Sąd Najwyższy

Jeśli faktyczne nieistnienie danej instytucji nie powoduje katastrofy i załamania struktury w którą była ona wpisana, to dana instytucja najwidoczniej nie jest konieczna.

Sarmacja miała kiedyś Sąd Najwyższy, instytucję osadzoną silnie w strukturze władzy. W pewnym momencie ciężar całej tej instytucji spoczął na wykwalifikowanych i kompetentnych barkach jednego sędziego. Sędzia ten miał komfort pełnej i całkowitej niezawisłości, sąd ten był można powiedzieć najsilniejszą instytucją sarmacką. Samo w sobie usytuowanie tak silnego sądu w ramach państwa jest dopuszczalne, a kto wie czy nie wskazane. Istniał jednak pewien szkopuł - od 13 listopada 2006 jedyny czyli stanowiący Sąd Najwyższy, sędzia był jednocześnie z punktu widzenia umocowań konstytucyjno-ustrojowych faktycznie drugą osobą w państwie, drugim najwyższym przedstawicielem władzy wykonawczej, reprezentującym dodatkowo w ramach federacji jeden z krajów związkowych jako jego głowa. Nastąpiło:

-                      Skupienie gigantycznych uprawnień wykonawczych (w ramach kraju związkowego),

-                      jednocześnie ze względu na skrajnie nieprecyzyjne – wynikające z niewyobrażalnej kolizji przepisów konstytucyjnych równych sobie hierarchicznie – co wykluczało możliwość zastosowania powszechnie przyjętych reguł kolizyjnych – uprawnienia wpływania na ustawodawstwo oraz akty władcze organów władzy państwowej poprzez prawo wiążącego weta, wiążącego opiniowania, zatwierdzania czy wyrażania zgody (uprawnienia zabezpieczania autonomii kraju związkowego)

-                      z uprawnieniami interpretacji wiążącej prawa - ustaw, konstytucji, wyrokowania, orzekania w ramach jedynego faktycznie istniejącego w Sarmacji Sądu

czego konsekwencją była nieuchronna konfrontacja z władzą centralną, z posiadającą pierwotnie większe, faktycznie porównywalne uprawnienia głową całego państwa. Pomijając faktyczne jak i formalne przyczyny konfrontacji, ich konsekwencje, przebieg zdarzenia – możemy stwierdzić bezspornie jedynie, że stan totalnego patu, obie strony mogły rozwiązać od momentu popadnięcia w konflikt, którego niewątpliwie źródłem były okoliczności osobowościowe, jedynie na drodze otwartej walki i łamania prawa. Pomijając tutaj kwestię łamania zasad i norm prawnych koniecznym wydaje się skupienie na instytucji Sądu Najwyższego. Skutkiem bowiem wyżej zarysowanych wypadków był krach sądownictwa. W sytuacji gdy jedynym gwarantem autorytetu sądu, powstrzymywania erozji uprawnień tej instytucji ma być ulokowanie na stanowisku sędziego głowy państwa lub osoby o porównywalnych uprawnieniach, zaś przeciwnie dla przeciwdziałania ryzyku orzekania sądu – sędziego we własnej sprawie w obronie interesów, spraw w które w związku ze sprawowaniem funkcji wykonawczej jest zaangażowany – bycia sędzią we własnej sprawie-  jest faktyczne zlikwidowanie sądu i sprawowanie sądów przez jedyną głowę państwa która i tak łączy już w sobie pełnię uprawnień wykonawczych, dużą część władzy ustawodawczej i w efekcie także sądowniczej – należy się poważnie zastanowić czy sąd najwyższy jest potrzebny? Jest możliwy? Jest do przyjęcia? Do uregulowania?

Jest to pytanie trudne – tak jak trudne jest skompletowanie grupy osób gotowych sprawować wymiar sprawiedliwości. Grupy osób gotowych na stałe wyłączyć się z życia gospodarczego, politycznego, polemicznego, często publicznie towarzyskiego dla zapewnienia sobie statusu bezstronności – zdolności do bycia postrzeganym arbitrem. I to tylko po to by może kilka razy w realnie długim cyklu zdarzeń zebrać się, i orzekać, przez cały czas jednocześnie pozostając czujnym ale zarazem zdystansowanym wobec bieżących ale i przeszłych zdarzeń. Nie wymaga się od sędziego by był niemą kukłą tkwiącą w wieży z kości słoniowej, może on sobie pozwolić na komentarz, analizę, wypowiedź – oceny i tym podobne rozważania. Wszystko jednak z dystansem, bez angażowania się, z wyczuciem możliwego biegu wypadków dla uniknięcia ewentualności konieczności wyłączenia się w toku możliwego rozpatrywania sporu już jako sędzia orzekający w składzie sądu.

