Nr 37
Arona, sierpień 2005
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7

cd. ze str. 3

JdB: [zakasuje rękawy i sięga po precla] Wróćmy do dyskusji. [przeżuwa, zerka do kajecika] Uhm, no tak. Wczytuję się właśnie w słowa niedawnego apelu niejakiego Daniela de Foe, obywatela w swej politycznej naiwności bliższego raczej Sarmatom niż Dreamlandczykom. Ów nieszczęśnik żąda ochrony i specjalnych gwarancji ze strony „najwyższych władz” państwa, wspomina również o osobistej interwencji Pałacu Królewskiego. Źródłem moralnego niepokoju pana de Foe jest postawa wspomnianego już tutaj osobnika o ksywce Nebula Blue, któremu autor apelu przypisuje zdolność animowania iście apokaliptycznego ciągu wydarzeń. Czytam: „[...] Nebula wyraźnie pogarsza sytuację naszego kraju i jest głównym powodem zastoju”. Tak oto kilka mniej lub bardziej nonsensownych komentarzy, będących niejednokrotnie reakcją na równie nonsensowne wypowiedzi naszych skołowanych ziomków, urasta do rangi fatalnego tąpnięcia bodaj samego jądra galaktyki. De Foe kończy z przytupem: „Nie chcę, żeby jakiś huj niszczył moje państwo”. [pisownia oryginalna – przyp. red.] Egzorcysta nie zdażył, pan Daniel sam zrezygnował.

MdR: Zrezygnował, swój dorobek intelektualny przepisując na Nebulę "Awanturnika" Blue. Pojawia się podejrzenie, czy aby nie mieliśmy tutaj do czynienia z podwójną tożsamością. Jeżeli tak, to był to zaiste ze strony Blue koncept godzien szkolnego szaletu. Surmalajski farmazon w ogóle zasypuje ostatnio rodaków wielkimi ideami. Radio "Prosta Wieża w Piździe" - toż to szmonces porażający surowym pięknem objawów zaniku kory mózgowej. Blue, osobnik obdarzony przez naturę dowcipem krzyżówki wyszczekanego tapira i smętnej kępy łopuchów, zdążył już sobie zasłużyć na order z nadpsutego ziemniaka i śliniaczek bezpieczeństwa. [puszczają z trzaskiem drewniane drzwi i do izby wpada, głośno sapiąc, okapi. Zwierzę siada na skromnej otomanie pod ścianą i odtąd życzliwie przygląda się dyskutantom. Od czasu do czasu puszcza oko, jakby niezdecydowane, to do de Ramy, to do de Brolle’a]

JdB: [nie tracąc rezonu] Kulturę umysłową Dreamlandu tworzą dziś – nierównorzędni, choć w jednym stojąc szeregu – panowie Albon i Vertonen, de Foe i Svoboda, Bager i Krieg, rozmowni i zawsze dyspozycyjni, a także – a może przede wszystkim – owa milcząca większość, w ciszy wykuwająca swoje dreamlandzkie biografie. Krzysztof von Roen praktycznie od podstaw buduje nowa Furlandię, takoż i Wichura, pogodny drwal niespiesznie karczujący

zaniedbany Morland. Czekamy na reaktywację Ghardina. Z dala od reflektorów działaja Kaelem Raanan, redaktor ambitnego „Scriptores Dreamlandis”. Wejdźmy na nieco wyższy poziom abstrakcji i pokuśmy się o jakieś konstruktywne generalizacje dotyczące sceny politycznej Dreamlandu. W ostatnich latach kilkakrotnie podejmowano podobne próby – celuje w tym zwłaszcza Piotr Mirocha, który własną formację określa mianem centrolewicowej. Klucz ideologiczny jest tu nie tyle zbędny, co po prostu szkodliwy. Wysiłek zmierzający do opracowania rzetelnej analizy politologicznej poświeconej intelektualnym korzeniom dreamlandzkich partii politycznych z natury rzeczy musi być pokrewny zabiegom taksonoma na pustyni. Jedynym sensownym posunięciem wydaje się stworzenie zbiorowego studium charakterologicznego, szufladkującego na modłę Hipokratesa i Galena: według temperamentów.



