Anarchia: Odcinek II
A teraz gratka dla czytelników Kuriera.
Specjalnie dla was, druga część Anarchii (kto nie czytał pierwszej niech się z nią lepiej zapozna - ułatwi mu to zrozumienie akcji w następnych odcinkach)
Trizopolis, godzina 0:05
Marcin już od dłuższego czasu biegał po mieście, próbując uciec swoim prześladowcom. Jednak powoli tracił siły i wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Przez głowę biegły mu myśli
- U kogo w domu mogę się schronić? Peterelli? Nie, rzecz jasna. Marcel jest w Rotterze, Karolina też, Paulina… Paulina może jest w mieście! - oświeciło Komosińskiego. Natychmiast udał się w kierunku domu Pauliny, co jakiś czas rzucając spojrzenia za siebie. Na szczęście jego niedoszli oprawcy byli daleko od niego. Gwałtownie skręcił w ciemną uliczkę i zaczął dobijać się do drzwi domu Ivette. Otworzyła mu sama gospodyni. Na jej twarzy było widać mieszankę zdziwienia z przerażeniem. Marcin już miał coś powiedzieć, gdy ta wzięła go za rękę, wciągnęła do środka, zamknęła drzwi i zaczęła biec po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowanego mężczyznę. Gdy zatrzymali się w końcu w pokoju, Paulina podeszła do kufra w rogu pomieszczenia i zaczęła coś z niego wygrzebywać, a następnie podała Marcinowi.
- Przymierz to. Powinno być dobre. - wyciągnęła ku niemu pęk ubrań. Mężczyzna włożył i przejrzał się w lustrze, obecnym w pokoju.
- Ty, ale to jest kobieca bluzka! - Marcin wyglądał na tyle zdziwionego, co oburzonego.
- Wiem. - odparła z diabelskim błyskiem w oku Paulina - Jutro to włożysz. A na razie kładź się do łóżka. - wskazała na mebel pod ścianą. - Miłej nocy. - i wyszła z pokoju. Komosiński pozostawiony sam sobie nie wiedział, co robić. Ba! Nie wiedział, co w ogóle się dzieje! Po minucie stania bez ruchu w końcu postanowił posłuchać się Ivette i iść spać.
Już zasypiał, gdy nagle usłyszał walenie do drzwi domu.
- Przyszli po mnie! - mało nie wyskoczył z łóżka, ale już słyszał zbieganie Pauliny po schodach. Zbliżył ucho do drzwi pokoju i starał się wyłapać dźwięki dochodzące z dołu.
- GDZIE ON JEST?! - ktoś wyraźnie krzyczał
- Jaki on? - spytała się Ivette, jakby była zupełnie nieświadoma, kogo szukają. - I co w ogóle robicie w moim domu w środku nocy? Człowiek się wyspać nie może!
- Ale widzieliśmy… - już z mniejszą pewnością siebie zaczął mówić mężczyzna.
- Co widzieliście? CO?! Pytam się - co? Widmo? - Paulina najwyraźniej świetnie wczuła się w rolę
- Yyy… No tentego… Pewnie pobiegł gdzie indziej. Przepraszamy panią. - powiedział lekko zmieszany mężczyzna.
- No! A na przyszłość nie życzę sobie żadnego takiego wchodzenia do mieszkania w środku nocy i budzenia porządnych ludzi!
- Dobrze. - odrzekł i cała grupa udała się na dalsze poszukiwania Marcina.
- Jeny, ta Ivette jest niesamowita. - pomyślał Komosiński i poszedł spać.
Trizopolis, godzina 5:00
- Marcin, obudź się! - coś zaczęło trząść jego ciałem. Otworzył oczy i zobaczył Paulinę nad sobą. - Wstawaj, bo jedziemy!
- Yyy… że co? Jedziemy? Gdzie? - ciągle nic do niego nie dochodziło. Dziewczyna nie czekała i od razu zepchnęła chłopaka z łóżka. - Ej! To bolało!
- Lepiej wstawaj. - powiedziała. Marcinowi już nie trzeba było tego powtarzać i w ciągu pięciu minut już stał przed lustrem, ubrany w damskie ciuchy. - Yyy… Wyglądam idiotycznie.
- Odkryłeś Amerykę. - odpowiedziała Paulina - Ale inaczej nie przetransportujemy cię do Rottery.
- Yyy… Do Rottery? - zapytał zdziwiony.
