Anarchia: Odcinek III
Znana i lubiana Anarchia: Odcinek III. Czytaj tylko u nas.
Lasy koło Athos, godz 0:15
Głodny, brudny i obdarty człowiek przemierzał ciemny las, szukając jakiegoś miejsca na noc. Na to, że znajdzie jakąś wioskę, już dawno stracił nadzieję.
- Jagody! - zauważył. Niestety, ktoś już tutaj był i owoców ostało się niewiele. Gdy skonsumował ostatnią jagodę, pomyślał, że miałby ochotę na porządny obiad, czy raczej kolację o tej godzinie. W sumie był przyzwyczajony jadać w nocy, w końcu był informatykiem. Dobrze powiedziane - był… Teraz błąkał się po lesie, od dwóch dni nie miał nic porządnego do jedzenia w ustach, wodę pił z nielicznych strumyków, jakie napotkał na swojej drodze, w dodatku nie wiedział, gdzie jest i stracił poczucie czasu. Szedł przed siebie, bez celu, gdy nagle spostrzegł, że w oddali majaczą jakieś zabudowania.
- Niemożliwe! Tam są jakieś domy! - wyszeptał - Pewnie to jakaś fatamorgana… - Przez jakiś czas walczył z myślami. Z jednej strony, gdyby zakradł się do jakiegoś domu, mógłby wziąć sobie coś do jedzenia. Z drugiej strony, mogliby go złapać… - A tam, ryzykuję! - I poszedł przed siebie dziarskim krokiem.
Athos, godz 0:30
- To jednak nie było złudzenie - szepnął sam do siebie - Znalazłem jakąś wioskę. Chwila… Co to może być… Kiedyś byłem tutaj, nie pamiętam kiedy, ale byłem… Jak się ta miejscowość nazywała? - zastanawiał się dłuższą chwilę - Yaraeh mi chyba ją pokazywał, jak jego syn objął tutaj sołectwo…Athos! - mało nie wrzasnął ale w porę sobie przypomniał, że jest ścigany. - To doszedłem aż tutaj? I co teraz zrobię? Zwrócić się do Michała o pomoc? To jest w końcu syn Yaraeha, mojego przyjaciela… Powinien mi pomóc. - W końcu postanowił, że zakradnie się do pokoju Bronka. Rozejrzał się po okolicy. - Gdzieś tu powinna być tabliczka z napisem “Dom Sołtysa”… O! Jest! - podekscytowany ruszył w stronę domu Euskadiego. Obszedł go dookoła i obejrzał uważnie. Gdy już wydedukował, gdzie śpi sołtys, podszedł pod okna jego pokoju. Na szczęście były otwarte - co nie było niczym dziwnym, z powodu gorącego klimatu tego miejsca. Przełożył jedną nogę, potem drugą i już był w pokoju. Nagle spostrzegł, że Michał się obudził i już miał zamiar wrzeszczeć. Intruz doskoczył do niego w błyskawicznym tempie i zakrył mu usta dłonią. Bronek, gdy zobaczył z kim ma do czynienia, wytrzeszczył oczy. Mężczyzna postanowił zaryzykować i zdjął rękę z twarzy sołtysa. Ten wstał z łóżka i z nagłym zrozumieniem malującym się na jego twarzy podszedł do aparatu telefonicznego i wykręcił numer. Odczekał kilka sygnałów i zaczął mówić:
- Cześć, tato. Tak, wiem, która jest godzina. Wiesz, mam sprawę… Konias jest u mnie. Tak, właśnie ten Konias. Tak, tak. Dobrze, czekam, pa. - odłożył słuchawkę i odwrócił się do hrabiego - Tata już tutaj jedzie. Masz poczekać na niego - lustrował wzrokiem intruza cały czas - Widzę, że nie jesteś w zbyt dobrym stanie… Dam ci jakieś ubranie i trochę jedzenia, a łazienkę znajdziesz za tamtymi drzwiami - machnął ręką w kierunku dębowych drzwi - Poczekaj tutaj - po czym sołtys Athos wyszedł z pokoju. Kwazi usiadł na łóżku. Gdy poczuł jego ciepło i miękkość, sam nie wiedział, czego bardziej pragnie - czy dobrego jedzenia, czy przespania się.
