Sala Chwały, czyli wielkie czyny dawnych władców
Anno Domini 1178
Korona Drażana Józefa - obecna korona monarchów surmeńskich
- Niechaj więc każden Surmeńczyk wie, iże z dniem dzisiejszym ojczyzna jego króla ma w osobie Drażana Józefa!
- VIVAT!!! VIVAT KRÓL!!!
- Narodzie! Wielcem rad z waszej ufności w osobę moją. Dziękuję wam szczerze. Skorom więc został wyznaczon do włożenia na skronie królewskiej korony, przyrzekam dbać o wasze dobro! Niech jaśnieje nowa, monarchistyczna Surmenia!
Wiwatom nie było końca. Cały lud radował się z obrania nowego władcy Surmenii. Pierwszy w historii król.
Natychmiast wysłano poselstwa do Rotrii, aby tamtejszy Biskup zechciał ukoronować króla-elekta. Po długiej podróży wysłane poselstwo wraca z pozytywną odpowiedzią.
Tak więc jeszcze w Roku Pańskim 1178 Linus I własną osobą zjawia się w Menii. Orszak Ojca świętego wjeżdża na ulice miasta i pośród ciekawych tłumów zdąża w stronę siedziby króla.
Następnego dnia po przybyciu, cała arystokracja Surmenii zbiera się w Bazylice Wszystkich świętych w Menii. Nastaje historyczny 22 maja.
Orszak odprowadza króla na ołtarz, gdzie zasiada na szczerozłotym tronie. Wysłuchuje mszy świętej. Wreszcie, Patriarcha przemawia do niego:
- Drażanie Józefie, jako wierzący w Chrystusa gotów będziesz ślubować tarczę Kościoła nosić, bronić sprawiedliwości, być Surmenii dobroczyńcą , opiekunem wdów i sierot oraz będziesz wierny narodowi?
- Będę!
- A więc namaszczam cię na króla Surmenii, w imię Ojca, Syna i Ducha świętego.
Namaszczenie. Król-elekt staje się w tej chwili Bożym namiestnikiem. Stoi przed tronem i słucha ewangelii, czytanej przez Biskupa Rotrii. Wreszcie, Patriarcha podchodzi do niego i z rąk jednego z duchownych odbiera złotą koronę.
- Drażanie, czy przyjmujesz tę koronę?
- Przyjmuję!
- Drażanie, pamiętaj, że władza twa pochodzi od Boga i od Boga jest Ci dana. Ja Cię koronuję na króla Surmenii . In nomine Patri et Filii et Spiritus Sancti. Amen.
- Amen.
Bazylika naraz rozbrzmiewa radosnymi wiwatami poddanych. Patriarcha z uśmiechem wraca na ambonę i intonuje ,,Te Deum". Wierni śpiewają pieśń ku chwale Boga, dziękując za nowego ,,rex Surmeniae".
Rozpoczyna się nowa era. Drażan stoi z uśmiechem obok tronu. Unosi ku górze twarz, na którą padają przez okno promienie słońca. I jaśnieje jakby wewnętrznym światłem, wywołując radość i rozrzewnienie w ludzkich sercach. Drażan Józef - pierwszy król Surmenii.
Anno Domini 1463
Przemysł, król Surmenii
- Panie, wojska wroga są liczniejsze, ale przewaga jest nikła. Mamy szanse na zwycięstwo!
- Dobrze, Ondrek. Włóż hełm. Zaraz przemówię do wojska i ruszamy.
- Tak jest!
Giermek udał się do namiotu po hełm. Kiedy wrócił, Przemysł na swoim białym koniu przejeżdżał przed frontem swej armii.
- Żołnierze! Honor rycerza nakazuje mu dotrzymywać słowa. Przeto więc stajemy dziś tutaj, mając na uwadze sojusze nasze z ludem Tauchiry, który teraz ciemiężony jest przez przeklętego uzurpatora, Edwarda, zwanego przez tutejszy lud Zdrajcą. Skoro więc król Surmenii dał słowo, iż wspomoże lud Tauchiry, nasze armie musiały dziś stanąć tutaj! To nasz obowiązek!
Rozległy się wrzaski rozochoconego rycerstwa.