- Owszem, do Rottery. Musimy zasięgnąć porady, co dalej z tobą zrobić. Bo chyba raczej nie zostaniesz w Trizopolis, gdzie cię poszukują… - Marcin tylko coś mruknął i pozwolił Paulinie włożyć perukę na jego głowę. Gdy się przejrzał w lustrze, musiał przyznać dziewczynie rację - w takim przebraniu raczej go nie rozpoznają.
- Ach, zapomniałabym. - powiedziała Ivette. Marcin odwrócił się do niej, czekając na dokończenie. - Oficjalnie jesteś moją koleżanką i nazywasz się Michalina.
Przedmieścia Rottery, godzina 15:00
- Paulina?
- Tak?
- Gdzie my zamierzamy iść?
- Najpierw do domu Marcela. Prawdopodobnie zastaniemy tam jeszcze Karolinę, Silverdę i Przema. - gdy to usłyszał, podniósł się.
- To wy wszyscy wiedzieliście, co się stanie?!
- Wszystkiego się dowiesz u Marcela. A na razie się zamknij, bo przed bramą stoją jacyś strażnicy. - i faktycznie. Podeszli do ich samochodu, sprawdzili dowody osobiste i poszli sprawdzać inne auta. Najwyraźniej Peterelli wiedział, że Marcin będzie się próbował dostać do Rottery, co bardzo niepokoiło Paulinę. Próbowała się przekonać, że to czysty przypadek, a straże zostały rozstawione w całym Trizondalu, mimo to coś nie dawało jej spokoju. Dotknęła ręką swojego brzucha - pistolet leżał ukryty, ale dziewczyna nie miała za bardzo ochoty go używać.
- Jesteśmy przed domem pana Hansa - zameldował szofer
- Świetnie, jakbyś mógł, poczekaj tutaj na nas, dobrze?
- Dobrze.
Dzwoniąc do drzwi mieszkania obydwoje czuli co innego. Paulina - ulgę, że ma się z kim podzielić problemem. Marcin - niepewność i strach przed przyszłością.
- Tak? - drzwi otworzyła Karolina. Stanęła i popatrzyła się po nich. Gdy spojrzała na osobę koło Pauliny, już miała otworzyć usta, ale po chwili je zamknęła i gestem zaprosiła ich do środka. Zamykając za nimi drzwi, rzekła:
- Jeśli to ty, Marcin, sądzę, że już możesz zdjąć to przebranie. - Komosiński z ulgą zerwał z siebie perukę i rzucił na najbliższą szafkę. Już miał coś wrzasnąć ale zauważył, że dziewczyny mają poważne miny i postanowił zamilknąć. Wszyscy przeszli do salonu, w którym już siedziały dwie osoby.
- Marcin! A tak się bałam, że ci się coś stało! - Silverda Jańczyk rzuciła się na chłopaka i zaczęła go przytulać. Po chwili namiętnych przytulań, w końcu usiedli przy stole. Marcel chrząknął. Było widać, że nie za bardzo wie, co powiedzieć. W końcu się odezwał
- Cieszę się bardzo, że Paulina cię szczęśliwie przetransportowała… Mieliście jakieś przygody po drodze?
- Nie ale przed Rotterą były wzmocnione straże, co mnie bardzo zaniepokoiło… - gdy dziewczyna skończyła mówić, Karolina, Silverda i Marcel popatrzyli po sobie.
- Przemo powiedział wszystko Morawcowi. - powiedziała cicho pani Jańczyk.
- Jak to?! - Paulina była wyraźnie zaskoczona - On?!… - Po tym w pokoju zaległa cisza. Przerwały ją słowa Karoliny:
- Na szczęście nie wie, gdzie dokładnie miał być Marcin przetransportowany. Ale faktem jest, że wzmocnione straże przed miastem nie zwiastują niczego dobrego. - w tym momencie Marcin wybuchł:
- Co tutaj się właściwie dzieje?! Dlaczego ja jestem tutaj, zamiast spokojnie spać w pałacu albo nie wiem, jechać do Nowego Miasta?! Cały czas tylko ględzicie, a mi nic nie mówicie! - złapał oddech w płuca i już miał dalej mówić, gdy jego małżonka zastopowała go gestem.
