Nr 37
Arona, sierpień 2005
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7

cd. ze str. 4

To jednak za mało. Trawestując kluczową kwestię jednego z zachodnich horrorów klasy B: Przyślijcie więcej szambiarzy!

Okapi: Suszy mnie!

MdR : [piorunując zwierzaka spojrzeniem, de Rama niechętnie podaje mu do kopytka wyłowioną z kompotu wisienkę, którą okapi zaczyna łapczywie ssać i cmoktać] Portret psychologiczny Miłościwie Nam Panującego bywa miejscami zajmująco niesymetryczny. Artur Piotr to z jednej strony władca systematycznie zanadto królewski, a za mało dreamlandzki, kiedy indziej znów sumiennie i optymalnie surowy ojciec narodu, w wolnych chwilach marzyciel. Do drugiego przecinka poprzedniego zdania mam na myśli chociażby nie do końca zrozumiały konflikt z Morfeuszem i dalsze losy Solardii, po przecinku pamiętne wystąpienie "Dość" przecinające mocno głupawe dysputy urologiczne, ale także Królewski Instytut Kartograficzny czy niemal liryczne fragmenty niektórych proklamacji. Zagadnieniem wręcz fascynującym jest próba rozpracowania królewskiego poczucia humoru, a w pierwszej kolejności skutecznego sfalsyfikowania narzucającej się nieodparcie tezy, wedle której byt takowy w ogóle nie istnieje. Jeśli już Artur Piotr daje nam powody do uśmiechu, to jest to humor dla wybranych, oparty na swoistej grze pojęć i wyobrażeń, przez to dość hermetyczny, nawet nieprzystępny. Przykład: zaanonsowanie własnego urlopu wiadomością o temacie "Królewski wyjazd". Sporadyczne używanie emotikonów znamionuje przecież nie dowcip, a znajomość konwencji.

JdB: Przyjrzyjmy się liczbom, tym razem w skali makro. Liczących się państw wirtualnych jest w polskiej cyberprzestrzeni trzy – Sarmacja, Dreamland i Wandystan. Dokładnie w takiej kolejności. W miejsce tego ostatniego można ewentualnie wtłoczyć mocno przereklamowaną i zamkniętą Scholandię, jak na swe dojrzałe lata kraik mocno skurczony. Frekwencja wyborcza w wymienionych mikronacjach – najlepszy wskaźnik aktywności własnych obywateli – waha się zazwyczaj od 40 do 80 obywateli. Mijają kolejne lata, a statystyki pozostają bez zmian. Można zatem mówić o pewnej stałej wartości wyznaczającej możliwości przerobowe tworów tego rodzaju. Trzon każdej z mikronacji jest wyjątkowo stabilny. Elitę tworzą obywatele legitymujący się co najmniej rocznym stażem. Eksperymenty polegające na symbolicznym przekazaniu pałeczki któremuś z mniej doświadczonych mieszkańców należą do rzadkości i prawie zawsze kończą się spektakularną porażką całego przedsięwzięcia. Gdy Tia MacArthur wprowadzała się do gabinetu szefa rządu, oklaskom dla przebiegłości politycznej Pałacu Królewskiego nie było końca. Sam Edward Krieg obwieścił na łamach „OKNA” koniec ery dreamlandzkich dinozaurów, zamykając swój wywód sakramentalna formułką: „Na tym polega postęp”. Tak było w kwietniu. Cztery miesiące później dinozaur Krieg chyba jednak zmienił

zdanie. W sierpniu 2001 roku – przy okazji obchodów rocznicowych – panujący wówczas TomBond gestem cara rozdał jedenaście tytułów arystokratycznych. Z tamtej grupy nie przetrwał do naszych dni nikt – z wyjątkiem eMBe, który jednak odzywa się jedynie przy specjalnej okazji, a i wtedy nawet półgębkiem i jakby przez lufcik. Sprawozdanie z towarzyszącej uroczystościom sierpniowym defilady wojskowej publikowane jest każdego roku w niezmienionej formie. Co do przecinka. Nimitz, autor owego sprawozdania, wykazuje się podziwu godnym szacunkiem dla tradycji. Miejmy zatem nadzieje, że arcyksiążę

przynajmniej zmienia t-shirty. Niczym nieszczęśliwe karaluchy kotłujemy się w diablo ciasnym słoiku i znikąd nie widać pomocy. Na czym zatem polega postęp, Medgarze?

