Nr 37
Arona, sierpień 2005
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7


Z twarzą w kuwecie

Przy preclach i kompocie  konwersują: Medgar de Rama, redaktor naczelny "OKNA" i Jacques de Brolle, jego vis a'vis z  "GW". Okryty ceratą stół, magnetofon szpulowy, dwa krzesła. Kompot w słoikach, precle rozłożone na gazecie. Pod powałą o nagą żarówkę desperacko rozbija się mucha wielkości wróbla. De Brolle z przekrwionymi oczami i krawatem w nieładzie, de Rama nieogolony, plamy potu pod pachami. Zza drzwi co chwila dochodzi ujadanie psa kontrapunktowane chrapliwym wyciem obdzieranego ze skóry humanoida, względnie wygłodzonego minotaura. Z tuby ustawionego na podłodze gramofonu jękliwie sączy się ścieżka dźwiękowa z klasycznego obrazu Wernera Herzoga "Nosferatu: wampir".

JdB: [zaczyna niespiesznie] "W ramach Dreamlandu można realizować się na bardzo wiele sposobów". Ta cokolwiek sarkastyczna uwaga pochodzi ze strony głównej Królestwa. Opublikowany tam tutorial asekuracyjnie nie zdradza prostej prawdy, iż najstarsze polskojęzyczne państwo wirtualne jest symulatorem życia politycznego i niczym ponadto.  Cała nasza prasa to kolejne przypisy do nielicznych wypowiedzi  dreamlandzkich decydentów.  Zło niekonieczne?

MdR: [odkaszlnąwszy soczyście na gruźliczą modłę] Obawiam się, że konieczne, przynajmniej dopóty dopóki nie odmienimy konwencji na tyle radykalnie, aby zepsuć uroki nawet nie rządzenia, ale administrowania. Na razie nie zanosi się na to abyśmy chcieli się umówić, że od jutra udajemy, powiedzmy, gadające wierszem konie. Polityka pozostaje grą najbardziej atrakcyjną tak dla jej uczestników jak i obserwatorów, choć w naszej ojczyźnie są to powaby na miarę zatrudnionej w cyrku brodatej garbuski. Widzę zresztą ten grymas zziajanego buldoga na twoim, Jacques, obliczu, kiedy mówisz "życie polityczne". Bo i po prawdzie sprowadza się ono niemal wyłącznie do korowodów zmian personalnych. Krieg wzdycha, że się zmęczył, szefem rządu zostaje Shakur. Shakur posypuje głowę popiołem, kopa w górę dostaje Albon. Albon łapie półpaśca, na jego miejsce chichocząc wskakuje MacArthur. Krieg znowu zaczyna nosić partyjną bieliznę i namaszcza się na Premiera. Cała nasza polityka to dość pokraczny palindrom: jak go nie czytać wychodzi Krieg. Nudne to jak wszyscy diabli. [przez sekundę potępieńczy ryk zza drzwi]

JdB: [zerkając na de Ramę spode łba] W wandejskiej galerii socrealizmu znajdziemy komplet fotosów przedstawiających słupy energetyczne, kombinaty górniczo- hutnicze i lekko nudnawe krajobrazy wiejskie. Całość okraszona kuriozalnymi, na ogół wyrwanymi z kontekstu cytatami osób w ten czy inny sposób przyznających się do socjalizmu. "Naród ma pracować, a nie leżeć na piasku". To z Gomułki. Panujący w Solardii Morfeusz gestem hurtownika ustanowił niedawno tytuły książąt Światła, Cienia i Mroku.

Przebywając w Sarmacji odnieść można wrażenie, że słowo "debil" to element lokalnej tytulatury. W Leblandii wegetował swego czasu nadworny szaman, który politycznym adwersarzom cesarza publicznie wmawiał najcięższe choroby weneryczne.  W Dreamlandzie podobnych dewiacji nie obserwujemy. Starsi stażem obywatele, w odróżnieniu od swych odpowiedników z innych mikronacji, z rzadka tylko rezygnują z języka apostolskiej perswazji: tłumaczą, przekonują i zachęcają z cierpliwością wyrwanego z medytacji dalajlamy. Nie zawsze tak było.  Dzisiejszy Dreamland przemawia dostojnym głosem ewangelisty Artura Piotra. Podają mu ręce nad wyraz powściągliwi ex-regenci: Rogacz, Nimitz i Krieg. Chorobliwego upodobania do wysokiego tonu nie kryje król senior TomBond, pradawny głos puszczy. Na naszych oczach wykuwa się specyficzna nowomowa dreamlandzkiego establishmentu. Chełpimy się naszą poprawnością i dbałością o formę, tymczasem znużony lud dostaje torsji. Wszak miało być świetnie, a nie jest.  Dlaczego nie jest fajnie,  Medgarze?

