1

Anarchia: Odcinek II

Posted by Yaraeh on Aug 3, 2008 in Uncategorized

A teraz gratka dla czytelników Kuriera.

Specjalnie dla was, druga część Anarchii (kto nie czytał pierwszej niech się z nią lepiej zapozna - ułatwi mu to zrozumienie akcji w następnych odcinkach)

Trizopolis, godzina 0:05
Marcin już od dłuższego czasu biegał po mieście, próbując uciec swoim prześladowcom. Jednak powoli tracił siły i wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Przez głowę biegły mu myśli
- U kogo w domu mogę się schronić? Peterelli? Nie, rzecz jasna. Marcel jest w Rotterze, Karolina też, Paulina… Paulina może jest w mieście! - oświeciło Komosińskiego. Natychmiast udał się w kierunku domu Pauliny, co jakiś czas rzucając spojrzenia za siebie. Na szczęście jego niedoszli oprawcy byli daleko od niego. Gwałtownie skręcił w ciemną uliczkę i zaczął dobijać się do drzwi domu Ivette. Otworzyła mu sama gospodyni. Na jej twarzy było widać mieszankę zdziwienia z przerażeniem. Marcin  już miał coś powiedzieć, gdy ta wzięła go za rękę, wciągnęła do środka, zamknęła drzwi i zaczęła biec po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowanego mężczyznę. Gdy zatrzymali się w końcu w pokoju, Paulina podeszła do kufra w rogu pomieszczenia i zaczęła coś z niego wygrzebywać, a następnie podała Marcinowi.
- Przymierz to. Powinno być dobre. - wyciągnęła ku niemu pęk ubrań. Mężczyzna włożył i przejrzał się w lustrze, obecnym w pokoju.
- Ty, ale to jest kobieca bluzka! - Marcin wyglądał na tyle zdziwionego, co oburzonego.
- Wiem. - odparła z diabelskim błyskiem w oku Paulina - Jutro to włożysz. A na razie kładź się do łóżka. - wskazała na mebel pod ścianą. - Miłej nocy. - i wyszła z pokoju. Komosiński pozostawiony sam sobie nie wiedział, co robić. Ba! Nie wiedział, co w ogóle się dzieje! Po minucie stania bez ruchu w końcu postanowił posłuchać się Ivette i iść spać.
Już zasypiał, gdy nagle usłyszał walenie do drzwi domu.
- Przyszli po mnie! - mało nie wyskoczył z łóżka, ale już słyszał zbieganie Pauliny po schodach. Zbliżył ucho do drzwi pokoju i starał się wyłapać dźwięki dochodzące z dołu.
- GDZIE ON JEST?! - ktoś wyraźnie krzyczał
- Jaki on? - spytała się Ivette, jakby była zupełnie nieświadoma, kogo szukają. - I co w ogóle robicie w moim domu w środku nocy? Człowiek się wyspać nie może!
- Ale widzieliśmy… - już z mniejszą pewnością siebie zaczął mówić mężczyzna.
- Co widzieliście? CO?! Pytam się - co? Widmo? - Paulina najwyraźniej świetnie wczuła się w rolę
- Yyy… No tentego… Pewnie pobiegł gdzie indziej. Przepraszamy panią. - powiedział lekko zmieszany mężczyzna.
- No! A na przyszłość nie życzę sobie żadnego takiego wchodzenia do mieszkania w środku nocy i budzenia porządnych ludzi!
- Dobrze. - odrzekł i cała grupa udała się na dalsze poszukiwania Marcina.
- Jeny, ta Ivette jest niesamowita. - pomyślał Komosiński i poszedł spać.

