Uważam, że gdyby nie konieczność walki z czymkolwiek, z naturą, ze zwierzęciem, z innym człowiekiem, to byśmy byli nadal jednokomórkowcami. Człowiek pierwotny walczył z niskimi temperaturami, poprzez szycie prymitywnych skór. Ta da, mamy ubrania. Człowiek walczył ze zwierzętami, gdyż potrzebował pożywienia, wymyślał więc dzidy, noże etc. Ta da, mamy broń. Człowiek potrzebował światła i ciepła w nocy, więc zaczął się interesować ogniem. Ta da, okrzesaliśmy ogień. Człowiek potrzebował ziemi, którą musiał wydrzeć z lasu, poprzez karczowanie lasów, wypędzanie zwierząt, wypalanie łąk. Ta da, mamy pola uprawne. Człowiek bronił się przed zwierzętami i innego typu niebezpieczeństwami, zauważył, że w grupie to łatwiej idzie. Ta da, mamy społeczeństwo. Człowiek zaczął rywalizować z innymi ludźmi o lepsze terytorium, musiał więc się bronić. Ta da, mamy grody. Tą historyjkę można kontynuować w nieskończoność...
I czego to wg pana dowodzi? Jedyne czego pan teraz dowodzi, nie wnikając już w prawdziwość pańskich twierdzeń, to fakt, że rywalizacja i walka przyczyniły się do postępu technicznego. Nie neguję tego. Ale jeżeli pan zastąpi możliwość koniecznością, to takie zdanie może być zarówno prawdziwe, jak i fałszywe. Z kwadratu logiki deontycznej to nie wynika. Jest to tylko zwykła heurystyka
Teza, że "rozwiązywanie konfliktów z pozycji siły jest oznaką słabości", jest nielogiczna. Jak ktoś silniejszy, może być słabszy?
Przenieśmy problem ze skali makro, do skali mikro. Czy dla pana przemoc jest lepszym sposobem rozwiązania problemu, niż przekonywanie i dyskusja? Czy jeśli się z kimś pan nie zgadza, to potem wszczyna pan bójkę?
Uważa Pani, że lepszym jest podporządkowanie sobie państwa poprzez gospodarkę, wykorzystanie pod względem finansowym państwa, tylko po to by je od siebie uzależnić (neokolonializm, polityka USA)? To już chyba lepsze jest zbrojne zajęcie terytorium, bo choć zginie trochę ludzi, to agresor raczej będzie w podbity kraj inwestował i go rozwijał, by ten przynosił mu jak najlepsze dochody, co będzie korzystne dla tej większości, która przeżyła.
Jeden z prezydentów USA, chyba Roosvelt, powiedział, że żeby uprawiać politykę, trzeba mieć solidny kij za plecami, tym większy im ważniejsza sprawa. Coś w tym jest.
Straszne ograniczenie wychodzi z pana sposobu myślenia. Niech nie bierze pan tego do siebie, ale to typowe dla absolwentów szkół po reformie. Opcje "podporządkowanie militarne" i "podporządkowanie gospodarcze" to nie jest podział dychotomiczny. To w zasadzie dwa aspekty tego samego - dominacji. Oprócz tego istnieje jeszcze całe spektrum opcji, jak współpraca czy izolacja.
Dziwnym jest dla mnie stwierdzenie, że człowiek wyszedł ze stanu natury, bo to znaczy, ze de facto jesteśmy wynaturzeni. Choć w sumie w sporej części jest to prawdą. Dziwne, ze środowiska lewicowe (a do takich jak zgaduje zalicza się i Pani), gdy chodzi np.: o masturbację, mówią że "przecież to NATURALNA potrzeba, i człowiek musi ją zaspokoić 
Otóż, proszę nie zapominać, że mimo iż człowiek jest wysoko cywilizowany, to nadal ma w sobie zwierzęce instynkty, które często biorą górę nad rozsądkiem, i dobrze, bo co to za matka, którą nie kieruje instynkt - wynaturzenie.
Nie czytał pan Arystotelesa, prawda? Poprzez wyjście ze stanu natury rozumie się zazwyczaj zorganizowanie ludzi w większe zbiorowości, najpierw klany, potem państwa a następnie społeczeństwo obywatelskie. Koncepcja zoon politikon dotyczy społecznośći, a nie psychiki człowieka
Cel w którym wojny się toczą jest prosty. Rywalizacja. Jako, że politykę zagraniczną w znacznej większości kreują jednak mężczyźni, a Ci mają wrodzoną potrzebę rywalizacji, więc jest jak jest. Mężczyzna rywalizację ma w genach, jeszcze z czasów pierwotnych, gdy musiał walczyć o samicę. Nadal facet lubi zaszpanować przed kolegami, pokazać się, a następnego dnia kolega czymś zaszpanuje. To naturalne. Kobiety na ogół nie mają potrzeby rywalizacji. Może więc, gdybyście to wy, kobiety kreowały politykę, świat byłby spokojniejszy 
Czyli wojny są bezcelowe. Cieszę się, że pański umysł powoli zaczyna się otwierać.
Pewnie, że byłoby super, gdyby ludzie żyli ze sobą w przyjaźni i w pokoju, wzajemnie ze sobą współpracowali, etc. Świetny pomysł, niestety utopijny. Świat należy postrzegać nie tylko takim jakim być powinien, trzeba mieć również świadomość jaki jest. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się zmienić, jak nie da się zmienić tego, że Ziemia krąży wokół Słońca. Przykro mi ;P
Nie oznacza to, że to jacy jesteśmy oznacza, że musimy takimi być. Lub, jak w mądrości ludowej, to nie tak, że "jakim mnie boże stworzyłeś, takim mnie masz"
