Każdy orze, jak może, bronuje, sadzi i plewi również. Zakładamy tak często na swoje struchlałe krzyże, strzykające ramiona różnorakie narzędzia. Podążamy na swoje malutkie poletka wraz ze wschodem słońca, by poświęcić się oczyszczającej pracy. Jesteśmy na tym skrawku ziemi zupełnie sam. Odgrodzeni od innych grubą ścianą, często wypuszczamy do siebie znaki dymne, a to tylko po to, by wieczorem razem zakończyć ten masochistyczny obrzęd i ruszyć w wolność. Wdychamy ją całą piersią, unosimy się na jej prądach, czujemy jej ciepłe muskanie. Jest na wiele, mnóstwo, jesteśmy różni, ale mamy zmysł stadny, czujemy się wieloczłonowym organizmem, amebą z mnóstwem ramion.
A tymczasem za miedzą dzieje się zupełnie coś innego. Wielkie latyfundia, które powstały po krwawym wyszarpywaniu ziemi drobnym rolnikom upadają. Pompa propagandy, która zalewała wszystkich kolorami radości, tęczowym uśmiechem, cukierkami pękła, popsuła się. Ten donośny huk nadal jest słyszalny, magicznie zatrzymał się w powietrzu, łącząc się z nim w proporcjach idealnych, ułamkowych. Nawet słońce wyblakło pod wrażeniem tych wydarzeń, nadciągające wojska apokalipsy, bezwzględne i niszczycielskie szarżują tam, wszystko jest toczone przez szarańczę. Powód jest tylko jeden, stado bez głowy na wielkim latyfundium nic jest nie warte, jest ślepe, zagubione i zabłąkane. A pomoc niemożliwa jest…