Trizopolis, godzina 5:00
- Marcin, obudź się! - coś zaczęło trząść jego ciałem. Otworzył oczy i zobaczył Paulinę nad sobą. - Wstawaj, bo jedziemy!
- Yyy… że co? Jedziemy? Gdzie? - ciągle nic do niego nie dochodziło. Dziewczyna nie czekała i od razu zepchnęła chłopaka z łóżka. - Ej! To bolało!
- Lepiej wstawaj. - powiedziała. Marcinowi już nie trzeba było tego powtarzać i w ciągu pięciu minut już stał przed lustrem, ubrany w damskie ciuchy. - Yyy… Wyglądam idiotycznie.
- Odkryłeś Amerykę. - odpowiedziała Paulina - Ale inaczej nie przetransportujemy cię do Rottery.
- Yyy… Do Rottery? - zapytał zdziwiony.
- Owszem, do Rottery. Musimy zasięgnąć porady, co dalej z tobą zrobić. Bo chyba raczej nie zostaniesz w Trizopolis, gdzie cię poszukują… - Marcin tylko coś mruknął i pozwolił Paulinie włożyć perukę na jego głowę. Gdy się przejrzał w lustrze, musiał przyznać dziewczynie rację - w takim przebraniu raczej go nie rozpoznają.
- Ach, zapomniałabym. - powiedziała Ivette. Marcin odwrócił się do niej, czekając na dokończenie. - Oficjalnie jesteś moją koleżanką i nazywasz się Michalina.

