|
ny telefon, który kazał odłączyć (ze względów oszczędnościowych) dopiero był na powrót instalowany, Król więc nie był w stanie porozumieć się jeszcze ze Scholandią. Na razie więc z niecierpliwością chwycił dostarczane mu raz w tygodniu gazety z ojczyzny i ... zobaczył w nich sławetne przemówienie don Dudone o jego przyjaciołach Świstaku i Patelni. Czytając kolejne wersy, Król robił się coraz bardziej czerwony. Na końcu tekstu Armin Frederik dosłownie się zagotował. Postanowił nie czekać na swojego młodszego brata, który właśnie dziś miał go odwiedzić z paroma partnerami do brydża. Szybkim, brzydkim pismem skreślił małą kartkę do niego: "Poczytaj sobie i posłuchaj, co leży na biurku. Wracam do kraju, zanim nam go rozwalą. AF". Następnie zebrał najpotrzebniejsze rzeczy, zadzwonił po ochronę i kazał się wieźć na lotnisko. |
Rozdział dziewiąty
astępnego ranka Maxima obudziła się
po raz kolejny, tym razem w znacznie mniej ciekawej scenerii. Była w niewielkim pomieszczeniu, zgoła bez różowych łóżeczek i sufitów z baldachimem. Naprzeciw niej siedział jakiś osobnik ze zbójeckim nożem z ręku, złowróżbnie szczerzący do niej w ohydnym grymasie iście wampirze kły. Maximie wydało się zaraz, że tego potwora już gdzieś widziała. Czy to był Gargamel z ukochanej kreskówki? Nie... to przecież może być Wilk z Czerwonego Kapturka, może Szerszeń z "Pszczółki Mai", hm... ależ nie on .... rety!!! To przecież ten Zły-Duch-Pożerca, postrach scholandzkich dzieci z popularnych komiksów, wydawanych przez Strudolfiniego. Tak, to on! (Maxima nie zawracała sobie głowy polityką i nie mogła wiedzieć, że jako prototyp Złego-Ducha-Pożercy w jej codziennej lekturze wykorzystane zostało przez złośliwych sarmatofobów wcale wierne zdjęcie sarmackiego - pożal się Boże - Bismarcka, Kanclerza Czekańskiego. W ten to sposób
|