- Już niedługo zetrzemy się z ogromna armią wroga. Ale róznica liczebna jest niewielka. Tylko prostak przyznaje zwycięstwo liczneijszej stronie. A wśród moich armii nie ma takich, to kwiat surmeńskiej arystokracji i wojska posiłkowe, które chociaż z podłego stanu, są wystarczająco dzielne i bitne, aby pod naszym rozkazaniem walczyć z wrogiem!
Kolejny ryk zapalonego do boju tłumu zbrojengo ludu.
- Przeto ruszajmy! W imię Boże! Amen! Pznieśmy pokój tej utrapionej ziemi!
- Amen! Bij, zabij!
- Stanąć w szyku!
Wojska rozłożyły się wedle wczesniejszych rozkazów. W środku cięzkozbrojna piechota złożona z bitnych mieszczan meńskich, a na skrzydłach dwie chorągwie jazdy pancernej. Przed nimi zaś po jednej chorągwi konnych łuczników.
Wojska Edwarda z wolna wyłaniały się z porannej mgły. Jak okiem sięgnąć, niemal sami włócznicy. Za nimi dopiero piesi łucznicy.
Gdzie u licha jest ich piekielna kawaleria, pomyślał Przemysł. Przewnie zostałą w grodzie. No nic, trzeba nam działać.
- Łucznicy konni! Naprzód!
- Tak jest!
Dwie chorągwie oderwały się od wojsk i na szybkich, zwrotnych koniach arabskich dotarły przed czoło włóczników. Ci zatrzymali pochód. Ustawili się w falangę i wznieśli małe, okrągłe tarcze nad głowy.
Cholera, dobrze się bronią, pomyślał król. No nic, mże uda nam się objechać z pancernymi ich pozycje i uderzyć od nich od tyłu. Wtedy zwycięstwo jest nasze.
Ondrek nie widział katafraktów wroga. Wyczuwał jakiś podstęp. Stał opodal pozycji wojsk, jeszcze przed namiotem. Truchtem jednak biegł w stronę króla, mrucząc pod nosem: ,,Ale co z tą kawalerią...".
Nagle ciało chłopaka przeszyła strzała. Kilka metrów od niego z łukiem w ręku stał Boldvar, cudzoziemski najemnik w wojskach Surmenii.
- Król nie potrzebuje cię w tej chwili, chłopcze. Nic się nie stanie, jesli zapomni o kawalerii Edwarda.
Tymczasem konni łucznicy ostrzeliwali pozycje wroga. Przemysł wysłał kawalerię w lasy po obu stronach pola bitwy, aby idąc nimi okrążyła pozycje włóczników.
Kiedy jednak z borów po długim czasie nie wychylił się ani jeden żołnierz król wyczuł, ze coś jest nie tak. Postanowił jednak posłać naprzód swoją piechotę, licząc, że kawaleria lada chwila wytnie łuczników i uderzy na tyły włóczników.
Lecz gdy piesi nacierali naprzód, nagle po obu stronach króla znaleźni się wojownicy wroga. Ciężka jazda katafraktów podzielona była na dwa oddziały - jeden uderzył na tyły szarżującej piechoty, drugi zaś - na króla i jego straż przyboczną.
Przemysł, widząc to, pobladł. Zrozumiał, ze klęska jest nieunikniona. Wyjął miecz z pochwy i krzyknął zachrypniętym głosem:
- Naprzód! W obronie honoru, po śmierć!
- Po śmierć! Bij, zabij!
Cięzka jazda z hufca królewskiego starła się z katafraktami. Zmagali się długo. Królewscy rycerze nie chcieli tanio sprzedać życia. Wreszcie jednak ulegli silniejszemu wrogowi. Obok osamotnionego władcy pojawił się nagle Boldvar.
- Żegnaj, panie.
- TY! Przeklęty zdrajco...
Wtem ostrze zagłębiło się w brzuchu monarchy. Zgiął się w pół, z ust pociekła krew. Bezwładne już ciało zsunęło się z kulbaki i spadło na ziemię. Król nie żył.
***
Po tej klęsce i bohaterskiej śmierci króla Przemysła, niedobitki Surmeńczyków wróciły do ojczyzny. Następcy Przemysła, jego bracia, Matijas a potem Jindrzich, zawrali pokój z Tauchirą i uratowali kraj przed upadkiem. Surmenia, po wielu latach, podniosła się z klęski pod Tauchirą.
Anno Domini 1776
Szturm na Menię
- Wielmożny Panie, ziemia na horyzoncie. Za godzinę przybijemy do brzegów Surmeni.