Santa Ana, godz 0:30
- Co ten głupi Konias myśli sobie?! Przecież mogli go złapać! Ale nie, on tak po prostu, najbardziej poszukiwany człowiek w Sarmacji, zakrada się do domu mojego syna - takie myśli krążyły po głowie Yaraeha - Tak jakby wpadł z gospodarską wizytą - baronet uniósł oczy ku sufitowi i westchnął. Po czym niewiele myśląc, zamienił strój nocny na ubranie “nieoficjalne”.
Ciekawe co sobie pomyślą, strażnicy, jak tak po prostu wyjadę w środku nocy - ta myśl przebiegła przez umysł namiestnika - Trudno, trzeba to dobrze rozplanować.
I niewiele myśląc wyszedł tylnymi drzwiami i okrążył szklarnię. Po czym schował się za pięknym cedrem i czekał. Nie musiał długo oczekiwać, bo już w następnej chwili przeszło obok niego dwóch strażników. Yaraeh, błogosławiąc się w duchu za pomysł zmniejszenia ilości etatów, oraz że wybrał akurat nocną zmianę, szybkim ciosem w głowę powalił pierwszego. Jego towarzysz nie zdążył nawet się obrócić i padł obok drugiego.
Amatorzy - pomyślał Yaraeh zapuszczając silnik w czarnej Wołdze.
Athos, godz 1:25
Hrabia Konias, już umyty, ogolony, przebrany i nakarmiony, rozglądał się po pokoju w którym się znajdował. Był to ładny, przestronny pokój, z bielonymi ścianami, w którym znajdowało się proste kute łóżko, dębowe biurko, szafka, oraz toaletka na której stało zdjęcie dwóch osób, mężczyzny ubranego w garnitur, o smagłej twarzy i prostym, jeszcze niezłamanym nosie, zaś obok niego siedziała kobieta, jaśniejsza ale równie piękna co i on. Kwazi podszedł do toaletki, przyjrzał się zdjęciu i roześmiał się - Przecież to Yaraeh, zaraz po tym jak go skuto małżeńskimi kajdanami!
Jego rozmyślania zostały przerwane, gdyż do pokoju wkroczył podekscytowany Michał, zaś zaraz za nim kroczył jego ojciec, o nieco niezadowolonej twarzy. Jednakże gdy tylko zobaczył siedzącego na łóżku przyjaciela, kąciki jego ust podniosły się nieznacznie, co w tej niebezpiecznej sytuacji mogłoby zostać odczytane jako uśmiech.
- Witajcie towarzyszu hrabio - rzucił Yaraeh nieco z przekąsem
- Buenas tardes, towarzyszu baronecie - Kwazi silił się na spokój i pogodę ducha. Żart ten widocznie musiał nieco rozbawić towarzysza baroneta, ponieważ w jego oczach pojawiły się na chwilę ogniki śmiechu. Po czym odwrócił się i nieco bardziej rzeczowym głosem polecił synowi - Nie widziałeś ani Kwaziego, ani mnie. Nie telefonowałeś także do mnie o tej porze - rzekł surowo - Jak chcesz, możesz rano do mnie przyjechać, po wytyczne - dodał nieco cieplejszym tonem, zaś przy dwóch ostatnich prawie się uśmiechnął.
***
Samochód wyjechał w kierunku nowej stolicy Gellonii. Yaraeh zapalił papierosa i spojrzał na pasażera - Nic się nie zmieniłeś. Widzę, że w ogóle cię nie interesuje co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego. A przynajmniej tak długo, aż ja nie zacznę o tym mówić - namiestnik uśmiechnął się
- Dobrze, zatem aby nie było - Książę Teutończyków także się uśmiechnął - pytam zatem, o co w tym wszystkim chodzi? Bo sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, niż kod Syriusz. Zatem?
