usiadł do stołu, po czym rozpoczęli śniadanie. Jak zawsze cała rodzina jadła swoje ulubione płatki owsiane z naklejkami, które od lat wszyscy Dudone zażarcie zbierali i wklejali do albumu. Wysyłali je potem (także od lat) do producenta, Cocacolatla, którego firma przysłała obiecywane wysokie nagrody w ... libertach, po oficjalnym sarmackim kursie jeden do jednego. Wiedziały o tym w międzyczasie wszystkie dzieci w najbardziej zapadłych wsiach. Dlatego sarmackie banknoty z dwoma zaledwie zerami (za które w ich kraju pochodzenia można było kupić najwyżej pudełko zapałek) nie budziły już niczyjego pożądania i towar sprzedawał się słabo. Tylko nasza Rodzina Dudone nie bardzo rozumiała różnicę między walutami, zatem zabawa w zdobywanie nagród toczyła się w najlepsze. Annoduda wkładała je potem do swej ogromnej, plastikowej świni-skarbony i upychała szufelką, naiwnie wierząc, że kiedyś kupi sobie za nie konika na biegunach. Po rodzinnym śniadaniu i żmudnym zaadresowaniu oraz zaklejeniu kopert z naklejkami Premier obudził swój sztab: Lumpa Mieciora oraz Świstaka. Do obecnych rzekł uroczyście:
- Drogie Siostry oraz przyjaciele, Towarzy-


sze Walki! Dzisiaj nastał wyjątkowy dzień. Postanowiłem bowiem udać się do Pałacu Premiera i udekorować swój gabinet.
    Wszyscy w salonie zamarli. Nie byli przyzwyczajeni do pracy, lecz przecież nie wypadało nie iść z premierem do roboty. Miecior ze Świstakiem byli chwilowo wręcz załamani, niemniej doszli do wniosku, że i w siedzibie rządu przecież także można pić - i wrócił im dobry humor. Siostry wprawdzie wiedziały, ile tracą, bo Gumisie w telewizji nie były powtarzane, ale przecież praca to praca. Zatem bez specjalnych protestów zapakowały najpotrzebniejsze klocki i ruszyły w stronę drzwi.
    Członkowie Gabinetu wsiedli do swoich samochodów (zaś Bardzo Tajny Doradca - Świstak - do bagażnika Mieciora) i ruszyli do siedziby Rządu. Droga minęła spokojnie, siostry spały, Miecior ze Staszkiem rozpoczęli picie już w samochodach, a Dudone przygotowywał się do godnego zajęcia apartamentów rządowych, strojąc marsowe miny do samochodowego lusterka. Wyglądało to wprawdzie nieco komicznie, lecz szofer nawet się nie uśmiechnął. Woził już ongiś słynnego opoja de Belli, leżącego czasem w oparach sarmackiej whisky i czkającego po zakrapianych imprezach, służył już Arcy-