Przyjechali i… pojechali
Tym razem tradycyjny zjazd Sarmatów odbył się na ziemi krakowskiej. Tradycyjnie międzynarodowo, tradycyjnie w akademiku, tradycyjnie bez znieczulenia i tradycyjnie z poprawinami. Jak było? Podobno fajno. Zresztą â zobaczcie sami.
Położenie pola zjazdowego sprawiło, że zjeżdżaliśmy się do Krakowa praktycznie przez trzy dni. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że zalążek ekipy zjazdowej pojawił się w grodzie Kraka w piątkowe południe. Eskortowani przez (teoretycznie) znającego okolicę hrabiego Koniasa udaliśmy się od punktu A do punktu B przez punkt G. Jako podręcznikowe żule musieliśmy wpierw koczować (pół godziny, ale jednak) na Plantach, w oczekiwaniu na otwarcie klubu. Ogródek nęcił swymi miejscami siedzącymi, a nasze gardła nieprzyjemnie łaskotały.
Niebawem do toruńsko-pomorskiej ekipy dołączył Wrocław i okolice. Tymczasem nad szklanicami zupy chmielowej toczyła się kolejna runda negocjacji sarmacko-teutońskich.
Abstrahując od sensacyjnych materiałów, do których dotarła nasza redakcja (zobacz tutaj, o nich już niedługo w oddzielnym artykule, bardziej merytorycznie), godną odnotowania jest słuszna inicjatywa Improwizowanego Klubu Szlachty y Burżuazji Monarchofaszystowskiej Księstwa Sarmacji âSarmackie Lwyâ. Postulat tegoż uczynił zauważalny przełom w twardych jak głowa Sarmaty rozmowach. Kiedy bardziej zaangażowana część zjazdowiczów uczyniła swą patriotyczną powinność włączając się do negocjacji, szlachcie postanowili pomyśleć także o sobie. Tak powstał kolejny przełomowy dokument tego zjazdu â Pacta Konverta â będące wyrazem żywotnych potrzeb establiszmentu i szlachtenmentu Księstwa. W tym miejscu pragniemy nieśmiało przypomnieć, iż pod postulatami podpisała się większość możnych i wpływowych tego mikroświata. Włącznie z Anonimowym Następcą Tronu. Czekamy na lodzika.
W przepastnych naszych aparatach gastrycznych bezlitośnie zaburczało i będąc świadomi doniosłej roli Polaków w konflikcie rosyjsko-gruzińskim posililiśmy się w restauracji serwującej dania tego drugiego kraju. (Notabene wieczorem, dla zachowania niezbędnych minimów poprawności politycznej zakupiona została rosyjska wódka, a sarmackie parowozy pozbyły przyjezdnego Ukraińca zbędnego wagonu Marlboro.) Zaraz później najedzona zgraja klucząc krakowskimi uliczkami udała się wprost do akademika na ulicy Budryka (rym przypadkowy, nie podchwycę tego). Po raz kolejny swoje usługi zaoferował nam kedarowóz doktora Kedara odciążając w sposób znaczący nasze zdrożone plecy.
Akademik nie był zły. W pokojach lodówka (najważniejszy chyba element wyposażenia pokojów, był wciąż pełen), klamki mocne, szafki przyśrubowane, żyrandole âantywandaloweâ. Panie z recepcji, a raczej złogi gierkowsko-gomułkowskie swą opryskliwością i nieogranięciem nie były już w stanie zaburzyć panującej sielanki. Następnie wizyta w sklepie i noc stała się jasna.
Nim impr⌠rozmowy nie rozkręciły się na dobre, miejsce miało kolejne doniosłe wydarzenie. Podczas gdy hrabiowie Konias i Bartkowiak pili sto flaszek denaturatu doprowadzając poniektórych do mdłości, Książę drogą paranormalną rzucił palenie. Rzecz jasna, Goniec śledził to przełomowe wydarzenie i zdał z niego szczegółową relację.
Ranek był bezlitosny. Edyta chodziła po pokojach i nie mając Boga ni Wandy w sercu wszystkich budziła. Dzięki mamuś! Lepiąc się do podłogi uczestnicy wydarzeń piątkowych rekonstruowali i analizowali przebieg nocy. Okazało się, że kulturę sarmacką wzbogacił Anonimowy Następca Tronu, tworząc kolejne dzieło malarskie â wstępnie zaliczane do minimalizmu womitywnego. Na szczęście Książę nie musiał iść w skarpetkach do sklepu.