Czy istnienie takich sędziów w ogóle jest możliwe?

Tym wstępnym artykułem postanowiłem rozpocząć debatę na temat sądownictwa ze szczególnym naciskiem na ulokowanie w nim sędziego jako sądu de facto – z pominięciem fikcji bezosobowego sądu, a opierając się na uderzających realizmie prawniczym sędziego Holmesa, dla którego wszystko w końcu i tak zależy od tego kto wchodzi w skład sądu – czyli kto i dlaczego tak a nie inaczej orzeka (słynna gastronomiczna znajomość prawa – gdzie o takim a nie innym wyroku decyduje humor sędziego uwarunkowany np. stosunkiem do zjedzonego śniadania itp.). I koniecznością odpowiedzi na pytanie – czy sąd jest potrzebny i czy naprawdę nie może on być trzyosobowym osobowym gremium arbitrów zaufania?

Written by: Ariston z Chios

11 Responses to “Sąd Najwyższy”

  1. 20-02-2008 at 18:50, Piotr Mikołaj says:

    Niestety, zagadnienie kontroli konstytucyjności to dla mnie niemal kwadratura koła, właśnie z uwagi na skrajnie ograniczone grono „osób gotowych na stałe wyłączyć się z życia gospodarczego, politycznego, polemicznego, często publicznie towarzyskiego (…) tylko po to, by może kilka razy w realnie długim cyklu zdarzeń zebrać się, i orzekać, przez cały czas jednocześnie pozostając czujnym ale zarazem zdystansowanym wobec bieżących ale i przeszłych zdarzeń”.

    Zgadzam się z tezą postawioną na początku artykułu — Księstwo Sarmacji obywa się bez Sądu Najwyższego, od bez mała ośmiu miesięcy. Problemem jest jedynie sądownictwo powszechne (tu, w ramach wątku do dyskusji, rzucam pomysły, które mnie osobiście się wydają co najmniej ciekawe — http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID295221909,index.html + ograniczona możliwość apelacji).

    Moje stanowisko jest takie, iż należy zakazać sądowego badania ważności należycie przyjętych i ogłoszonych ustaw, a badanie zgodności aktów prawnych niższego rzędu z tymi rzędu wyższego oraz interpretację ustaw powierzyć ciału wyłanianiemu przez Sejm (Książę + Marszałkowie + prawnicy, których uda się „złapać”?). Możemy założyć, że ten, kto prawo ustanowił, najlepiej wie, co „poeta miał na myśli”. Oczywiście, pojawia się problem — tego, kto ma badać ważność procedur (zachowanie trybu regulaminowego — Marszałkowie będący sędziami we własnej sprawie…), ale to właściwie rzecz mniejszej wagi.

  2. 20-02-2008 at 19:17, A.Dzikowski says:

    Myślę, że sprawa łączenia funkcji mandragora i sędziego przez Khanda mogła być rozwiązana w bardzo prosty sposób, tj. poprzez nowelizację dekretu z mocą ustawy o incompatibilitas (zakaz łączenia kilku dodatkowych kategorii funkcji). A co do samej potrzeby istnienia SN/sądów - uważam, że jest ono konieczne. Jaka jest alternatywa? Arbitraż? Jeżeli to miałoby wyglądać tak jak ja to rozumiem, strony nie zdołałyby wybrać nieparzystego składu arbitrów, a jeżeli byłby on parzysty, często trudno byłoby o rozstrzygnięcie. Książę często mówi: “nie ma wykwalifikowanych kadr” - a czy większość naszych urzędników, dziennikarzy, polityków to ludzie wykwalifikowani? Sędzia to być może trudny zawód, wymagający dużej wiedzy. Jednak na poziomie mikronacji, w której dany wyrok sądowy nie może być jakąś wielką tragedią - wystarczy aby sędziowie przeczytali odpowiednie akty normatywne, mieli w sobie poczucie sprawiedliwości i znali podstawowe zasady prawa. Poza tym sędziowie w Księstwie pozostają pod pewną kontrolą innych organów, tj. Księcia i IS. Jeżeli sędzia wykazałby się brakiem umiejętności - mógłby zostać po prostu odwołany przez JXM i IS. I ta odmienność naszego systemu w stosunku np. do systemu polskiego jest w pełni uzasadniona. A co do funkcji badania konstyucyjności ustaw i innych aktów normatywnych przez SN - kiedyś rozmawiałem na ten temat z Księciem i zgadzaliśmy się co do możliwości stworzenia Rady Konstytucyjnej na wzór francuski. Za jakiś czas wezmę się do opracowania stosownego projektu.

