haniebna kapitulacja pod Ujściem wobec tego pokoju, przeklętego traktatu, którym oddaliśmy naszą ojcowiznę wyznawcom Proroka! Bisurmanom!
Hetman Sobieski, on to był bowiem, potoczył po swoich ludziach wzrokiem, w którym płonął ogień wielkiego gniewu. Zgodnie jednak z przewidywaniami, ujrzał pełne tego samego gniewu oczy. Oni zachowali w duszy, niczym ostry cierń, wspomnienie buczackiej hańby. To wspomnienie paliło ich niczym rozżarzone żelazo. Hetman kontynuował:
- Przeklęty ich sułtan swoim trzewikiem zgiął nasze karki. Jak pospolitym sługom, nakazał nam płacić haracz! Czy my, dumni Sarmaci, możemy żyć w takiej hańbie?! NIE! Czas więc odebrać co nasze, czas pokazać Turkom, że ich miejsce w Stambule, a nie na ziemiach Rzeczpospolitej! A więc, do broni, Panowie Bracia, i na mój rozkaz, atakować!!!
Słowom Jana odpowiedziała ogromna wrzawa. Osiągnął swój cel. Zapalił w sercach żołnierzy zapał, który będzie ich pchał do najdzielniejszych czynów. Zapał, który z armii tureckiej uczyni mały podjazd, a z murów twierdzy lichy płot przy chłopskim poletku ziemi.
- Dla Boga, za króla i za ojczyznę!!!
Wrzask był odpowiedzią na słowa hetmana. Armia szykowała się do natarcia.

***

Kamienny most runął w dół. Kolejni uciekający stracili grunt pod nogami, znajdując śmierć wśród gruzów. Reszta, pozbawiona drogi ucieczki, znalazła śmierć pod mieczami polskich wojów.
- Zwycięstwo, Panowie Bracia! Zwycięstwo! – krzyczał hetman – Twierdza jest nasza!
Euforia żołnierzy Rzeczypospolitej była niepowstrzymana. W zapale dobijali ostatnich uciekających Turków, pławiąc się w swym zwycięstwie.
- Dzisiejszego wieczora będziemy ucztować: w Chocimiu nie brak wielkich zasobów żywności. Czas uczcić nasz triumf!
Dzisiejszej nocy twierdza nie usnęła. Niemal do świtu rozbrzmiewała śmiechami i kolejnymi toastami rozradowanej braci szlacheckiej.

***

- Teraz nasz umiłowany pan, Najjaśniejszy Król Michał, zawrze z Turkami kolejny pokój. Tym jednak razem to MY zagarniemy ich ziemie i to ONI zapłacą nam daninę!
Szlachta wybuchła śmiechem.
- Za nowy pokój! Oby Najjaśniejszy Król jak najszybciej go zawarł! – Sobieski wzniósł kielich.
- Król już nijakiego traktatu nie podpisze – rzekł jakiś magnat, podchodząc do stołu hetmana – Zacny hetmanie, król zmarł wczoraj!
Natychmiast umilkły wszystkie śmiechy i rozmowy. Oczy wszystkich zebranych zwróciły się na owego magnata, a następnie na hetmana Sobieskiego. Ten odłożył kielich, usiadł i zapytał:
- Czy to pewnie wieści?
- Oto posłaniec prosto z Lwowa, gdzie Jego Miłość dokonał żywota.
Jan zamilkł. Przez chwilę zdawał się rozmyślać nad sytuacją, po czym podniósł kielich, wstał i w te słowa ozwał się do zgromadzonych:
- Panowie Bracia, powstańmy i wypijmy za pamięć Jego Królewskiej Mości. Niechaj go Najłaskawszy Bóg przyjmie do swego Królestwa! Za króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego!
Hetman wychylił kielich. Uczta skończyła się.