- Dobrze, opowiem ci wszystko od początku… - napiła się herbaty z kubka i kontynuowała - Tydzień temu byłam w Almerze w sprawach zawodowych. Wstąpiłam do tamtejszej restauracji na chwilę. Pijąc kawę słyszałam, jak dwóch mężczyzn rozmawiało z sobą. Mówili o spisku, który ma na celu przejęcie władzy w Księstwie Sarmacji… Aby pełne przejęcie władzy się udało, trzeba było przeprowadzić jednej nocy atak na zarządców wszystkich Krajów Koronnych i prowincji. - napiła się ponownie i ocierając usta, kontynuowała dalej - W sumie sama rozmowa o niczym by nie świadczyła, gdyby nie to, że na zamku, zostawiając papiery dla Księcia u jego sekretarki, słyszałam rozmowę dwóch sprzątaczek. Mówiły o tym, że Mikołaj Aleksander Piotr ma wielką chrapkę na władzę i osiągnie swój cel, dobierając sobie nawet najgorszych wspólników. Z ich rozmowy wynikało, iż Książę przyjmuje jakąś nowinę bardzo spokojnie, aż za spokojnie i nie podejmuje żadnych kroków. Zostałam jeszcze na noc w Almerze, bo zrobiło się późno. Rano wyleciałam samolotem prosto do Rottery i w obawie o ciebie nakazałam Paulinie jechać do Trizopolis. Traf chciał, że to było przy Przemie, który najpierw powiedział nam, że Morawiec nie jest z nami, a potem sam przeszedł na drugą stronę… - uśmiechnęła się smutno - Dzisiaj rano jeszcze byłam w Grodzisku. Tam władzę przejęła Calisto Kami-Chojnacka. - napiła się znowu herbaty. Marcin nie wiedział, co powiedzieć.
- Czyli… cała Sarmacja…
- Tak, cała Sarmacja jest w rękach spiskowców. A ty jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Trizondalu. Dzisiaj, wysiadając z samolotu, widziałam listy gończe. Paulina bardzo dobrze cię ukryła ale ta maskarada na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba cię ukryć gdzieś za granicą… Może w Mersji?
- Ale dlaczego trzeba mnie ukrywać? To raczej was… - próbował dokończyć, ale ta przerwała mu w pół słowa.
- Słuchaj, ciebie szukają, nie nas. My możemy, póki co, robić wszystko i swobodnie się poruszać. W przeciwieństwie do ciebie. - w tym momencie wstała i zaczęła krążyć po pokoju - Jeśli złapią ciebie…
- Dobra, dobra… - przerwał Marcin i w tym momencie do drzwi zadzwonił dzwonek. W pokoju nastała panika, ale Marcel kazał się wszystkim uspokoić, wstał, wziął Komosińskiego za rękę i schował go w szafie na ubrania w przedpokoju. Następnie podszedł do drzwi i otworzył.
- Ach, to ty, Mateuszu! Wchodź! - gestem zaprosił go do środka. Morawiec wszedł, zdjął buty i od razu poszedł do salonu, jakby spodziewał się, że tam siedzi uciekinier.
- Och, widzę, że masz gości, Marcelu! - powiedział i pocałował każdą kobietę w rękę, po czym usiadł.
- Kawy, herbaty? - spytał gospodarz.
- Ach, nie, ja nic, bo ja w sumie wpadłem tylko na chwilę… Nie wiecie przypadkiem, gdzie jest Marcin? - zadał pytanie, głęboko patrząc w oczy Karolinie. Wytrzymała spojrzenie i powiedziała:
- Chyba dzisiaj miał wizytować Trizopolis. - Mateusz, gdy tylko usłyszał tę odpowiedź, wstał i rzekł chłodno:
- No cóż, widzę, że od was niczego się nie dowiem. Lepiej by było dla was, gdybyście naprawdę nie wiedzieli, gdzie on jest. Jeśli wiecie i nie chcecie mi powiedzieć, to cóż, mam nadzieję, że szybko zmądrzejecie i mi powiecie. Obecnie tylko moja sympatia do was powoduje, że nie każę przeszukać domu ani zaaresztować was. Ale uważajcie. - w tym momencie wstał i wyszedł z salonu. W pomieszczeniu zapadła cisza. Marcel odczekał dziesięć minut i wypuścił Komosińskiego z szafy. Po streszczeniu mu przebiegu wizyty Prezydenta-Gubernatora Dalmencji powiedział:
- Jakim cudem on się dowiedział, że jestem tutaj? Przecież Przemo nie wiedział… - i popatrzył się z przerażeniem po wszystkich w pokoju.