Przedmieścia Rottery, godzina 15:00
- Paulina?
- Tak?
- Gdzie my zamierzamy iść?
- Najpierw do domu Marcela. Prawdopodobnie zastaniemy tam jeszcze Karolinę, Silverdę i Przema. - gdy to usłyszał, podniósł się.
- To wy wszyscy wiedzieliście, co się stanie?!
- Wszystkiego się dowiesz u Marcela. A na razie się zamknij, bo przed bramą stoją jacyś strażnicy. - i faktycznie. Podeszli do ich samochodu, sprawdzili dowody osobiste i poszli sprawdzać inne auta. Najwyraźniej Peterelli wiedział, że Marcin będzie się próbował dostać do Rottery, co bardzo niepokoiło Paulinę. Próbowała się przekonać, że to czysty przypadek, a straże zostały rozstawione w całym Trizondalu, mimo to coś nie dawało jej spokoju. Dotknęła ręką swojego brzucha - pistolet leżał ukryty, ale dziewczyna nie miała za bardzo ochoty go używać.
- Jesteśmy przed domem pana Hansa - zameldował szofer
- Świetnie, jakbyś mógł, poczekaj tutaj na nas, dobrze?
- Dobrze.
Dzwoniąc do drzwi mieszkania obydwoje czuli co innego. Paulina - ulgę, że ma się z kim podzielić problemem. Marcin - niepewność i strach przed przyszłością.
- Tak? - drzwi otworzyła Karolina. Stanęła i popatrzyła się po nich. Gdy spojrzała na osobę koło Pauliny, już miała otworzyć usta, ale po chwili je zamknęła i gestem zaprosiła ich do środka. Zamykając za nimi drzwi, rzekła:
- Jeśli to ty, Marcin, sądzę, że już możesz zdjąć to przebranie. - Komosiński z ulgą zerwał z siebie perukę i rzucił na najbliższą szafkę. Już miał coś wrzasnąć ale zauważył, że dziewczyny mają poważne miny i postanowił zamilknąć. Wszyscy przeszli do salonu, w którym już siedziały dwie osoby.
- Marcin! A tak się bałam, że ci się coś stało! - Silverda Jańczyk rzuciła się na chłopaka i zaczęła go przytulać. Po chwili namiętnych przytulań, w końcu usiedli przy stole. Marcel chrząknął. Było widać, że nie za bardzo wie, co powiedzieć. W końcu się odezwał
- Cieszę się bardzo, że Paulina cię szczęśliwie przetransportowała… Mieliście jakieś przygody po drodze?
- Nie ale przed Rotterą były wzmocnione straże, co mnie bardzo zaniepokoiło… - gdy dziewczyna skończyła mówić, Karolina, Silverda i Marcel popatrzyli po sobie.
- Przemo powiedział wszystko Morawcowi. - powiedziała cicho pani Jańczyk.
- Jak to?! - Paulina była wyraźnie zaskoczona - On?!… - Po tym w pokoju zaległa cisza. Przerwały ją słowa Karoliny:
- Na szczęście nie wie, gdzie dokładnie miał być Marcin przetransportowany. Ale faktem jest, że wzmocnione straże przed miastem nie zwiastują niczego dobrego. - w tym momencie Marcin wybuchł:
- Co tutaj się właściwie dzieje?! Dlaczego ja jestem tutaj, zamiast spokojnie spać w pałacu albo nie wiem, jechać do Nowego Miasta?! Cały czas tylko ględzicie, a mi nic nie mówicie! - złapał oddech w płuca i już miał dalej mówić, gdy jego małżonka zastopowała go gestem.
- Dobrze, opowiem ci wszystko od początku… - napiła się herbaty z kubka i kontynuowała - Tydzień temu byłam w Almerze w sprawach zawodowych. Wstąpiłam do tamtejszej restauracji na chwilę. Pijąc kawę słyszałam, jak dwóch mężczyzn rozmawiało z sobą. Mówili o spisku, który ma na celu przejęcie władzy w Księstwie Sarmacji… Aby pełne przejęcie władzy się udało, trzeba było przeprowadzić jednej nocy atak na zarządców wszystkich Krajów Koronnych i prowincji. - napiła się ponownie i ocierając usta, kontynuowała dalej - W sumie sama rozmowa o niczym by nie świadczyła, gdyby nie to, że na zamku, zostawiając papiery dla Księcia u jego sekretarki, słyszałam rozmowę dwóch sprzątaczek. Mówiły o tym, że Mikołaj Aleksander Piotr ma wielką chrapkę na władzę i osiągnie swój cel, dobierając sobie nawet najgorszych wspólników. Z ich rozmowy wynikało, iż Książę przyjmuje jakąś nowinę bardzo spokojnie, aż za spokojnie i nie podejmuje żadnych kroków. Zostałam jeszcze na noc w Almerze, bo zrobiło się późno. Rano wyleciałam samolotem prosto do Rottery i w obawie o ciebie nakazałam Paulinie jechać do Trizopolis. Traf chciał, że to było przy Przemie, który najpierw powiedział nam, że Morawiec nie jest z nami, a potem sam przeszedł na drugą stronę… - uśmiechnęła się smutno - Dzisiaj rano jeszcze byłam w Grodzisku. Tam władzę przejęła Calisto Kami-Chojnacka. - napiła się znowu herbaty. Marcin nie wiedział, co powiedzieć.
- Czyli… cała Sarmacja…
- Tak, cała Sarmacja jest w rękach spiskowców. A ty jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Trizondalu. Dzisiaj, wysiadając z samolotu, widziałam listy gończe. Paulina bardzo dobrze cię ukryła ale ta maskarada na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba cię ukryć gdzieś za granicą… Może w Mersji? 
- Ale dlaczego trzeba mnie ukrywać? To raczej was… - próbował dokończyć, ale ta przerwała mu w pół słowa.
- Słuchaj, ciebie szukają, nie nas. My możemy, póki co, robić wszystko i swobodnie się poruszać. W przeciwieństwie do ciebie. - w tym momencie wstała i zaczęła krążyć po pokoju - Jeśli złapią ciebie…
- Dobra, dobra… - przerwał Marcin i w tym momencie do drzwi zadzwonił dzwonek. W pokoju nastała panika, ale Marcel kazał się wszystkim uspokoić, wstał, wziął Komosińskiego za rękę i schował go w szafie na ubrania w przedpokoju. Następnie podszedł do drzwi i otworzył.
- Ach, to ty, Mateuszu! Wchodź! - gestem zaprosił go do środka. Morawiec wszedł, zdjął buty i od razu poszedł do salonu, jakby spodziewał się, że tam siedzi uciekinier.
- Och, widzę, że masz gości, Marcelu! - powiedział i pocałował każdą kobietę w rękę, po czym usiadł.
- Kawy, herbaty? - spytał gospodarz.
- Ach, nie, ja nic, bo ja w sumie wpadłem tylko na chwilę… Nie wiecie przypadkiem, gdzie jest Marcin? - zadał pytanie, głęboko patrząc w oczy Karolinie. Wytrzymała spojrzenie i powiedziała:
- Chyba dzisiaj miał wizytować Trizopolis. - Mateusz, gdy tylko usłyszał tę odpowiedź, wstał i rzekł chłodno:
- No cóż, widzę, że od was niczego się nie dowiem. Lepiej by było dla was, gdybyście naprawdę nie wiedzieli, gdzie on jest. Jeśli wiecie i nie chcecie mi powiedzieć, to cóż, mam nadzieję, że szybko zmądrzejecie i mi powiecie. Obecnie tylko moja sympatia do was powoduje, że nie każę przeszukać domu ani zaaresztować was. Ale uważajcie. - w tym momencie wstał i wyszedł z salonu. W pomieszczeniu zapadła cisza. Marcel odczekał dziesięć minut i wypuścił Komosińskiego z szafy. Po streszczeniu mu przebiegu wizyty Prezydenta-Gubernatora Dalmencji powiedział:
- Jakim cudem on się dowiedział, że jestem tutaj? Przecież Przemo nie wiedział… - i popatrzył się z przerażeniem po wszystkich w pokoju.
- Marcin, cudem jest to, że jeszcze cię nie złapali. - trzeźwo zauważyła Karolina. - Nie ma rady, musisz uciekać. I to jak najszybciej.
- Ale jak…
- Spróbuję się skontaktować z Yaraehem, nie wierzę, aby on naprawdę stanął po tamtej stronie.