***

Interrex Prymas Andrzej Olszowski stanął na podwyższeniu i rzekł:
- Szlachto Rzeczypospolitej! Ogłaszam wam, iż wybraliście spośród kandydatów nowego króla! Niechaj nam miłościwie i sprawiedliwie panuje Jego Królewska Mość Jan III Sobieski!
Szlachta i magnateria zakrzyknęła radośnie. Większość poparła dotychczasowego hetmana. O tak, Rzeczpospolita potrzebowała wodza, który ją powiedzie w święty bój z Turkami!

***

- ... Dlatego też Najjaśniejszy Cesarz Rzymski wraz z Jego świątobliwością papieżem usilnie proszą Waszą Królewską Mość, aby w myśl zawartych traktatów Wasza Miłość jak najspieszniej wyruszył z bitną armią Rzeczypospolitej na odsiecz Wiednia. Najjaśniejszy Cesarz Rzymski, pełen wiary w Wasz honor i męstwo oczekuje Waszej Królewskiej Mości pod murami swej stolicy. Przesyła również wyrazy szacunku i pozdrowienie dla Was i całej szlachty Rzeczypospolitej.
- Zacny panie – odparł król – Rzeknij swemu panu, iż My, Jan III, z Bożej Łaski król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Żmudzki, Kijowski, etc., etc., etc., przesyłamy mu wyrazy szacunku i Nasze pozdrowienie! Zapewniamy również gorąco Najjaśniejszego Cesarza Rzymskiego, a Naszego wielkiego przyjaciela, że w myśl zawartych układów staniemy co rychlej pod murami Cesarskiego Miasta Wiednia wraz z Naszymi wojskami.
- Dzięki ci, Wasza Królewska Mość. Doniosę spiesznie memu panu, iż ruszają zacne armie Rzeczypospolitej.
Poseł skłonił się i oddalił. Król zaś zwrócił się do swych doradców:
- Zbyt groźne są armie tureckie, aby dłużej zwlekać. Litwini niech dociągną później. Nie możemy pozwolić sobie, by na nich czekać. Wydajcie rozkazy. Niech armia szykuje się do pochodu na Wiedeń.
- Wedle Waszej woli, Najjaśniejszy Panie!

***

Nadszedł dzień 3 września 1683 roku. Armie Rzeczypospolitej wiedzione osobiście przez króla Jana III Sobieskiego po długim marszu przez śląsk, Morawy i Czechy, dotarły do wioski Tulln nad Dunajem. Tutaj też zjechali ze swymi siłami cesarz i jego ludzie.
Kiedy tylko wojska rozłożyły się obozem, zwołana została narada wodzów. Król Jan III z przystojnym orszakiem wkroczył do cesarskiego namiotu, gdzie wymienił z władcą rzymskim ,,pocałunek pokoju”. Rozpoczęła się narada.
Król długo przedstawiał swoje racje Leopoldowi I i jego dostojnikom. Wreszcie po wielu godzinach obrad cesarz przyjął jego plan odsieczy i powierzył mu dowództwo nad całością wojsk sprzymierzonych.
Król Polski stanął na czele sił polsko-austriacko-niemieckich.

***

- Szlachto Rzeczypospolitej! Dzielni Sarmaci! Nasi sojusznicy atakują już pozycje wroga wzdłuż prawego brzegu Dunaju, z wolna spychając go w stronę murów Wiednia! Dla was zaś przewidziałem inne zadanie. Za chwilę wyruszymy za wynajętymi węgierskimi przewodnikami przez bezdroża Lasu Wiedeńskiego. Stamtąd uderzymy na Turków! A więc, za mną, Bracia! Za mną, wojownicy Rzeczpospolitej!
Pełny zapału wrzask był odpowiedzią na słowa króla. Żołnierze ustawili się w szyku i ruszyli za swym wodzem w leśne gęstwiny...

