|
|||||
cd. ze str. 2
i możemy otrzymać coś na kształt przechowalni intelektualnych wybroczyn. Wydaje mi się, że na takim sąsiedztwie najwięcej skorzysta Svoboda, który ma w sobie coś z fightera i najlepiej wypada w konfrontacji z mędrcami rodem z antypodów prawd i obyczajów powszechnie uznawanych. Przypomnijmy sobie jego urocze potyczki z Cromwellem. W komunikacie KWK najbardziej zastanowiły mnie owe cztery osoby, których głosy uznano za nieważne. Czynne prawo wyborcze nie przysługuje Królowi i senatorom, do stadła przymusowo niegłosujących kwalifikuje się jeszcze Regent. Któż, ach któż z tej zacnej kompanii nie odrobił zadania domowego, oto jest pytanie. Ale Jacques, cóż to, zadławiłeś się preclem? Marnie wyglądasz, chyba coś ci zalega na wątrobie. No dalej, wyrzuć to z siebie.
JdB: [krzywiąc się niemiłosiernie, ale trzymając fason] Mandat poselski zachował wicehrabia Albon, legenda naszej sceny politycznej. Pana Albona, obywatela już leciwego, kojarzymy raczej z filozofią zamordyzmu i nieparlamentarnym słownictwem. Lider monarchistów jest tymczasem wrażliwym poetą, autorem wierszy nadesłanych na konkurs wydawnictwa Plegolal. Albonowych rymów co prawda nie czytałem, ale niech mnie kule biją, jeśli nad naszym Owidem nie czuwa zza grobu noblista Pablo Neruda, wierszokleta chilijski, a zarazem senator i aktywista polityczny. Niektórzy z nas pamiętają zapewne naszego Łukasza Pietraczuka, również poetę, a jednocześnie ministra o mentalności stalinowskiego siepacza. Takich smaczków mamy dziś nawet więcej. Mandaty otrzymali bowiem uznani literaci: Svoboda i Krieg. Również Mirocha zdradza prozatorski talent. [lekki grymas] Jest szansa, że nowa kadencja Izby Poselskiej okaże się kuźnią złotych myśli?
MdR: [ucierając nos chustką] Miałbym w tym miejscu ochotę spytać z kim mianowicie Mirocha zdradza ów domniemany talent, ale lepiej zostawmy sobie ten pikantny wątek na kiedy indziej. Może nie od razu złotych, ale błyskotek na pewno kilka się znajdzie. Ponownie stawiam na Svobodę, Krieg ze swoją skłonnością do patosu potyka się niekiedy o własne sznurówki. Albon nad zwięzłą maksymę przedkłada gruby cintryjski idiom, sformułowania dosadne, przy tym - paradoksalnie - mało zrozumiałe, tak zwane albonizmy. A jednak zniżkowa to tendencja, z wyżyn czy chociażby płaskowyży pióra runąć w poselską rutynę. Spośród tego
towarzystwa zwłaszcza Krieg powinien się pilnować i oszczędnie szafować swoim czasem względem obowiązków parlamentarnych - on jeden pozostał twórcą w miarę aktywnym, przy czym trzymanie się z dala od Izby Poselskiej wyraźnie Kriegową frazę i zmysł fabularny uskrzydliło. Wiele może zależeć od tego, z którym ze swoich partyjnych kolegów Krieg dzielił będzie poselskie siedzisko. Fluidy krążą, zasada wszechobecnej zależności sprawdza się najlepiej na podglebiu wrażliwej umysłowości artysty, kilka miesięcy w zupełności wystarczy aby Krieg swoje narracyjne nawyki odmienił. Jeśli usiądzie z Vertonenem - za pół roku może zaskoczyć nas drewnianym powieścidłem science-fiction. W razie gdyby klapnął obok Svobody ma szanse po kilku tygodniach z wielką wprawą kropić sarkastyczne młodzieżowe nowelki, bukoliczne fraszki. Bardzo być może, że sąsiedztwo Łukasza Trecia zaowocuje pilnie wymagającym korekty bełkotliwym strumieniem świadomości o tematyce typu wielka miłość w małym mieście. Prawdę mówiąc już nie mogę się doczekać. [garść tynku osypuje się z sufitu]
JdB: [zasmucony zbiera palcem okruchy tynku z ceraty] Wraz z odejściem braci Jasińskich upadła w Dreamlandzie moda na żartobliwe określenia, poufałe ksywki, smakowite pseudonimy. Pamiętamy "Posła Swobodnego" (Svoboda), "Boliwijskiego Partyzanta" (Kobe Amaru Shakur), "Typka z Kiosku" (Claudio vij Dyrk). W kwietniu federacyjne Królestwo Dreamlandu opuściły Solardia i Baridas. Wraz z charyzmatycznym Morfeuszem wyparowały ostatnie szeregi dawnych opozycjonistów. Scena polityczna jest martwa.
