Nieustanne starania obliczone na usunięcie cierpienia nie dają nic poza zmianą jego postaci. Pierwotnie jest nią brak, nędza, troska o zachowanie życia. Jeśli udało się wyrugować ból w tej postaci, co bardzo trudne, to natychmiast pojawia się on w tysiącu innych (…). Jeśli nie może pojawić się w żadnej innej postaci, to przychodzi wreszcie w smutnej, szarej szacie przesytu i nudy (…). Jeśli wreszcie uda się tę spłoszyć, to trudno będzie nie wpuścić znowu cierpienia w jednej z poprzednich postaci i w ten sposób taniec zaczyna się od początku.
Jesteś katolikiem, więc primo: nie powinieneś kierować się poglądami protestanta, które nie prowadzą do niczego innego jak zguby duszy. Jedynym zaprzeczeniem cierpienia jest Pan Bóg! Jeśli ktoś będzie starał się usunąć cierpienie w oparciu o Boga to "nie zmieni się postać cierpienia" tylko przestanie ono być zauważalne, a więc i trapiące. Pozwolę sobie zadać Tobie kilka pytań w oparciu o Pismo Św., kiedyś polecałem Ci tę księgę.
"Przepasz no biodra jak mocarz!
Będę cię pytał - pouczysz Mnie.
Naprawdę chcesz złamać me prawa?
Wykażesz Mi zło? Jesteś czysty?
Czy ramię masz mocne jak Bóg?
Czy głos twój rozbrzmiewa jak Jego?" (Hi 40, 7-9)
Św. Augustyn w swoim dziele De Trinitate opisał rodzaje i dążenia do szczęścia. Szczęściem jest to, co jest moralnie dobre i co jest możliwe do spełnienia. Branie na I punkt walki z Bogiem cierpienia (On przecież jest dobry, wspaniały, miłosierny, nie dopuści przecież do cierpienia swoich dzieci) tekstów Schopenhauera, że jest tylko jeden pewnik w świecie - ból i zło - to wybacz kolego, ale Twój katolicyzm zamienia się w pewną brejącą papkę herezji i schizmy. My mamy szukać szczęścia w Bogu, bo jest on DOBRY (pozwolę sobie przypomnieć definicję dobra [bonum est id quod est appetibile] dobro, jest tym, do czego wszyscy dążą) a cierpienie jest pewnym nierozszyfrowanym planem Boga, możliwe, że chce nas zmienić, coś pokazać; może też chcieć abyśmy cierpieli na wzór Jego Syna, wtedy cierpienie ma ogromny sens, tylko trzeba to odkryć. Wieniuś, myślisz, że Twoje cierpienie (pozwolę sobie zachować klauzulę sumienia i nie wyjawiać go) jest większe od bólu Jezusa dążącego na Golgotę? Myślisz, że Twoje serce cierpi więcej od Niepokalanego Serca Matki Bożej, która widziała wszystko i czuła (polecam Ci poczytać pasję według bł. Katarzyny Emmerich, uczucia Matki Bożej są opisane fenomenalnie)? Ty powinieneś dążyć do Boga, a nie do ciągłego cierpienia. Wielu świętych cierpiało - św. Teresa Wielka (opisuje to genialnie w Księdze Życia) czy św. Jan Maria Vianney (cierpiał psychicznie odrzucenie i wydanie go na straty, nadto wiele walk szatańskich) a oni nie opierali się na cierpieniu i nie majaczyli jak źle, tylko opierali to na Bogu. I choć cierpienie nie zniknęło, mentalnie oni je odrzucili, nie czuli tego. Więc i Tobie życzę takiej zmiany. Na koniec zacytuję księgę Hioba, po jego długim i wielkim cierpieniu, które też nie miało sensu.
"Wiem, że Ty wszystko możesz,
co zamyślasz, potrafisz uczynić.
Kto przesłania zamiar nierozumnie?
O rzeczach wzniosłych mówiłem.
To zbyt cudowne. Ja nie rozumiem.
Posłuchaj, proszę. Pozwól mi mówić!
Chcę spytać. Racz odpowiedzieć!
Dotąd Cię znałem ze słyszenia,
obecnie ujrzałem Cię wzrokiem,
stąd odwołuję, co powiedziałem,
kajam się w prochu i w popiele". (Hi 42, 2-6)
I Pan przywrócił Hioba do dawnego stanu, gdyż modlił się on za swych przyjaciół. Pan oddał mu całą majętność w dwójnasób. (Hi 42, 10). Tobie też tego życzę.