  3. 20-02-2008 at 20:55, Piotr Mikołaj says:

    Nie wycofuję swojego poparcia dla projektu Rady Konstytucyjnej, oczywiście — uważam go za możliwy kompromis (acz odbiegający od „ideału”, o którym wspomniałem wyżej). Z mojego punktu widzenia sytuacja jest następująca — niewykwalifikowany dziennikarz, czy choćby i legislator, nie spowoduje zamieszania. To się zdarza, także w „realu”. Natomiast przez szacunek dla wymiaru sprawiedliwości wolałbym, aby był najlepszy z możliwych — lub aby go nie było go wcale.

  4. 20-02-2008 at 21:21, A.Dzikowski says:

    Obecność wymiaru sprawiedliwości jest konieczna, jeżeli istnieje prawo. Bez wymiaru sprawiedliwości (nawet niedoskonałego) prawo nie ma żadnego znaczenia i to właśnie wtedy panuje największe zamieszanie.

  5. 20-02-2008 at 21:38, Piotr Mikołaj says:

    Przez wymiar sprawiedliwości rozumiem niezawisłe, wykwalifikowane sądy (przepraszam za użycie skrótu myślowego w powyższej wiadomości). Jeżeli nie jest możliwe ukształtowanie ustroju sądów powszechnych choć trochę bliskiego temu ideałowi, lepiej prawo egzekwować na drodze administracyjnej.

  6. 21-02-2008 at 15:31, Abraxas says:

    Dziwny artykuł… Czyżbym został wymazany z annałów sarmackiego sądownictwa? Wydaje mi się, że za mojej prezesury SN funkcjonował sprawnie, a powodów do narzekania na bezstronność - nie dałem…

    Ad rem - nie może, zgodnie z założeniami Monteskiuszowskimi, władza ustawodawcza wyłącznie sama kontrolować swojej działalności. Nie może więc sejm orzekać o legalności własnego działnia. Nemo iudex in sine causa.

    W szczególności pamiętac należy o tym, że skład władzy ustawodawczej zmienia się dość często. Może więc zaistnieć sytuacja, w której legalność danej ustawy będzie oceniana przez pryzmat poglądów politycznych.

    Dalej - jeżeli chodzi o prawo, to jest całkowicie obojętne,
    “co poeta miał na myśli”. Ważne jest to, co poeta napisał. Wynika to z fundamentalnej zasady pewności prawa. Prawo jest skierowane do obywateli i tenże obywatel, po zapoznaniu się z przepisem, musi wiedzieć, jak postępować i jakie uprawnienia wobec niego ma np. administracja.

    Wbrew pozorom, Sąd Najwyższy (o uprawnieniach Trybunału Konstytucyjnego) nie jest jednak niezbędnym składnikiem państwa. Dość powiedzieć, że w Polsce pojawił się on dopiero w latach 80. (!) i to jako organ o ograniczonych kompetencjach: Sejm mógł uchylić uchwałę TK, dotyczącą niezgodności danych uregulowań z Konstytucją.

    Niemniej, sądowa kontrola wszystkich aktów, korzystających ze sfery imperium wydaje mi się niezbędna.

  7. 21-02-2008 at 17:20, Ariston z Chios says:

    Od redakcji:

    “Dziwny artykuł… Czyżbym został wymazany z annałów sarmackiego sądownictwa? Wydaje mi się, że za mojej prezesury SN funkcjonował sprawnie, a powodów do narzekania na bezstronność - nie dałem…”

    “Sarmacja miała kiedyś Sąd Najwyższy, instytucję osadzoną silnie w strukturze władzy. W pewnym momencie ciężar całej tej instytucji spoczął na wykwalifikowanych i kompetentnych barkach jednego sędziego.”

    Redakcja w mojej niestety osobie poruszając pewne zagadnienie, ustaliła punkt wyjścia stanowiący jednocześnie granicę dla krótkiego, dość precyzyjnie (datą) określonego opisu problemu - determinującego sarmacki kontekst zagadnienia. Zdanie - Sarmacja miała…. odnosiło się do dalszej przeszłości. Zdanie - W pewnym momencie…. odnosiło się do momentu w którym problem zaczął się wyłaniać i w konsekwencji przyniósł określone skutki. W tym sensie dziwnym wydaje się pierwszy punkt komentarza do artykułu.
    To w kwestii wyjaśnienia, jednocześnie korzystając z okazji jaką jest obecność byłego Prezesa Sądu Najwyższego zapraszam go na łamy gazety, jak i tym bardziej w skład jej redakcji w celu wzbogacenia jej zdolności.