- Może ty mi opowiesz najpierw o sobie, żebym wiedział co wiesz i nie musiał opowiadać tego, co już wiem.
- Był wczesny wieczór, gdy Mateusz Karczewski przybiegł do mojej kancelarii - na dźwięk tego nazwiska Yaraeh się skrzywił - I powiedział że nie ma teraz czasu do stracenia i muszę uciekać - ciągnął niezrażony tym gestem dezaprobaty hrabia - Gdy zacząłem go wypytywać, o co chodzi, powiedział że szykuje się jakiś spisek. Wyszedłem zatem ze swojej kancelarii, gdy zobaczyłem jak kilku ludzi podjeżdża pod mój dom - hrabia zakaszlał gdy twarzy Yaraeha została spowita dymem - Nie zdążyłem się nawet pożegnać z żoną i dziećmi. Reszta, to gehenna błąkania się po bezdrożach. Tak trafiłem do twojego syna. Resztę chyba znasz?
- Zatem słuchaj! - rzekł baronet z niezadowoleniem - Ja słyszałem, iż wyskoczyłeś przez okno sypialni - uśmiechnął się namiestnik - i nie zdziwiłbym się gdyby wiatr cię porwał - wtrącił złośliwie - ale to w tej chwili nieważne. Jak nowy reżim padnie, to napiszesz autobiografię - rzucił gdy zobaczył niezadowolone spojrzenie Kwaziego - ale teraz ważniejsze jest to, iż nie tylko ciebie próbowano wysiudać z fotela. Również Kefas został detronizowany. Tak, tak, ancient regime się skończył - dodał widząc malujące się bezkresne zdziwienie na twarzy hrabiego
- Ale jak…co ja…jak ja… - zaczął się jąkać Konias
- Normalnie, przygotowano zamachy na wszystkich i takie tam - Yaraeh ziewnął i zaciągnął się papierosem - ideologicznie i militarnie - nuda - wtrącił - ale ważny jest fakt, że teraz Mapcio uważa że jestem zwolennikiem jego reżimu, niech tak myśli dalej, daleko zajdzie - wtrącił kolejny raz - jednakże ty jesteś poszukiwanym numer jeden, zaś jeżeli by nas złapali - to czekałby ciebie stryczek, ja zaś dokończyłbym żywota gnijąc w więzieniu.
- Chcą mnie zabić? - zapytał ze strachem w oczach Kwazi
- Nie wiem, jeżeli by cię złapali… - odrzekł baronet - Ale wiem, że ty już nawet nie jesteś hrabią, zostałeś pozbawiony tytułu i obywatelstwa
- A ty pewnie jesteś diukiem? - zapytał z przekąsem
- Nie, widać reżim nie uważam mnie za tak wartościowego człowieka - uśmiechnął się - nie, jestem markizem - zaśmiał się szyderczo - O jesteśmy na miejscu - dodał
Kierowca zgasił silnik i spojrzał na leżące w bezładzie ciała strażników - A ci amatorzy dalej tam leżą. Chyba będę musiał wymienić straże - uśmiechnął się ponuro
Kwazi rozejrzał się po okolicy i spojrzał na zegarek Yaraeha. Była druga w nocy - Dlaczego nie słychać bicia dzwonów? - spojrzał z ukosa na Yaraeha - To mi się w ogóle nie podoba - zebrał siły w sobie i zadał pytanie, niby mimochodem, nie chcący aby jego towarzysz pomyślał sobie, że mu nie ufa - Jest d-druga, prawda? A d-dlaczego nie s-słychać bicia d-dzwonów? - wyjąkał, lecz ku jego zdziwieniu Yaraeh się uśmiechnął - Przecież jesteśmy w Santa Ana - wyjaśniał mu - a tutaj nie ma kościołów, tylko meczety. A zresztą, to stawia w dobrej perspektywie nasze podejście do sprawy - rzekł baronet z przekąsem - Jest druga w nocy, jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju, ja zamiast spać, jeżdżę po swojej ziemi, a ty się martwisz tym, że nie słychać bicia dzwonów! Specjalnie dla ciebie je niezwłocznie zainstalujemy, abyś mógł odczuć komfort psychiczny! - dodał z wyrzutem.