- Z NIM? – wybuchnął Marcin – równie dobrze mogłabyś prosić ścianę, aby mi pomogła

- Pod latarnią najciemniej – skwitowała z tajemniczym uśmiechem Ivette

Karolina podeszła do białego telefonu na przyciski i wykręciła numer. Po złośliwym odczekaniu kilku sygnałów przez Yaraeha, jak to miał w zwyczaju, odebrał i znudzonym głosem wyrecytował, tak jakby nauczył się tej frazy na pamięć

- Pałac Namiestnikowski, dawniej Pałac Euskadich, przy telefonie namiestnik Yaraeh Alejandro baronet Chojnacki-Euskadi, słucham?

- Yaraeh, otóż jest pewna sprawa… - zaczęła niepewnym głosem Karolina

- Chcecie mi podrzucić Marcinka, tak? – wszedł jej w słowo Yaraeh

- Ale skąd ty… - zdziwiła się Karolina

- Nie ważne. W zasadzie powinienem teraz odłożyć słuchawkę i powiadomić Mapcia, tudzież innego, aczkolwiek… - zawiesił głos Yaraeh – robię to tylko ze względu na dawne czasy – przyślijcie go do mnie

- Do Krezu? – zapytała Karolina

- Ależ nie, Krez już nie jest stolicą – powiedział Yaraeh z nutką mściwej satysfakcji

- Ale jak – zaczęła Karolina

- Nie ważne – rzekł zniecierpliwiony głos – Po prostu go tutaj przyślij

Santa Ana, godzina 17:30

Zielony rozklekotany samolocik, z napisem Euskal Hegazkina opadł na płytę lotniska. Postać byłego namiestnika wysiadła mrużąc oczy przed gwałtownym atakiem promieni słonecznych. Szybko zszedł, nieco wylęknionym krokiem kierując się w stronę jedynego widocznego samochodu, raczej nieco starego i też pomalowanego na zielono. Podszedłszy do samochodu zobaczył że przed nim stoi śniady człowiek z nieco zniecierpliwioną miną.

- Czy jestem w… - rzekł niepewnie i przerwał, gdy potężna ręką wepchnęła go w głąb samochodu, zatrzaskując drzwi

- Bukra insz Allah – odrzekła druga postać usadowiwszy się za kierownicą – Lepiej aby nikt cię nie rozpoznał, więc przykryj się kocem – dodał naciskając gwałtownie na pedał gazu.

***

Samochód pędził autostradą, widok za oknami zmieniał się. Zarośla makii ustępowały najpierw gajom oliwnym oraz sadom cytrusowym, aby potem oddać pole budynkom miejskim. W pewnym momencie zatrzymał się przed pomnikiem jakiegoś mężczyzny na koniu. Do szyby samochodu podszedł strażnik i poprosił o dokumenty. Nowy namiestnik machnął niecierpliwie ręką, polecając strażnikowi oddalenie się.

- Dokumenty – powtórzył strażnik z naciskiem

- Czy nie widzisz kim ja jestem?! – zapytał zniecierpliwionym głosem Yaraeh

- Wiem, jego łaskawość jest namiestnikiem – rzucił niepewne spojrzenie na samochód i zaczął z nową stanowczością – ale jego łaskawość sama poleciła kontrolować wszystkie samochody wjeżdżające i wyjeżdżające z Santa Ana

- Tak? No to udzielam właśnie sobie dyspensy – rzucił zniecierpliwiony – a teraz odsuń się, albo sam ciebie odsunę.