  8. 21-02-2008 at 17:57, Piotr Mikołaj says:

    Założenia monteskiuszowskie nie są jedynie słuszne. Zresztą, od dawna podział władz ustawodawczych i wykonawczych jest fikcją, a nominacje do sądów konstytucyjnych — polityczne (piszę, oczywiście, o państwach realnych).

    Z założeniem niemożności orzekania we własnej sprawie (co do zgodności z aktami wyższego rzędu) — pełna zgoda, z założeniem niemożności dokonywania wykładni przez siebie ustanowionych przepisów — właściwie, dlaczego by nie…? Jeżeli przepis jest wątpliwy (a wtedy dokonuje się wykładni), jaką różnicę z punktu widzenia pewności prawa czyni obywatelowi to, kto go interpretuje? Nie dyskutujemy tu przecież o sytuacji, w której przepis jest jasny. A czy będzie to wykładnia autentyczna, czy legalna…

    Największym problemem jest ustalenie, kto miałby dokonywać orzekania o zgodności aktów normatywnych najwyższego rzędu (ustaw oraz dekretów sui generis wydanych z upoważnienia samej Konstytucji — o Rządzie, o stanach wyjątkowych, o ustanowieniu urzędów państwowych, o tytułach i orderach etc.). Dobrze byłoby mieć kilkuosobowy, fachowy Sąd Najwyższy, ale szanse na to są znikome. Trzeba zatem szukać rozwiązań możliwych do zrealizowania, i wtedy pojawia się problem.

    Z mojego punktu widzenia, lepiej byłoby zlikwidować badanie jako takie, i powierzyć obyczajowi politycznemu ukształtowanie się pewnych norm. Nie jest wszak tak, że jedynie sąd konstytucyjny może uchylać niezgodne z ustawą zasadniczą normy. Mogą to czynić także organy, które wątpliwe konstytucyjnie normy ustanowiły. Wystarczy założyć minimum dobrej woli po stronie prawodawcy, który chciałby, by prawo przez niego ustanowione było ze sobą niesprzeczne. Czy jest to aż tak znaczna fikcja prawna?

    P. Ariston z Chios, i chwała mu za to, założył tę gazetę. Jeżeli projekt będzie trwał (na co mam ogromną nadzieję), może być on doskonałym miejscem „oddolnego” badania konstytucyjności stanowionego prawa. Piszący do „Gazety Prawnej” jest prawnikiem, więc już z tego tytułu na starcie jest obdarzony autorytetem stawiającym w rzeczonej materii jego głos wyżej od głosu przeciętnego obywatela, czy nawet posła lub senatora.

    Doświadczenia ostatnich lat w Sarmacji nauczyły mnie tego, że tworzenie instytucji przy biurku także w warunkach mikronacji nie przynosi efektów (niby truizm, ale…). Tworzymy kolejne instytucje, które okazują się niezdolne do właściwego (zamierzonego przy ich powstawaniu) zrealizowania powierzonych im celów. Te instytucje, które podlegają naturalnym, ewolucyjnym zmianom — działają poprawnie.

    Jeżeli z Sądami Najwyższymi, konstytucyjnie spetryfikowanymi, zawsze pojawiały się problemy (i mówię tu także o zwykłej niezdolności do sprawnego działania z racji zbyt małego składu orzekającego, ale bywało wcześniej, iż nominację dostawały osoby kompletnie niewłaściwe z powodów braków merytorycznych), moja propozycja jest prosta — skasujmy SN i ewolucyjnie, metodą próbowania nowych rozwiązań, spróbujmy znaleźć model najbardziej nam odpowiadający.

  9. 21-02-2008 at 18:50, Abraxas says:

    Ok, możliwe, że błednie zintepretowałem niektóre treści, a w szczególności ostatnie pytanie: “Czy istnienie takich sędziów w ogóle jest możliwe?”…

    Oczywiście, nominacje do sądów konstytucyjnych są polityczne, ALE kadencja sędziów i kadencja parlamentu nie pokrywa się i w dodatku nie wymienia się całego składu od razu, ale dla każdego sędziego terminy są liczone osobno. Sprawia to, że zawsze w TK są sędziowie z nadania różnych opcji politycznych (czasami w momencie orzekania nie mającymi już żadnych interesów w danej linii orzeczniczej). Jest to zasadnicza różnica pomiędzy TK z nadania a TK= kadencji parlamentu i przez niego wyłanianego.

