Nr 31
Arona 22.09.2003
PWW "PRASA"
© Dani v 3.0
kontakt: dani10@o2.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5

Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga

(czyli subiektywny drogowskaz, gdy państwo na rozstajach)

    Czym jest wirtualne państwo? Proste pytanie, prawda? Jeśli tak twierdzicie, spróbujcie kiedyś ułożyć trafną i pełną definicję... W programie wprowadzenio- wym dla nowych mieszkańców Republiki Weblandu napisałem: Wirtualne państwo to symulacja państwa w różnych jego aspektach - polityce, dyplomacji, gospo- darce, kulturze, sporcie, itp. Ale czy symulacja to wierne odbicie oryginału, czy może droga alternatywna?

    To bardzo ważna kwestia - każda z dostępnych opcji pociąga za sobą zupeł- nie inny kierunek rozwoju Dreamlandu. Pierwsza droga prowadzi do komplekso- wego, skomplikowanego systemu, możli- wie maksymalnie oddającego zawiłości prawdziwego życia. Druga - do tworu w dużym stopniu umownego, opartego na bogatej wyobraźni, niepisanych ustale- niach i dobrej woli uczestników. Obie drogi mają w Królestwie zdeklarowanych zwolenników i zagorzałych przeciwników, jednak wciąż jeszcze stoimy na rozsta- jach.

    Spróbujmy najpierw - wirtualnie, a jakże! - podążyć za pierwszą z opcji. Szybko mijamy ekipę budującą pierwszą prawdziwą autostradę (bo przecież cięża- rówki nie mogą poruszać się bez dróg, potrzebny nam więc system pozwalający na ich budowę), tuż za nią czai się ekipa remontowa (no tak, drogi w realnym świecie niszczeją, nasze nie mogą być gorsze - czyli lepsze). W miarę naszego marszu przy drodze wyrastają jak grzyby po letniej ulewie: stacja benzynowa, warsztat samochodowy, miejsca postojo-

we, płatne parkingi, motele... Przecież nie można zaniedbać tak ważnej sprawy, jaką jest transport! Szybko okazuje się też, że aby odwiedzić inne miasto (czyli jego strony), musimy wpierw udać się na dworzec i kupić tam bilet, a później spokojnie poczekać kilka godzin, aż pociąg/autobus/samolot/prom zabierze nas na miejsce. O ile nie będzie korków, awarii, strajków ani nieszczęśliwych wypadków, o które przecież nietrudno...
    Udało się, dotarliśmy szczęśliwie. Wyj- mujemy z kieszeni wirtualną komórkę (kiedyś po prostu włączylibyśmy Gadu-Gadu, ale wszelkie nazwy urzędowo urealniono) i dzwonimy do mieszkających w pobliżu znajomych - oczywiście, jeśli wykupiliśmy abonament u odpowiednie- go operatora. Niestety, ledwie kończymy rozmowę, a już otacza nas grupka wirtualnych, ale baaaardzo realistycznych panów w gustownych dresach, którzy grzecznie proszą o dobrowolne zrzecze- nie się naszego telefonu. Bojąc się o nasze wirtualne zdrowie (w końcu służba zdrowia kuleje, brakuje przecież pieniędzy w budżecie) ulegamy uprzejmej prośbie. Trudno, zdarza się.
    Po taksówkę już nie zadzwonimy, czeka nas spacer. Po drodze wstąpimy tylko na małą przekąskę (tak, tak, jeść trzeba przynajmniej dwa razy dziennie), po której łapie nas rozstrój żołądka (pew- nie olej był stary albo mięso niezdrowe). I tak nasz spacer zamienia się w desperacki bieg ku toalecie - obyśmy tylko zdążyli...

    Dość. Ja mam dość. Powyższa opo- wieść jest oczywiście przejaskrawiona, ale padły już propozycje wprowadzenia

niektórych spośród powyższych rozwią- zań. A ich przyjęcie pociągnęłoby za sobą kolejne "genialne" zmiany - im dalej w las, tym więcej drzew. Tylko nie chciałbym w takim lesie żyć - wolę wyjść na otwartą przestrzeń, wypłynąć na suchego przes- twór oceanu...

    Zdecydowanie wybieram drugą z dróg - drogę własnych rozwiązań, drogę zdro- wego rozsądku. Tam nikt nie chce bezmyślnie kopiować rzeczywistości, tam szukamy nowych szlaków, wygodnych dróg do Indii - a kto wie, co odkryjemy po drodze? Tam wprowadza się takie zmiany, które dadzą nam więcej możli- wości, urozmaicą naszą wirtualną egzys- tencję, zamiast niepotrzebnie ją kompli- kować. System rozwija się i usprawnia, a nie utrudnia. Każdą propozycję poprzedza trzeźwe pytanie: co nam to da? Jeśli tylko większy realizm, to chyba nie warto. 'Wirtualny' to przeciwieństwo i dopełnie- nie 'realnego' - alternatywa, nie kopia.

    W średniowiecznej łacinie słowo 'virtualis' oznaczało 'skuteczny' - i takie właśnie w mojej opinii powinno być wirtualne państwo, nasze państwo. Skuteczne, a więc pozbawione proble- mów, z którymi borykamy się na co dzień. Skuteczne, a więc atrakcyjne zarówno dla nowych imigrantów, jak i dla doświadczonych obywateli. Skuteczne, a więc takie, do którego będziemy chcieć wracać. Czego nam trzeba? Chęci, świadomości własnych działań i dużo zdrowego rozsądku.

    Wierzę, że damy radę. (Ghardin)