Strażnik zmierzył spojrzeniem postać kierowcy i otworzył bramę z widocznym niezadowoleniem na twarzy. Samochód wjechał do pałacowego garażu.

- No już, hołota wysiadać – rzekł do tyłu samochodu.

Schodami zbiegła drobna postać kobiety w jasnej spódnicy i rzekła

- Masz go? Przywiozłeś go? – i nie czekając na odpowiedź pociągnęła Marcina za rękę szepcząc – Szybciej… Pokażę ci twój pokój.

 
3

Konkurs rozstrzygnięty!

Posted by Yaraeh on Aug 3, 2008 in Uncategorized

Przypominamy, iż uzyskanie zaszczytnego miana Złego Człowieka Tygodnia jest równoznaczne z uzyskaniem Orderu Bzdury, oraz możnością pokazania swojego nazwiska wraz z listą zasług, pod zdjęciem tow. Władka.

W tym tygodniu Złym Człowiekiem Tygodnia zostaje: Mateusz bar. Karczewski (Zadenuncjował Aaron bnt von Lichtenstein-Rozman)

Oto jego zasługi:

  • uporczywe trzymanie się żłobu
  • łamanie świętej tradycji
  • ciężka praca w kancelarii

Dodatkowo, w uznaniu zasług, redakacja postanawia przyznać mu także tytuł “Last minute”

 
7

Konkurs

Posted by Yaraeh on Aug 1, 2008 in Uncategorized

Redakcja Kuriera Santa Ana ma przyjemność ogłosić konkurs na:

ZŁEGO CZŁOWIEKA TYGODNIA

Wszelkie kandydatury, zawierające imię, nazwisko, ID oraz listę złych uczynków można publikować w komentarzach do soboty wieczora.

Głosowanie odbędzie się w niedzielę.

Zapraszam do wzięcia udziału - dla zgłaszających kandydatury przewidujemy nagrody.

 
0

Ścieżki

Posted by Yaraeh on Aug 1, 2008 in Uncategorized

Istnieje taka prowincja w Księstwie, prowincja, która za wszelką cenę chce zostać Krajem Koronnym, czego mu się permanentnie odmawia. Jednakże i tak ambitne elity rządzące za wszelką cenę chcą zwiększyć znaczenie swojego kraju. Jednak trzeba im oddać, że robią to niezwykle skutecznie, biorąc pod uwagę fakt, że duża część mieszkańców tej prowincji objęła wiele eksponowanych stanowisk w Księstwie Sarmacji. Sam lokalny nacjonalizm nie jest zły, tak długo jak długo zostaje zachowany zdrowy umiar. Umiarkowany nacjonalizm przyczynia się do rozwoju, zarówno Kraju, jak i całego Księstwa.

Co jednak, gdy nacjonalizm staje się nadgorliwy? Mawiają że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Co może wówczas się stać, kiedy forma zacznie przerastać treść? A można zawsze ściągnąć nowych mieszkańców, przez przejęcie terytorium ze trzy razy większego, z jednym, jedynym miastem.

Może to także się skończyć na wykorzystaniu swojej pozycji w aparacie władzy, dla promowania swojego kraju, np. nadając tytuły arystokratyczne i szlacheckie, poza okresem konfiturowym. Nie jest to tylko rażące złamanie ogólnie przyjętej obyczajowości, ale także pokazanie - my jesteśmy lepsi, a wy gorsi. Swoisty prztyczek w nos. Jednakże z taką gracją i subtelnością, której nie powstydziłby się sam Tyson. Nie spodziewam się, aby każda prowincja była niczym soir de Paris. Ale niech to nie będzie pissoir de Varsovie.

 
6

Subtelne wibracje

Posted by Yaraeh on Jul 30, 2008 in Uncategorized

Komitet - to piękne słowo, niesie ze sobą wiele pozytywnych wibracji, niczym delikatny pradzwięk Aum, pieszczący uszy Hindusów. Korzystamy z tej cudownej glosy, tak często, że nie zdajemy sobie nawet sprawy, gdy zaczyna nas atakować w sposób bardziej nachalny niż kolejna reklama na TVN.