***

Całe dwa dni maszerowała armia polska przez Las Wiedeński. Król niestrudzenie parł naprzód, wiedząc, jak ważna jest ta przeprawa. Wróg nie spodziewał się ataku z tej strony. Wiedział, że zaskoczy przeciwnika. Kara Mustafa dobrym był wodzem, ale zbyt ufnym w swe siły. Nie umocnił dostatecznie obozu.
Sobieski wiedział, że bitni Polacy wytrzymają ten marsz. Co prawda nie było łatwo przebyć leśne ścieżki, ale wódz był pewien, że jego ludzie wytrwają. Ufał w ich motywację i determinację.
Wreszcie w późnych godzinach popołudniowych oczy króla dojrzały zabudowania wiedeńskie i namioty bisurmańskiego obozu.
- Ustawić się w linii! – krzyknął Jan.
Oddziału husarii uformowały szyk: długą na sześć kilometrów linię, tuż przed pierwszymi drzewami Lasu Wiedeńskiego. Turcy zdawali się nie dostrzegać ruchów polskich wojsk...
,,Tak jak sądziłem – ucieszył się w duchu król – słońce świeci tak nisko, że bisurmany nie widzą nas! Mamy więc przewagę zaskoczenia...”
Sobieski rozejrzał się i dostrzegł po swej prawej stronie dzielnego porucznika Zygmunta Zbierzchowskiego, dowodzącego jedną husarską chorągwią.
- Poruczniku – rzekł do dowódcy, zbliżając się konno do niego – Wierzę, że jesteś człowiekiem dzielnym.
- A jakże, Wasza Miłość!
- A dzielnych masz ludzi?
- Najdzielniejszych!
- A więc ruszysz na zwiad. Słyszałem o wielu twych zuchwałych poczynaniach. Teraz dowiedziesz swej wartości. Ruszysz pierwszy i sprawdzisz teren. A żebyśmy się nie natknęli potem na jakowe wilcze doły, jasne?!
- Tak jest, Wasza Królewska Mość!
- Dobrze. Ruszaj!
- Słyszeliście Najjaśniejszego Pana, ruszać! Cwałem!
Chorągiew ruszyła. Sobieski czas jakiś spoglądał na swych ludzi, na konie nabierające tempa, na skrzydła przytroczone do pancerzy, które szumiały w pędzie, na chorągwie, łopoczące na wietrze... A husaria nabierała rozpędu, pędząc wprost na turecki obóz.
Wódz napawał się widokiem swej ciężkiej jazdy. Kawaleria zawsze budziła dumę w jego sercu: bo oto on, król Polski, jako jedyny dysponuje tak potężną konnicą!
Nie mógł jednak wpatrywać się ciągle w cwał swoich ludzi, gdyż musiał przygotować się na ich powrót i to z sułtańskimi oddziałami na ogonie.
- Szykować armaty! Szybko, szybko!!!
Ludzie przynieśli rozczłonkowane działa i zaczęli je szybko składać. Król przyglądał się ich pracy i znów serce jego przepełniła duma: ,,Nie tylko żołnierzy mamy najlepszych. Oto jak sprawnie, jak szybko, armaty stawiają! Ha! Po własną hańbę sułtan przysłał ludzi!”
Zwrócił konia w stronę miasta. Dojrzał w dolinie chorągiew Zbierzchowskiego. ,,Niedobrze, poniosą ogromne straty – myślał – ale nie ma wojny bez ofiar. Nie zapomnę żadnemu z tych żołnierzy ich brawury...” Oddział na oczach władcy przebiegł łukiem przez środek tureckiego obozu, siejąc niesamowity zamęt. Kara Mustafa opanował szybko popłoch swych ludzi i pchnął za małym oddziałkiem wielką masę kawalerii. Porucznik zawracał już jednak i gnał z powrotem pod las. Król rzucił okiem na armaty, które już były ładowane. ,,Dobrze, powitamy wroga gorącą salwą!” – cieszył się w duszy. Istotnie. Jazda muzułmanów dotarła pod linie polskich oddziałów, a wtem na znak Sobieskiego huknęły działa. Dziesiątki Turków zwaliło się wraz z końmi na ziemię, deptani i tratowani przez następne szeregi niewiernych.