MdR: Tym bardziej odpychają próby serwowania nam odgrzewanych zwłok. Istotnie, ani Mirocha, ani Taheto, który gdzieś zapodział swój reformatorski zapał,
ani tym bardziej amatorzy rozrywek umysłowych nie są w stanie zaoferować nam alternatywy wobec bylejakich monarchistów i niebezpodstawnie pozujących na profesjonalnych technokratów federalistów. Oto mamy w sejmie ludzi albo cokolwiek wypalonych, albo nie wiedzących czego chcą. Wszystko czego możemy się spodziewać to to, że razem stworzą oni w miarę sprawnie działającą maszynkę do głosowania. Rewolucji na pewno nie będzie. Swoją drogą dobra ksywka nie jest zła, ale tutaj trzeba autentycznego talentu na miarę Jasińskich. Nic na siłę, Jacques. Może precelka? [głośne rzężenie zza drzwi]
JdB: [wyraźnie zdekoncentrowany tajemniczym rzężeniem] Ciszej tam, ciszej rzęzić! Istotą dreamlandzkich wyborów parlamentarnych jest prosty fakt, iż wyborca głosuje na konkretne nazwisko, a nie na partię. Końcowy rezultat zależny jest od ilości polityków gotowych podpiąć się pod szyldem danej formacji. Nie wiemy na przykład, czy partia monarchistyczna, która uplasowała się na drugiej pozycji, nie wypadła by lepiej, gdyby zdolna była nakłonić do kooperacji kilku dodatkowych obywateli. Szachiści i demokraci wystawili po jednym przedstawicielu i odnieśli stuprocentowe zwycięstwa. SF oddało pięć strzałów i skończyło się na czterech trafieniach. Wyborca, postawiony pod ścianą, kogoś jednak wybrać musiał i bez względu na ogólną liczbę oddanych głosów sztafeta SF już na starcie miała zapewnione zwycięstwo. Koniec końców drażnić musi sytuacja, w której mandaty poselskie otrzymali kandydaci z poparciem dwóch czy czterech głosów. A takich posłów mieć będziemy blisko połowę, z czego większość, dokładnie trzech, to właśnie kandydaci SF. Wyborcy nie głosowali zatem na partię, która przejmuje władzę, ale na łatwo rozpoznawalnego Edwarda Kriega. Logika nakazywałaby więc, by rząd sformowali monarchiści w porozumieniu z pozostałą drobnicą (blisko 30 głosów). Przyjmijmy, że sierpniowe wybory nigdy nie doszły do skutku. Kogo najchętniej widziałbyś premierem?
MdR: Harpo Marxa. To byłoby przynajmniej jakieś zaskoczenie. [głośne przekleństwo za drzwiami]
JdB: [wcześniej mocno zgarbiony, teraz unosi głowę i zdejmuje okulary] Podsłuchują nas?
MdR: [wyraźnie poruszony] Do licha, podejrzana sprawa. Zmierzając tutaj minąłem się na ulicy z Kriegiem. [de Brolle i de Rama wymieniają znaczące spojrzenia]
                                   
cd. na str. 4