Nr 37
Arona, sierpień 2005
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7

Fabryka

Władek podróżował. Robił to od zawsze - nie mógł znieść tego samego otoczenia przez dłuższy czas. Gdy tylko zaczynał się nudzić, pakował walizki i wyruszał przed siebie.
Wiedziony ślepym trafem zawitał w końcu do Miasteczka. Miasteczko, jak głosił napis, było najstarszą wioską po tej stronie szklanej tafli i liczyło sobie prawie 500 mieszkańców. Wszystko w nim było nowe i ciekawe - jednym słowem takie, jakie być powinno.


Władek postanowił zatrzymać się tu na dłużej - szybko znalazł przytulny kąt i zaczął zapoznawanie się z tubylcami oraz miejscowymi zwyczajami. Poznawanie nowego stawało się z dnia na dzień coraz bardziej zajmujące - wkrótce Władek poczuł się pełnoprawnym mieszkańcem.

W miarę oswajania się z nowym środowiskiem poczynił też bardzo interesujące spostrzeżenia: Miasteczko ciągle było w budowie - powstawały sklepy, fabryki, wydawano coraz to nowe gazety. Po drugie - Miasteczko miało zaledwie kilkudziesięciu stałych mieszkańców, pozostali byli to zatrzymujący się na dłużej lub krócej turyści.

Przedsiębiorczy umysł Władka pracował intensywnie dzień i noc, a w jego głowie rodził się plan na zwielokrotnienie tempa rozwoju miasta. Postanowił produkować w mieście zabawki - tak by licznie przybywający turyści zostawali na dłużej i nigdy nie narzekali na brak rozrywki. Miał nadzieję, że w ten sposób stopniowo populacja, a więc i możliwości miasta zaczną wzrastać.

Przygotowania do otwarcia fabryki były żmudne i czasochłonne, niemniej jednak z każdym dniem powolutku posuwały się do przodu. Kiedy inni mieszkańcy zaczynali już podejrzewać, że Władek wyjechał z miasta bez pożegnania, nastąpiło wielkie otwarcie. Z tej okazji urządzono specjalny bankiet (zjawiła się na nim rekordowa liczba 25 mieszkańców), burmistrz wygłosił przemówienie, składano gratulacje a przede wszystkim bawiono się do rana. Nazajutrz Władek rozpoczął nabór pracowników. Niestety większość stałych mieszkańców miała już pełne ręce roboty - trzeba więc było szukać rąk do pracy wśród przyjezdnych. Po tygodniu starań, wysłaniu dziesiątków maili i zredukowaniu ilości działów fabryki do niezbędnego minimum udało się zebrać komplet - siedmiu pracowników.

Władek zainaugurował produkcję, wyznaczył zadania, podzielił obowiązki oraz sam zabrał się do intensywnej pracy.

Niestety już pierwszego dnia okazało się, że jeden z zatrudnionych wcale nie pojawił się w pracy - nie odpowiadał też na telefony. Władek przejął więc jego obowiązki i zaczął rozglądać się za następcą na to stanowisko. Po pierwszym tygodniu pracy połowa z pozostałych 6 działów miała poważne opóźnienia, a dwaj następni pracownicy arbitralnie postanowili nie tracić czasu na dojazdy do fabryki i zaczęli pracować w domu. Niestety - mimo nalegań nie zechcieli zaprezentować wyników swojej pracy tłumacząc, że już niedługo skończą. W następnym tygodniu Władek znalazł siódmego pracownika i szybko wdrożył go w codzienny kierat - musiał niestety zwolnić dwóch innych,

ponieważ okazało się, że tak naprawdę nie znają się oni na powierzonych im zadaniach. Jeden z pracujących w domu zachorował i wziął tydzień urlopu, drugi natomiast uparcie milczał i nie odpowiadał na wszelkie próby kontaktu.
Już kilka dni później zrezygnowało z powodu choroby dwóch kolejnych pracowników - jak się okazało klimat w Miasteczku jest bardzo nieprzyjazny i często trzeba wyjeżdżać do sanatorium. Żeby zabezpieczyć się na takie ewentualności, Władek zmniejszył ilość działów do trzech i każdy z nich obsadził dwoma pracownikami, którzy mieli się nawzajem zastępować. Niestety wkrótce znowu kolejny pracownik odszedł z pracy tłumacząc, że znudziło mu się Miasteczko i woli zająć się czymś innym.