- Marcin, cudem jest to, że jeszcze cię nie złapali. - trzeźwo zauważyła Karolina. - Nie ma rady, musisz uciekać. I to jak najszybciej.
- Ale jak…
- Spróbuję się skontaktować z Yaraehem, nie wierzę, aby on naprawdę stanął po tamtej stronie.
- Z NIM? – wybuchnął Marcin – równie dobrze mogłabyś prosić ścianę, aby mi pomogła
- Pod latarnią najciemniej – skwitowała z tajemniczym uśmiechem Ivette
Karolina podeszła do białego telefonu na przyciski i wykręciła numer. Po złośliwym odczekaniu kilku sygnałów przez Yaraeha, jak to miał w zwyczaju, odebrał i znudzonym głosem wyrecytował, tak jakby nauczył się tej frazy na pamięć
- Pałac Namiestnikowski, dawniej Pałac Euskadich, przy telefonie namiestnik Yaraeh Alejandro baronet Chojnacki-Euskadi, słucham?
- Yaraeh, otóż jest pewna sprawa… - zaczęła niepewnym głosem Karolina
- Chcecie mi podrzucić Marcinka, tak? – wszedł jej w słowo Yaraeh
- Ale skąd ty… - zdziwiła się Karolina
- Nie ważne. W zasadzie powinienem teraz odłożyć słuchawkę i powiadomić Mapcia, tudzież innego, aczkolwiek… - zawiesił głos Yaraeh – robię to tylko ze względu na dawne czasy – przyślijcie go do mnie
- Do Krezu? – zapytała Karolina
- Ależ nie, Krez już nie jest stolicą – powiedział Yaraeh z nutką mściwej satysfakcji
- Ale jak – zaczęła Karolina
- Nie ważne – rzekł zniecierpliwiony głos – Po prostu go tutaj przyślij
Santa Ana, godzina 17:30
Zielony rozklekotany samolocik, z napisem Euskal Hegazkina opadł na płytę lotniska. Postać byłego namiestnika wysiadła mrużąc oczy przed gwałtownym atakiem promieni słonecznych. Szybko zszedł, nieco wylęknionym krokiem kierując się w stronę jedynego widocznego samochodu, raczej nieco starego i też pomalowanego na zielono. Podszedłszy do samochodu zobaczył że przed nim stoi śniady człowiek z nieco zniecierpliwioną miną.
- Czy jestem w… - rzekł niepewnie i przerwał, gdy potężna ręką wepchnęła go w głąb samochodu, zatrzaskując drzwi
- Bukra insz Allah – odrzekła druga postać usadowiwszy się za kierownicą – Lepiej aby nikt cię nie rozpoznał, więc przykryj się kocem – dodał naciskając gwałtownie na pedał gazu.
***
Samochód pędził autostradą, widok za oknami zmieniał się. Zarośla makii ustępowały najpierw gajom oliwnym oraz sadom cytrusowym, aby potem oddać pole budynkom miejskim. W pewnym momencie zatrzymał się przed pomnikiem jakiegoś mężczyzny na koniu. Do szyby samochodu podszedł strażnik i poprosił o dokumenty. Nowy namiestnik machnął niecierpliwie ręką, polecając strażnikowi oddalenie się.
- Dokumenty – powtórzył strażnik z naciskiem
- Czy nie widzisz kim ja jestem?! – zapytał zniecierpliwionym głosem Yaraeh
- Wiem, jego łaskawość jest namiestnikiem – rzucił niepewne spojrzenie na samochód i zaczął z nową stanowczością – ale jego łaskawość sama poleciła kontrolować wszystkie samochody wjeżdżające i wyjeżdżające z Santa Ana
- Tak? No to udzielam właśnie sobie dyspensy – rzucił zniecierpliwiony – a teraz odsuń się, albo sam ciebie odsunę.
Strażnik zmierzył spojrzeniem postać kierowcy i otworzył bramę z widocznym niezadowoleniem na twarzy. Samochód wjechał do pałacowego garażu.
- No już, hołota wysiadać – rzekł do tyłu samochodu.
Schodami zbiegła drobna postać kobiety w jasnej spódnicy i rzekła
- Masz go? Przywiozłeś go? – i nie czekając na odpowiedź pociągnęła Marcina za rękę szepcząc – Szybciej… Pokażę ci twój pokój.

Z.A.J.E.B.I.S.T.E!