    Olbrzymia jest różnica pomiędzy dokonywaniem wykładni przez obywatela, a osobę, biorącą i znającą swoją intencję. Otóż obywatel czyta przepis i tak się do niego stosuje. Twórca najpierw bierze swoją intencję i do niego dopasowuje brzmienie przepisu. “Cielę kopie dziecko” - obywatel zinterpretuje to jako fakt kopania dziecka przez cielę… Piszący to zdanie (i znający swoją intencję) - stwierdzi, że jest dokładnie odwrotnie.

    Tak - dążenie do niesprzeczności przez ustawodawcę jest fikcją. Fikcyjne jest też usuwanie przepisów uznawanych powszechnie za wadliwe/błędne/groźne. Jeżeli przepis spełnia swoją funkcję (np. przysparza majątku) to na nic zda się tłumaczenie, że jest to sprzeczne z prawem (bo odbywa się na zasadzie konfiskaty). Przykładów z historii nie muszę przytaczać? :)

    Eksperyment taki może być niebezpieczny. Zarówno dlatego, że może grozić nieodwaracalnymi stratami, jak i dlatego, że do czasu znalezienia dobrego rozwiązania - ilość wadliwych aktów prawnych będzie narastać (brak mechanizmów eliminacji).

  10. 21-02-2008 at 19:53, Piotr Mikołaj says:

    Owszem, w warunkach sarmackich od kilku kadencji wygrywa jedna partia. Niemniej, mamy Izbę Senatorską — która na fluktuacje wyborcze jest zupełnie niepodatna. Toteż, nawet prosty model parlamentarny byłby rozwiązaniem zbliżonym do rozwiązania polskiego (jeżeli uznajemy je za punkt odniesienia, rzecz jasna).

    Przykład podany przez Markiza jest dobry, ale prowadzi do odmiennych wniosków. Twórca wszak zajrzy do przebiegu prac ustawodawczych, przeczyta uzasadnienie projektu, powoła się na owe materiały, i dokona wykładni „zgodnej” z literalną oraz celem normy. Nie zapomnijamy o kontroli społecznej — z rażąco niesłusznego orzeczenia zostaną wióry, gdy zrobi się „dym” (petycja, podpisy, projekt ustawy, paniczna ścieżka ustawodawcza w celu odwrócenia przyjętej wykładni).

    Dyskutując o wykładni i kontroli konstytucyjnej nie powinniśmy pomijać całego kontekstu. Kontekstem tym jest to, że można zmienić ustawę, można zmienić Konstytucję, a obywatele posiadają spore możliwości działania, jeżeli coś przestanie im odpowiadać. Tak Sejm, jak i sądy, nie są bytami odrębnymi od całego społeczeństwa. Co do niebezpieczności eksperymentu — ostatnie 8 miesięcy wskazuje, jak sądzę, dobitnie, że nawet brak jakiejkolwiek kontroli konstytucyjnej nie prowadzi do katastrofalnych skutków.

  11. 21-02-2008 at 20:32, Abraxas says:

    Byłby podobny, bo chwilowo warunki są dość stałe. Jeżeli jednak przyjdzie kryzys parlamentarny i wybory będą co miesiąc, to sąd konstytucyjny w takiej formie stanie się karykaturą.

    Oczywiście, że pomysłodawca zawsze dokona wykładni zgodnej ze swoją intencją. To pozostaje poza sporem. Sęk w tym, że przepis jest przepisem. Trudno wymagać od obywatela, aby śledził przebieg legislacyjny każdej ustawy. Po prostu otwiera się ustawę i czyta. I rozumie na różne sposoby, szczególnie jeśli przepisy są złożone lub niejasne. Szczerze mówiąc trudno mi sobie nawet wyobrazić reakcję obywatela, jeśli zastosuje się do brzmienia przepisu, a następnie z wykładni dowie się, że postąpił z tym przepisem sprzecznie, ponieważ zamysł ustawodawcy był inny (zauważmy, że proponowana koncepcja stawia zamiar ustawodawcy PRZED innymi rodzajami wykładni - również teleologiczną, a nawet - w skrajnym przypadku - semantyczną).

    Po pierwsze: nawet z rażąco niesłusznymi orzeczeniami jest tak, że dotyczą zwykle niewielkiej grupy ludzi. I nie sądzę, aby z tego powodu była zdecydowana reakcja całości społeczeństwa. Poza tym zawsze jest tak, że części osób dane orzeczenie jest na rękę, w związku z tym nie będą protestować. A jeśli będą oni zwolennikami partii rządzącej, to cóż… W końcu - skutków niektórych ustaw można nie odwrócić albo mogłoby to być baaaardzo kosztowne.

    Fakt. Ale od instytucji niedziałającej gorsza jest taka, która daje pozory działania.

Pages

Search

Categories