Mandat - to słowo jest w równie częstym użyciu, co nasze poprzednie, kochane określenie, jeżeli nie w częstszym. Nie zawsze ma przyjazne konotacje, np. ja mam już kilka do zapłacenia, chociaż od strony ogona, wielu przedstawicieli prawa (tak zwany “pan władza”) nie miałby co do gara włożyć, gdyby nie ta możliwość odebrania nadmiaru pieniędzy zwykłym obywatelom. Od strony trzeciej, to jest kota wywiniętego na lewą stronę, można zauważyć iż mandat, może być także czymś budzącym pozytywne skojarzenia, także dla osób nie związanych z lokalnym oddziałem drogówki. Mandat może być poselski, zaś jego uzyskanie nobilituje per se, a także umożliwia rządzenie w imieniu narodu. Wreszcie na metce pluszowego kota, który wykorzystuję do pisania swojego felietonu, bo żywego nie śmiałbym krzywdzić, na tej metce, gdzie zwykle pisze “made in China” można się dowiedzieć o innym interesującym zastosowaniu - mandat społeczny - jedni o nim marzą, inni się go boją.

Co jednak ma zrobić zwykły Sarmata, gdy w agregacie można znaleźć niesamowicie kreatywne, by nie rzec innowacyjne zastosowanie tych dwóch nowych słów? Gdy w Bramie można przeczytać hasła rzucane przez kandydatów, hasła oklepane i stare, na które owszem, można porwać panów spod budki z piwem, w stanie gdy nie mają siły leżeć na podłodze? Nie pozostaje nam nic innego, jak się obrazić na taki stan rzeczy - wszak urągają naszej inteligencji nie tylko utarte slogany, ale także stosunek do potencjalnego wyborcy. Cóż nam przyjdzie począć, gdy większość programów wyborczych będzie można scharakteryzować za pomocą zgrabnego cytatu z Hamleta “Co czytasz książę? Słowa, słowa, słowa”?

Dlatego ja już zdecydowanie wole mandat jako grzywnę za szybką jazdę, niźli jako prokurę do sprawowania władzy. Zaś komitety zawsze można wykorzystać do sygnalizowania ich położenia w nocy…

 
1

De Vliegende Nederlanders

Posted by Anna on Apr 16, 2008 in Uncategorized

Samolot oderwał się od płyty lotniska w Eldoracie z gracją ciężarnej słonicy. Delikatny zefirek wiał w prawą stronę samolotu, gdy na jego szybie rozmazywały się kolejne gołębie, wydając przy tym “tchnienie życia” i robiąc delikatny plask. Chuda postać siedziała w środku pustego dwupłatowca popijając kawę, smakującą jak nieprane skarpetki barona Lichtensteina oraz przegryzając ciastka, których jedyną zaletą było to, że były tak samo świeże, jak w dniu upieczenia. Czyli przed wynalezieniem telefonu. Jego chude rączki trzymały gazetę - były to Kanclerskie-Nowiny (dawniej Brama Sarmacka). Na głos mamrotał takie słowa jak “Gellonia”, “skandal”, “rząd” oraz “semprini”.

Samolotem szarpnęło, gdy pilot zaczął wykonywać skomplikowany manewr. Rozlana kawa pociekła po rozkładanym stoliku barwiąc spodnie naszego bohatera na brązowo, także z przodu. “Gellonia jego mać” mruknął pod nosem, wykręcając kawę ze swojego przyodziewku. Drzwi do kabiny pilota rozwarły się i wyszedł przez nie najobleśniejszy i najobrzydliwszy Sarmata, jakiego widział świat. Nasz główny bohater spojrzał na pilota wzrokiem pod tytułem “Już?”, na co uzyskał odpowiedź, przez kiwnięcie głową oraz spojrzenie tępych oczu.

Chuda postać, przemaszerowała przez samolot, zakładając na plecy spadochron. W momencie gdy postać człapała w pobliżu trzeciego rzędu, rozwarł się właz z przodu maszyny, powodując wdmuchanie gorącego powietrza do wnętrza. Zniesmaczona tym obrotem spraw postać skrzywiła się i wymamrotała pod nosem “Czego to się nie robi dla…” lecz dalsza część jej wypowiedzi została urwana przez kolejny plask gołębia, tym razem o szybę. Postać wyskoczyła z samolotu pociągając za linkę. Niestety, ale spadochron zadziałał.

Copyright © 2024 Kurier Santa Ana All rights reserved. Theme by Laptop Geek.