MdR: Brakuje nam wyrazistości. Sarmacja to rozbudowana strona główna, podgolony łeb i jeden człowiek stojący za państwem od pierwszych jego dni. Solardia: dyslektyk Morfeusz i poręczna gromadka akolitów. Przyznam, że jeszcze do niedawna duże wrażenie robił na mnie tempem rozwoju i młodzieńczym urokiem socjalistycznych ciągot Wandystan, który gdzieś w czerwcu zdecydowanie wytracił impet. Dreamland to najstarsza polska mikronacja i niewiele poza tym. Zatrzymaliśmy się w pół drogi między monarchią i demokracją, co może ładnie wygląda jako zapis w Konstytucji, ale jednak potrafi szalenie znużyć brakiem pewnego nerwu, kolorytu. Autorytaryzm to byłby ustrój o tyle ciekawy, że przynajmniej byłoby wiadomo z kim i co się zmagać. Tymczasem tak hołubiona przez Artura Piotra demokracja w dreamlandzkim wydaniu szalenie się zdeprecjonowała: przyszłym posłom wystarczy już jeden głos poparcia, kandydaci mogą przecież wrzucać do urny karty z własnymi nazwiskami. Aby zasiąść w Rządzie trzeba co najwyżej dwa razy odezwać się publicznie, delikwent zostanie dosłownie

za włosy wciągnięty do któregoś z ministerstw. W Dreamlandzie nie ma o co walczyć, wszystko jest podane na talerzu. Taki Krieg na dwa tygodnie przed wyborami wie, że zostanie szefem rządu. Może stąd całe to zblazowanie i nijakość u naszych mężów stanu, na czele z niemalże trapistą Królem i zawsze do bólu poprawnym politycznie Rogaczem. Prawie tęsknię za Albonem. [przez chwilę de Rama histerycznie chichocze]

JdB: [żuje precla, zerka do kajecika] Swego czasu odrobinę pikanterii do naszego życia publicznego - a przynajmniej w jego warstwie językowej - próbował przemycić niejaki Psycheomatic, czołowy myśliciel gimnazjalnych korytarzy, którego nasz Edward Krieg żegnał dzikimi fanfarami niczym krynicę objawień. Przedwczesnej śmierci osamotnionego trefnisia rzeczywiście towarzyszyło objawienie:  skierowany do "cichych kobiet i wrażliwych mężczyzn" list pożegnalny,  opublikowany zresztą na łamach "OKNA".  "Kupa nie powstaje wedle żadnego projektu. Po prostu się ją sadzi. Może mieć mniej lub bardziej zwarty kształt, ale nie została przecież świadomie uformowana". To cytat z dziełka pewnego 75-letniego profesora z Princeton. Tytuł: "O pieprzeniu głupot". Rzecz należy w całości przetłumaczyć na wszystkie języki Dreamlandu, zaś samą pracę dedykować niektórym naszym Cyceronom.  Psycheomatic i jego intelektualny spadkobierca: Nebula Blue,  to dwa typowe dziwolągi naszego życia publicznego działające według standardowego wzorca: im głupiej, tym lepiej.  Ten ostatni otrzymuje właśnie mandat poselski.  Jeszcze kompotu?

MdR: Poproszę [przełyka bulgocząc; na chwilę zapada kłopotliwe milczenie]. Regularnie pojawiające się na liście dyskusyjnej erupcje idiotyzmów wymykają się władzy moderatorskiej, coraz częściej odnoszę wrażenie, że paru naszym ziomkom pomóc mógłby jedynie weterynarz. Nebula Blue i mandat poselski to w ogóle, że tak powiem, fajna historia. Osobnik ów otrzymał, podobnie zresztą jak Łukasz Trecio, dwa głosy, co w rzeczywistości oznacza, że poza nim samym jego kandydaturę poparła jedna osoba. Strach wręcz bawić się statystyką i wyliczać, jakie poparcie w procentach u wyborców ma blisko jedna trzecia izby.

JdB: [drapiąc się po brzuchu] Otóż to. Do Izby Poselskiej posłaliśmy dziewięciu obywateli. To o dwóch więcej, niż w marcu i dokładnie tylu, ilu przed rokiem. Frekwencja w czasie kolejnych wyborów  również oscylowała wokół zbliżonych wartości:  40 obywateli we wrześniu 2004 r., 48 w marcu i  50 przed dwoma tygodniami.  Byłoby znacznie więcej, gdyby nie bezsensowna amputacja Solardii i Baridasu. Do parlamentu delegowaliśmy tym razem starych wyjadaczy  - m. in. czterech ex-premierów. Siedmiu nowych posłów to politycy o co najmniej rocznym stażu obywatelskim. Jest kilka dysonansów. Obok towarów ekskluzywnych: elokwentnego Kriega, lekko cynicznego Svobody i  mrukliwego Nimitza, mamy też i paczki-niespodzianki: pieprznego Albona  i nieobliczalnego lewaka na opak - Mirochę,  zresztą szlachcica.  Będzie świetnie?

MdR: [skrobiąc się w głowę] Chwilami może być wręcz dramatycznie. Do Albona, idola schizofreników i dryfującego w sobie tylko wiadomym kierunku Mirochy dorzućmy Nebulę Blue

                                     cd. na str. 3

 r             e               k               l               a               m              a

Galeria Królewska: Filia w Motley