Na przyczółku
Jak mówił jeden z weteranów lądowania: "Jest coś zdecydowanie przerażającego w pierwszych godzinach nocnych na wrogim brzegu. Nieważne, jaką przewagą w ludziach i sprzęcie możesz się chełpić -
tej pierwszej nocy jesteś słabszy i nieprzyjaciel jest w stanie zedrzeć z ciebie skórę."
Noc więc nie była spokojna. Po kilku wypadach mniejszego kalibru, około godziny 3.00, żołnierze wojsk desantowych usłyszeli granie trąbki i ujrzeli cienie poruszające się w oddali. Później ujrzano
kompanie Scholandczyków wyposażonych w karabiny, bagnety, granaty i szable. Z wielkim impetem runeli oni na pozycje wojsk sojuszniczych. Największy atak przeprowadzono na pozycje brugijskie. Do kontrataków
rzucono też czołgi. Gen. Kubena postanowił pierwszej nocy odrzucić napastników na plaże i tam ich zniszczyć.
Po zauważeniu pierwszych Scholandczyków w eterze rozległy się rozpaczliwe prośby o oświetlenie terenu. Już po kilku minutach artyleria okrętowa zamieniła noc w dzień i pozwoliła na lepszą obronę. Na nic zdała się
szaleńcza odwaga obrońców wyspy, którzy wpadli pod morderczy ogień karabinów. Swoje trzy grosze dołożyła też artyleria okrętowa, co prawda tylko średniego kalibru, nadzwyczaj celnie ostrzeliwując wroga. O 5.00 było już
po wszystkim. Świt ukazał ok. 1 000 scholandzkich zwłok.
|