MdR: [ciska preclem w okapi; zwierzę nie wykazuje zrozumienia i kiwa łbem z wyraźną dezaprobatą] To ci bydlę. Uważałbym z klasyfikacją naszych mężów stanu jeno według temperatury wnętrza czaszki, czytelnik takiego dziełka szybko mógłby usnąć z nudów. Jeden Albon, typ schizoidalno-maniakalny, wiosny nie czyni. Może od razu pójdźmy o krok dalej: bardziej odpowiadałaby mi formuła dziennika koszmarów, zbiorowej patobiografii dowcipnie relacjonującej dewiacje i wynaturzenia książąt, diuków, posłów i byłych premierów. Trochę by się tego znalazło. Na tym tle te kilka jednostek w miarę jednak zdrowych - Svoboda, Ghardin, Vertonen, Rogacz, Vij Dyrk, Muchlado, obiecujące pokolenie młodych Namiestników w osobach von Roena i Wichury - daje wiarę w lepsze jutro, że się tak straszliwie plastikowo wyrażę. Umiarkowanie konstruktywnie generalizując: oto skrawek prerii, pośrodku stoi trzepak, ci dwaj co to zwisają z niego głową w dół to Żwirek i Muchomorek, bliscy krewniacy nieprzygotowanych do rządzenia

wesołków pokroju Wakowskiego, Mirochy, Taheto czy Blue. Z boku stoi sobie Ważniak, czyści irchą bryle i próbuje odpalić cygaro. Sprawnie zgarnął całą pulę, zna się na rzeczy, lubi mówić okrągło i potoczyście, ale wiele nowego nam nie powie. Obok niego w kucki przysiadł wiecznie niepozbierany złośnik Gargamel, obcina paznokcie u stóp i wcina bułkę z serem. Jeśli już się odzywa to tylko głośno i rzadko kiedy zrozumiale. Ważniak to Krieg, we wdzianko Gargamela na styk wbić mógłby się Albon, wcześniej Cromwell. Jest jeszcze Gucio, urzędnik i administrator, sprawny zarządca, marny polityk, kiepski wizjoner, typ pracowity, trochę gumowy i niewyrazisty, po swojemu sympatyczny. Powiedzmy: Vertonen, Bager. Parę ról jeszcze dałoby się obsadzić, ale takie zabawy szybko się nudzą. Są jeszcze znaki zapytania, niewiele wiemy na przykład o Masalskim. Kogo tam jeszcze mamy dzisiaj do przerobienia?

JdB: Szczególne miejsce wśród naszych decydentów zajmuje Artur Piotr, fizyczna emanacja prawdziwie olimpijskiej cierpliwości wśród niegodnych go śmiertelników. Dla uważnego obserwatora naszego życia publicznego temperament króla Dreamlandu może budzić skojarzenia ze wschodnim bożkiem, zastygłym ni to w akcie bezgranicznej afirmacji i zrozumienia otaczającego go świata, ni to w akcie dla tego świata pogardy i obojętności. Artur Piotr, mocno osadzony w trybach dreamlandzkiej rutyny, chwilami chyba tęskni za jakimś niecodziennym sposobem istnienia – na przykład za normalnością. To, co jest główną zaletą naszego monarchy, jest jednocześnie jego – i wąskiej elity Dreamlandu – podstawową wadą. Nie nazywa bowiem król rzeczy po imieniu, zaś w intelektualnym bezhołowiu poszukuje pereł, by te jeszcze okuć w złoto. Nie sekuje tak licznych w Królestwie potomków neandertalczyków, więc ci śmiało opuszczają swe mroczne jaskinie, nobilituje funkcjonalnych analfabetów z dostępem do internetu, którzy – jest to tylko kwestią czasu – zawsze zdradzają nam swoje nudne dewiacje. Król, co pokazują sondaże, cieszy się autorytetem wystarczającym do zapewnienia sobie odpowiedniego posłuchu. Tymczasem usprawiedliwiamy prostactwo, wykręcając się dawniejszym – odmiennym - znaczeniem współczesnego wulgaryzmu, piszemy epitafia dla klownów, z kamiennym wyrazem twarzy wystawiamy laurki małym zboczeńcom. Podobnych skrupułów nie ma Pavel Svoboda, morlandzki chłop z tytułem księcia. Na dobrej drodze znalazł się również Yelonek Rogacz, ale w porę przycisnęła go Korona.
                                    cd. na str. 5