|
skiego wraz z grupką oszołomionych portierów i sprzątaczek, siedział Markgraf ponury i zniechęcony i miętosił swój lotniczy bilet, który zaraz przyjdzie mu anulować. Działacze PLI bawili się w tak prostym towarzystwie, gdyż mało kto przewidział jej zwycięstwo. Wszyscy pieczeniarze i oportuniści Królestwa w panice opuszczali dopiero siedzibę Nowej Demokracji i potrzebowali jeszcze przynaj- mniej pół godziny, by zjawić się na przedpokojach nieoczekiwanych zwycięz- ców. Nawet Geniusz Intuicji, Konrad von Staufen, zawsze starający się wejść w porę do właściwej łódki, tym razem nie zdążył na czas. Jego nowiutki "Scholandes" wydawał z siebie ostatnie tchnienia, rycząc dwustukonnym motorem po ulicach stolicy, by dowieźć swego właściciela na Plac Mendla. Posada ministra w nowym rządzie oddalała się z każdym czerwonym światłem, przed którym musiał hamować. Oczyma wyobraźni już widział Masterów, Strudolfów, Smorędy, kłębiące się u stóp natchnionego Markgrafa-Zwycięzcy.... Tymczasem Markgrafowi, pozbawionemu swoich marzeń, nie poprawiała nastroju nawet myśl, że właśnie stał się depozytariuszem pełni władzy w Królestwie - mianowany bowiem właśnie Regentem |
Książę Delty także był czynnym członkiem PLI i na pewno chętny do poparcia najbardziej nawet zakręconego konkursu oraz do krycia swym autorytetem dowolnego lapsusu Starej Dobrej Partii. Wybór Regenta był najlepszym dowodem, że także i Król w najstraszniejszych koszmarach nie spodziewał się kolejnego sukcesu PLI i swoim starym zwyczajem chciał zapewnić równowagę w państwie przez obsadzenie Zamku przedstawicielem opozycji. Tymczasem rachunki ich obu okazały się fałszywe. Koliński z rezygnacją przyglądał się swoim świętującym partyjnym towarzyszom, rozmyślając, który z nich mógłby uratować jego wakacyjne plany. Żaden z nich nie gwarantował tego, co najważniejsze: absolutnej i doskonałej przeciętności, połączonej z wiernością Szefowi partii i pełnym posłuchem dla jego wskazówek. Zostawiając kogoś z nich na czele Rządu, Markgraf nie mógłby być wcale pewien, że nie wpadną na własne pomysły i nie uzyskają samodzielności w scholandzkiej polityce. Tak więc przyjdzie mu pozostać w kraju, pilnując swojej pozycji, a podróż życia po raz kolejny będzie musiał odłożyć. Żegnajcie, ckliwe pieśni w koszernych tawernach, nie |