Każdy z Nas, kto ma krztę zdrowego spojrzenia na świat, z drżącym i niecierpliwym oczekiwaniem wypatruje upadku kolosów na glinianych nogach. Lubujemy się się w skakaniu po gruzach rozdmuchanych do granic możliwości cywilizacji, wysyłamy pisma pełne bólu, które pakujemy w kolorowe koperty.
Podobnie rzecz się ma, gdy upadają zagadkowe cywilizacje Piotrusiowa i państw satelickich. W odmienności do powyższego, nie chcemy dotykać ich zwłok, boimy się skazić trupim jadem błazenady. Wysyłamy sobie gratulacje i powinszowania, wracamy z tarczą do metropolii ogłaszając się jednocześnie pogromcą yoyonacji.
Inaczej ma się, gdy ku upadkowi schylają się państwa, które odcisnęły znaczące piętno w rozwoju myśli i rzemiosła w zamkniętym świecie mikronacji. Z jednej strony cieszymy się, a jednak zastawiamy pułapki na potencjalnych nowych obywateli, którzy są w stanie uzdrowić Nasz system. Z drugiej strony prawdziwie cierpimy do szpiku kości, widząc zbliżający się kres.
Nie tylko o Trizondalu tutaj mowa, ale o wszystkich twórcach świata, w którym staramy się żyć. Coraz bardziej stajemy się monolitem, w którym brakuje różnorodności. Wszyscy spotykamy się na tym samym forum, dyskutujemy na te same tematy, nic Nas nie zaskakuje, znamy się za dobrze.
Czasem Meduza zastanawia się, co się stało z szeroką paletą wyrazistych osobowości, które z biegiem czasu wyblakły, gdzie podział się młodzieńczy entuzjazm, który tlił się w sercach Obywateli.
Koniec końców stąpamy prawie po dnie.