Po miesiącu pracy plany wielkiej produkcji legły w gruzach - Władek pozostawił na jeden produkt, ale za to w ciągłej produkcji. Mimo to wciąż były opóźnienia - pierwsze partie jeszcze nie opuściły linii produkcyjnej, a entuzjazm wywołany inauguracją już opadł i mało kto z mieszkańców pamiętał, że fabryka istnieje. Ponieważ produkcja kulała Władek zagroził obcięciem o połowę wynagrodzeń pracowników, na co zaśmiali mu się w twarz, ponieważ w Miasteczku tak naprawdę nikt pieniędzy nie używał i nie potrzebował.

Doprowadzony do ostateczności Władek zwolnił wszystkich pracowników i zajął się w domowym zaciszu struganiem szachów, na sprzedaży których w końcu całkiem nieźle wyszedł, chociaż pierwotny zamysł jego planu - ściągnięcie do Miasteczka nowych mieszkańców, zupełnie nie wypalił.

* * *

Specyfika Miasteczka jest - jak nietrudno - zauważyć taka sama jak specyfika Dreamlandu. Prowadzenie działalności zespołowej natrafia na zupełnie nowe, całkiem odmienne od realowych problemy. Pierwszym, aczkolwiek nie najtrudniejszym do przezwyciężenia, jest brak rąk do pracy. Większość pracowników to albo nowi obywatele, których nie można obdarzyć zbyt dużym zaufaniem, a w szczególności nie można się spodziewać, że pozostaną w Dreamlandzie dłużej niż kilka tygodni, albo są to starzy wyjadacze, którzy mają jeszcze kilka innych poważnych zajęć na głowie i chcąc nie chcąc nie mogą poświęcić zbyt wiele czasu nowej pracy.

Drugi problem to real. Mimo najszczerszych chęci i uporządkowania spraw zawsze będą się zdarzać niespodziewane awarie, wypadki, nagłe wyjazdy i zachorowania. Do tego dochodzą nieobecności przewidywalne, o których jednak mniej rozgarnięty pracownik zapomina powiadomić znikając



nagle i bez słowa i dezorganizując plan pracy.

Poza obowiązkami realowymi istnieją jeszcze realowe przyjemności - ja osobiście nie chciałbym mieć pracownika, który rezygnuje z realowej randki czy wakacyjnego wyjazdu na rzecz pracy w Dreamlandzie. Myślę, że trzeba tak dawkować obowiązki, żeby nie tworzyć dreamlandzkich zombie, którym real potrzebny jest tylko do podtrzymywania ciała we względnej funkcjonalności.

Po trzecie i najważniejsze wreszcie - brak w Dreamlandzie możliwości motywowania pracowników. Nie można zagrozić im zwolnieniem ani obcięciem pensji, jeśli nic nie robią, ponieważ pieniądze i praca nie są im do niczego potrzebne. Jedyne na co można i należy liczyć to zapał pracowników. Niestety permanentni zapaleńcy to wciąż towar wielce deficytowy, a pozostali wypalają się po tygodniu albo miesiącu i powraca problem z szukaniem nowego pracownika.

Osoby, które dotąd nie miały sposobności przekonać się, jak w praktyce wygląda zarządzanie w Dreamlandzie, najczęściej łatwo krytykują brak oczekiwanych efektów funkcjonowania instytucji.

Krytyka ta - moim zdaniem dość niesprawiedliwa - jest jednak jak najbardziej potrzebna. Nie można wszak zostawić sprawy zasłaniając się brakiem pomysłu na rozwiązanie tego problemu.

Trudności w funkcjonowaniu wieloosobowych instytucji będą się ciągnąć tak długo, jak długo będziemy starali się wdrażać w Dreamlandzie realowe modele zarządzania i organizacji pracy. Problem ten będzie nabierał większego znaczenia, kiedy liczba mieszkańców będzie wzrastać. Dlatego im szybciej wypracujemy nowe rozwiązanie tym lepiej.

Potrzeba nam pomysłu na organizację pracy, być może także adekwatnych rozwiązań prawnych.

Przypuszczam, że starsi stażem obywatele mają własne wypróbowane sposoby - a może po prostu polegają bardziej na własnej pracy niż na niepewnej i nieregularnej obecności innych? Jak dotąd nie zauważyłem ani jednego przypadku sprawnej organizacji pracy większej liczby osób w Dreamlandzie, co nie jest bynajmniej oskarżeniem - po prostu nie miałem wiele okazji przyglądać się sposobowi zarządzania innych. Być może sytuacja nie jest tak skomplikowana, jak mogłoby się wydawać - patrząc jednak na dzisiejszy Dreamland trudno o jakiś szczególny optymizm. Większość inicjatyw to inicjatywy jednoosobowe. Czyżby tylko takie działanie miało szanse powodzenia? Zresztą i tak tylko do momentu wypalenia się ich inicjatorów.

(Yelonek Rogacz)