Napisałem: ranek. Jak względnym jest to pojęciem świadczy fakt, iż w półtorej godziny po przebudzeniu ostatnich chrapaczy jednak nie zjedliśmy obiadu. Stało się to bowiem dopiero w niedzielę, a w sobotę ograniczyliśmy się kiełbasek z grilla, o czym później. Ale skoro już o niedzielnym obiedzie: tradycjonaliści zawitali do McDonaldsa, żądni wrażeń szaleńcy przycumowali w chińskiej restauracji. Następnie sztab operacyjny złożony z logistyków, strategów i kierowcy opracował plan zdobycia grilla (jednorazowy, trudnoskładalny model za 20 zł) oraz piłki na wcześniej zapowiadany mecz (jednorazowa, chińska bardziej, niż żarcie w restauracji, model to za dużo powiedziane, 10 zł). Termin meczu ulegał ciągłym przesunięciom â a to korek, a to sklep daleko, a to Starówka ciekawa. Jednak udało się i ok. 17.oo boisko przed akademikami ożyło. Na pobliskich masztach dumnie załopotały flagi Sarmacji, Wandystanu i Gnomii. Rozpoczęły się treningi, ustalanie składu i łapówki dla sędziego. Przełomowym momentem meczu (jeszcze przed meczem, co warto zauważyć) było dołączenie do drużyny âwandejskiejâ (łapki z racji internacjonalizmowości tejże ekipy) naturalizowanego brugijskiego hokeisty. On wygrał wandejczykom mecz strzelając trzy z pięciu bramek. Mimo żywiołowego dopingu kibiców i godnej podziwu postawy króla Ulryka Dariusza, który zaoferował swe nogi i umiejętności w służbie sarmackiego futbolu, sarmacka ósemka musiała uznać wyższość przeciwnika, co jest w tych okolicznościach ciekawym eufemizmem. (Zobacz, jak autor strzela bramkę.)
A po meczu â znów nocne rozmowy, tym razem w nieco szerszym gronie. Początkowo odbywały się one przy kiełbaskach z grilla, później jednak nawet najwytrwalsi Eskimosi przenieśli się do przytulnego akademika. A po rozmowach przyszedł czas na tradycyjną już grę planszową. Miała ona być rewanżem za spotkanie piłkarskie, jednak na widok zaprawionej w bojach planszowych reprezentacji Sarmacji, wandejska ekipa zamknęła się w jednym z pokojów.
Rozgrywka była długa i obfitująca w wyczerpujące dla graczy niespodzianki. W jej połowie niezbędnym okazało się dokupienie materiałów i do drugiej, zasadniczej części zasiadła elita złożona z diuka Skarbnikowa, diuka Łaskiego, baronów Suszka i Leszczyńskiego oraz baronetów Rozmana i Euskadiego. Hrabia Bartkowiak i baronet Żmuda nie przystąpili do dalszej rozgrywki, na czele z Księciem, który alienował się za zamkniętymi drzwiami swego pokoju. Gra jednakowoż trwała w najlepsze. Zwycięzcą okazał się (po raz kolejny â rok temu wygrał w cymbergaja) Mateusz Suszek. Natomiast diuk Łaski i Yaraeh jeszcze długie godziny odczuwali i dawali odczuwać innym trudy rozgrywki.
Niedziela, jak niedziela. Poranek, jak poranek. Ciężkawy. Na wieść jednakowoż o przybyciu w pobliża pola zjazdowego diuka Winnickiego żwawo ruszyliśmy w miasto. A tam część konferowała, część oglądała i oklaskiwała Kubicę, część chodziła bez celu po Starówce. I nadszedł tym sposobem rozstań czas. Choć wielu utyskiwało, że za dużo picia i wegetacji, za mało merytoryki, każdemu chyba przy uściśnięciu ręki zakręciła się łezka w oku. Do zobaczenia za rok. We⌠Lwowie?
Post Zjazdum
Jak zawsze znajdą się tacy, którym nie dość. Kolejne trzy dychy i nawet ciężko doświadczone ostatnimi nocami recepcjonistki ugięły się. Okrojona ekipa została jeszcze na noc. Spędziła ją w okolicznych klubach, co okazało się najbardziej turystyczną częścią zjazdu. Już po nim. Późnym wieczorem dołączył do nas kolega Kwaziego, który starał się rozruszać zwiędniętych zjazdowiczów, ale tak się rozochocił, że chciał skomercjalizować Sarmację. A tego Księciu było za wiele. Tyle dobrego, bo o robieniu porządków w akademiku pisać nie będę. Tego po prostu trzeba samemu doświadczyć.
Autor przeprasza za żenujący poziom narracji. Nie jest w najwyższej formie intelektualnej.
Autor pisał wspomnienia zjazdowe trzy dni i nie miał ochoty czytać tego po raz kolejny, aby sprawdzić błędy. Za brak korekty przeprasza. I ubolewa nad swoją postawą.
Zobacz filmy
Zobacz zdjęcia, zdjęcia i zdjęcia
Zobacz konfiturki