Santa Ana, godz 2:15
Yaraeh wraz ze swoim towarzyszem szli po omacku po Pałacu Euskadich. Baronet stanowczo i energicznie prąc do przodu, hrabia raczej nieco lękliwie trzymał się pół kroku za nim, oceniając sytuację. - A jeżeli jest po ich stronie? - ta myśl nie nastrajała go zbyt optymistycznie do życia - Gdyby chciał, to by mnie tymi łapami na miejscu zabił. Co mam zrobić, jak sprawy przybiorą dla mnie niekorzystny obrót? Wyskoczę przez okno? A może…Ałł! - rozważenia Kwaziego zostały przerwane, bo wpadł na coś twardego i dużego.
- Ty idioto! - szepnął namiestnik - Nie mogłeś wybrać głupszego sposobu narobienia hałasu - rzekł złośliwie
- A co to w ogóle jest, do jasnej cholery - zdenerwował się hrabia - Dlaczego idziemy po ciemku?!
- Masz, zapalę ci światło - rzekł Yaraeh zapalając świeczkę, która dawała rozmigotane światło - Ale jak nas złapią, to naprawdę, przeklnę cię w imię Allaha, Wandy i nawet w imię Mapcia. - powiedział z niezadowoleniem.
- Nikt normalny nie trzyma w domu worka treningowego w takim miejscu! - powiedział Konias na swoją obronę.
- Idziemy - uciął Yaraeh - I przestań ciągle węszyć spisek na własne życie, bo gdybym był po tamtej stronie, nie fatygowałbym się do Athos, tylko wysłał kogoś od Mapcia. - dodał - I jeśli naprawdę uważasz, że jestem po ich stronie, to znaczy tylko, że masz gorzej w głowie, niż myślałem - powiedział gdy zobaczył, jak Kwazi otwiera usta aby zaprotestować.
Szli w milczeniu przez kilka minut. Przeszedłszy przez kręcące się schody, stanęli przed cedrowymi drzwiami.
- To będzie twój lokal komunalny - rzucił namiestnik.
Konias wszedł do pokoju, który okazał się mu o wiele większy niż jego sypialnia w Teutonii. Był także urządzony z większym przepychem i posiadał o wiele więcej bibelotów.
-Skąd ich na to wszystko stać?! - zdziwił się, po czym jego wzrok spoczął na trzech portretach zawieszonych nad cedrowym biurkiem, z czego dwa były mniejsze, zaś środkowy, nieco większy przedstawiał Yaraeha. Z obrazu po lewej uśmiechał się towarzysz Wanda, zaś po prawej widniała nieznana mu kobieta w mundurze. Gdy podszedł do niego bliżej, zauważył że na mundurze ma napis Gnomiej Armii Republikańskiej, zaś sam obraz jest podpisany “Waldemaria Depa-Zboynitzki de Pierdzimączka - Matka Narodu Gnomiego”. W pokoju pełno było różnych akcentów nawiązujących do Wysokogórskiej Republiki Elfidy. Koło wejścia do łazienki stała nawet ceremonialna spluwaczka, którą Yaraeh zapewne wyniósł z jakiegoś gmachu. W końcu, zmęczony oglądaniem dziwactw gospodarza, rzucił się w odzieży na łóżko i oddał się objęciom snu.

Jakoś mnie ta część nie porwała. Nawet nie chciało mi się całej przeczytać…
Całkiem, całkiem…