MdR: Jeżeli z definicji wyrzucimy wszystkie elementy nijak się mające do specyfiki dreamlandzkiej, to wyjdzie nam, że postęp polega na trwaniu. Reakcja histeryczna będzie nie od rzeczy, ale nie ma się czym przejmować, histeria to niekiedy oznaka zdrowia. Stoicy wskazują, że do życia szczęśliwego w gruncie rzeczy wystarczy realizacja zaledwie kilku warunków. Z perspektywy mojego rocznego w Dreamlandzie pobytu coraz bardziej upewniam się co do tego, że zasada minimalizmu doskonale się u nas sprawdza. Dreamlandczyk to asceta. Systemu gospodarczego nie ma, ale też właściwie nie jest on nam do niczego potrzebny. Główna strona w drugiej połowie roku pańskiego 2005 przypomina tanią teatralną dekorację z płyty pilśniowej i papieru pakowego, jeżeli zaś ktoś wyrobił sobie w ostatnich dniach paszport i zapisał się na listę dyskusyjną to przyszło mu poznawać Krainę Marzeń za pośrednictwem arcyprymitywów Nebuli Blue i Daniela de Foe. Narzekamy już z przyzwyczajenia, bo i jest na co, a mimo to nadal tu jesteśmy. Nie ma w tym za grosz patosu, jest za to temat dla psychiatry. Fascynacja Dreamlandem, chyba każdą mikronacją, opiera się od pewnego momentu na sile rozpędu i ciekawości, która z tygodnia na tydzień składa się w skrajnych przypadkach na lata. Mało kto ma ochotę pielęgnowany w wolnych chwilach ogródek rozjeżdżać buldożerem, bo a nuż jeszcze coś fajnego z tego wyrośnie. Pozostają marzenia o pięknej śmierci, którą odwleka się coraz bardziej wraz z

trwaniem wirtualnego żywota. Oczywiście są jeszcze wirtualne wspomnienia i autentyczny szacunek dla garstki osób, to przecież niemało. W Sarmacji grupka użytkowników Skype'a stworzyła Telefon Zaufania. U nas furorę zrobiłby cierpliwy psychoanalityk, tyle tylko że po kilku udanych sesjach i wypłukaniu brudów z bebechów - jak mawiał jeden z bohaterów Millera, tego od "Zwrotników" - trzy czwarte nielicznej populacji dałoby z Dreamlandu nogę. Jak ładnie wyśpiewuje "Pogodno": "wirtualne kochanie nie zamieni się w dziecko. W nic się nie zamieni".

JdB: [wyraźnie zaniepokojony, opukuje magnetofon] Przerwało taśmę, diabli wiedzą, w którym momencie. Obawiam się, że będziesz musiał powtórzyć. [majstruje przy urządzeniu] Teraz jest chyba dobrze. Mógłbyś, w kilku zdaniach, streścić swój dzisiejszy wywód?
MdR: [posapuje z rezygnacją, bierze głęboki wdech] Wybory do Izby Poselskiej przy obowiązujących rozwiązaniach prawnych są farsą, martwić się można jedynie o frekwencję, wyniki dają się elegancko obstawiać zaraz po ogłoszeniu listy kandydatów. Cała procedura bawi jeszcze chyba tylko naszego druha Kriega - takie zboczenie - i von Roena - nie dziwota, ten jest normalny, jemu za to płacą. Dwa najpowszechniejsze dreamlandzkie schorzenia to ocierająca się o profanację nieznajomość Monteskiusza i wodogłowie. Precle z makiem plus kompot fatalnie wpływają na perystaltykę jelit. Nimitz Reynevan arcyksiążę de Rideaux jest prawdopodobnie największym nudziarzem w tej części galaktyki. Jutro pewnikiem będzie padać, strasznie rwą mnie dzisiaj nery.

Okapi: Panowie, dłużej nie dam rady. Czas na papierosa. [okapi wychodzi, tym razem przez komin]

JdB: Koniec na dziś, Medgarze. [wyłącza magnetofon i dopija kompot]

Rozmowa przeprowadzona została po 20 sierpnia. Didaskalia pochodzą od obu dyskutantów. Precle i kompot sfinansowała redakcja „Głosu”. Współuczestniczące w dyskusji zwierzęta żyją po dziś dzień i mają się wcale dobrze.

[KONIEC]