Wreszcie jednak wrogowie spostrzegli, że przed linią drzew ustawiono artylerię i zaczęli się wycofywać. Na panikę w szeregach przeciwników czekał już król; spiął konia ostrogami, machnął buławą i krzyknął:
- Teraz! Szarżować!
Odpowiedział mu wrzask tysięcy piersi. Husarskie konie zarżały i ruszyły.
Szczęśliwcami byli ci, którzy mogli kiedyś oglądać taki widok. Tysiące kopyt biło ziemię, idąc najpierw stępa, potem przechodząc w kłus, galop i wreszcie, przed samym nieprzyjacielem, w cwał.
Jeźdźcy tureccy szybko pierzchali, ale w dole ustawiła się piechota. Król jednak pewien był swego: cwał kawalerii polskiej zmiażdżył wroga, przełamał jego szeregi. Polacy wbili się w oddziały piechoty niczym nóż w miękkie masło.
Konnica tatarska, chociaż szybka, była jednak lekko uzbrojona. Zbyt lekko, by mierzyć się z husarią. Już w pierwszych chwilach rzucili się do ucieczki na drugą stronę rzeki Wiedenki, porzucając swych współziomków. Załoga obozu, widząc żelazne szeregi polskich jezdnych rzuciła się w ślad za Tatarami. Najzacieklej broniła się janczarska piechota. Ci świetnie wyszkoleni wojownicy nie chcieli ustąpić. Wreszcie jednak i ich opór został złamany, pierzchnęli w popłochu, porzucając swe znaki. Oddziały samego wezyra Kara Mustafy wkrótce ruszyły za nimi, brodząc przez wody Wiedenki.
Obóz został zdobyty!
- Ej tam, zagrać no który i wstrzymać wojska! Nie ścigać psów niewiernych!
- Czemu, panie?
- Zbyt późna pora! Po nocy ich nie znajdziem!
Zagrano, by wstrzymać ludzi. Wtedy wszyscy wojownicy chciwie rzucili się na obóz, biorąc jak najwięcej bogactw. A też było ich tam wiele.
Sam Sobieski wkroczył do wezyrskich namiotów, biorąc niezliczone łupy. Pochwycił też zaraz wszystkie znaki Kara Mustafy, w tym Chorągiew Proroka. Wódz był w namiocie wezyra, gdy wkroczył jego sekretarz, ksiądz Talenti.
- Podejdź no, przyjacielu! Trzeba nam powiadomić Jego świątobliwość papieża o naszej victorii! – król pochwycił pergamin, inkaust i pióro i skreślił na szybko trzy słowa, po czym z zadowoloną miną oddał kapłanowi.
- Venimus, vidimus, Deus vicit? – przeczytał sekretarz, uśmiechając się.
- A jakże! Ponoć Juliusz Cezar, wielki rzymski wódz, takąż wiadomość Senatowi do Rzymu posłał jak króla Pontu pobił. A nasze zwycięstwo nie mniejsze! śpiesz teraz, przyjacielu, do Rzymu. Weź oddział, list i Chorągiew Proroka i zanieś przed oblicze Ojca świętego.
- Wedle Waszej woli, panie.
W godzinę później Sobieski stał na koniu pod murami miasta, a cesarz Leopold I oddał mu hołd jako zwycięzcy. Król przyjął go dumnie. Następnie rozwarły się bramy Wiednia i cesarz wjechał na czele wojsk do miasta. Tuż za nim posuwał się król Jan. A ponoć niejednej książę padł mu wtedy do stóp i sawlatorem go swym mianował.

***

Niedługo potem wojska polskie wycofały się spod Wiednia. Przez Węgry, w ślad za cofającymi się Turkami, kierowali się do Rzeczpospolitej. 9 października Anno Domini 1683 raz jeszcze triumfował Polski ,,Lew Lechistanu” – pod Parkanami, gdzie rozbił raz jeszcze wojska muzułmańskie. W grudniu tego roku w wielkiej chwale stanął wraz z armią w Krakowie.
I wielką się okrył król sławą w całej Europie, a imię jego nieśmiertelnym się stało – zawsze pozostanie na kartach historii jako wielki wódz, salwator Wiednia!

Marcos de Zepp