- Tak... Tak, ale Surmeni nijakiej nie ma... Ech, oby tylko Bóg dał na zwycięstwo tym razem.
- Panie, Triland ma być neutralny. Nasze wojska są silne. Damy radę!
- Oby, Brzetysławie, oby...
Zachodzące słońce rzuało ostatnie refleksy na zatroskaną twarz Maxmiliána S'Rendeluzji, przywódcy rebeliantów surmeńskich. Wiedział, że ciąży na nim odpowiedzialność za losy tej wyprawy. Chętnie zrzuciłby ten cięża, ale lud mu ufa. Zrobię to, myślał, wyzwolę Surmenię!
***
- Przeto też, Panie, prosimy cię pokornie, abyś w razie zwycięstwa naszego i zdobycia miasta przyjął godność króla.
Cisza odpowiedziała debutantom. Bezbrzeżne zdumienie odmalowało się na twarzy wodza.
- Sądziłem, że zgodnie z tradycją urządzimy elekcję.
- Niepotrzebne to, Panie! Lud miłuje ciebie i tylko tobie ufa! Za tobą pójdą wszędzie i jesli rozkażesz, gołymi rękami pojdą Tauchirę zajmować!
- Wiem, ale... Cóż, jesli taka jest wola ludu...
- VIVAT! Niech żyje Maxmilián S'Rendeluzji, król-elekt Surmenii!
Wszyscy płonęli radością. Tylko oczy Maxmiliána, jakby wyblakłe, spoglądały nieszczęśliwie w stronę obsadzonych żołnierzami wroga murów Meni. Nie chciał władzy, w ogóle nie chciał się mieszać w politykę. Uczynił to tylko dlatego, że była to ostatnia wola jego wuja. Nie miał jednak wyjścia - Naród go potrzebował.
***
- Podstawić wieże! Szybko!
Ogromna, drewniana konstrukcja zbliżała się do murów Meni. Rebelianci pracowali ciężko, nie szczędząc potu i krwi. Podczas oblężenia, ciągnącego się już od miesiąca, znacznie osłabili siły wroga. Teraz przyszedł czas szturmu.
Podtoczyli wieżę pod mury. Zagrzmiał rozkaz Maxmiliána.
- Piechota, na mury! Dalej!
- Bij, zabij! - odkrzyknęli piechurzy i churmem wbiegli po drewnianych schodach wewnątrz konstukcji, dostając się na mury. Napotkali tam rzecz jasna zdecydowany opór.
Musi się im udać, myślał Maxmilián. Kiedy otworzą bramy, miasto bedzie nasze...
Wtem rycerz Elmerald ze Stobczyna, odznaczający się już wcześniej ogromnym męstwem, bohatersko rzucił się w sam środek wrogiego oddziału. Jego ruchy z długim, cięzkim dwuręcznym mieczem w dłoni przypominały taniec. Sekwencja płynnych obrotów, doskoków, odskoków i zamachów powalała wrogów jak zboże. Przypominał rolnika z kosą w środku łanów pszenicy.
Każdy ruch równał się śmierci jednego wroga. Ci wreszcie spanikowali i zaczęli zeskakiwać z murów - nikt nie chciał spotkać sie z diabłem. Wtedy Elmerald przyskoczył do kołowrotu i podniósł bronę - bramy stolicy stały otworem.
Armie rebeliantów niczym morska fala wdarly się do miasta, zalewając ulicę i dobijając wrogów. Krzyki triumfu rozlegały się w całym mieście.
Tylko Maxmilián, stojący wciąz pod murami, dostrzegł los bohaterskiego rycerza. Tuż po otwarciu bramy zginął z reki strażnika miejskiego. Padając na ziemię, krzyczął nieludzkim głosem: ,,Umieram za Surmenię! Za króla, ojczyznę i Naród!".
Boże, przyjmij go do siebie za swe bohaterstwo, pomyślał smutnie Maxmilián. Miał dość śmierci. A przed nim jeszcze reszta kraju do wyzwolenia.
***
Po zwycięstwie pod Menią wojska Maxmiliána wyzwoliły resztę kraju. Niestety, sam wódz został zabity, nie włożywszy uprzednio korony na skroń. Zwołano więc wiec elekcyjny, który na tronie osadził Seniszę, zwanego potem Przeklętym.
Niech żyje nasz Vasil, król Paulos Petrosigos!