|
|||||
Balkon z widokiem na szuwary
Za sprawą Kobego Shakura pełną piersią odsapnął Dreamland poezją. Spowite uroczą mgiełką anakolutu, zakutane w egzotyczny rym i awangardową rytmikę utwory Nebuli Blue, Jadrgama Atomusa czy wreszcie najtrudniejsze w odbiorze, ale też obiecujące najwięcej wzruszeń hamletyzujące strofy samego Mistrza porażają nas prostą prawdą: jakże fajnie jest pisać wiersze, wiersz dobry dobry jest na wszystko.
Ciekawie prezentują się na tle dokonań podopiecznych surmalajskiego wieszcza przedruki linijek składanych mową wiązaną przez nikomu bliżej nie znanych debiutantów zza drugiej strony lustra. Możemy stwierdzić z satysfakcją, iż Kobe Shakur jako literacki cicerone Dreamlandczyków, tudzież dowcipny komentator cudzych dokonań wykazuje się przynajmniej przyzwoitą znajomością dorobku najmłodszego pokolenia współczesnych polskich twórców.
Choroba literacka rozprzestrzenia się niby średniowieczna czarna ospa. Co gorsza: ima się nie tylko obecnych, ale również byłych mieszkańców dreamlandzkiej krainy. Do ojczyzny przez gwarantującą brak ambiwalentnych wzruszeń klapę bezpieczeństwa zajrzał duchowy jej patron, Bzerolek de Kakuć, który, jak się okazuje, po odstawieniu halucynogennej rozrywki wirtualnej popadł w epikę spod znaku magii i miecza. JKM Pavlowi i Albonowi podobno się podobało. Więc chyba jest nieźle. Edward Krieg zapowiadając swoje odejście z polityki zarzeka się, że na emeryturze nuda mu nie grozi. Znając prozatorskie zacięcie Księcia Kriega możemy już teraz szykować miejsce na półce pod kolejne tomiszcza jego autorstwa. Jest Książę człowiekiem raczej światu życzliwym, może więc oszczędzi nam pamiętników. Z rozbrajającą szczerością apeluje Kobe Shakur do nieśmiałych autorów o publikowanie choćby nawet pod pseudonimem. Na nowościach wydawniczych spod znaku jednego tylko Kriega może się więc nie skończyć. Bibliofile z trudem panują nad ekstatyczną trzęsiączką.
Opuszczany po raz drugi przez Kriega gabinet szefa rządu nowym życiem zatętni najprawdopodobniej dzięki Kaworu Nagisie, do niedawna znanemu jako Nebula Blue. Jako że tego pana trochę już znamy, nie zaryzykujemy zbytnio stawiając garść dreamów na to, że urząd opuści już pod innym nickiem i ze zgoła odmiennym planem samorealizacij. Przeciągająca się stypa po Kriegu premierze i pośle upłynęła w elektryzującej atmosferze burzy i naporu. Dał nam Krieg poznać kubaturę swoich muskułów niepięknym raczej prztyczkiem wymierzonym w ucho nowego monarchy, po czym na osłodzenie ostatniej drogi za pośrednictwem ministra własnego rządu i chyba lekko skonfundowanego króla przyznał sobie order. Figury politycznego walczyka nigdy nie były Księciu obce, nie musi więc dziwić, choć może nie
zachwycać bodaj czy nie ostatnie jego paso doble - uzyskanie gwarancji przyjaznej polityki informacyjnej konkurencyjnej opcji politycznej na schyłkowy okres jego rządów. Tęsknota za niemałymi zdolnościami autokreacyjnymi Kriega pewnie nie będzie w przyszłości zjawiskiem powszechnym. Za jego uroczystą oględnością i porządną, klasyczną frazą możemy jednak przy rozrywkowym Kaworu Nagisie jeszcze zatęsknić.
Ciekawe, czy rozchlipanym po Arturze Piotrze wielbicielom sprawnej roboty prawniczej tętno zadudniło parę uderzeń szybciej na wieść o zawartości indeksu premiera in spe w rubryce podstawy prawa. Ponownie przewagi rutyniarza i prymusa Kriega zdają się brać górę nad wieczną świeżością konceptu Luindorczyka. Dramatycznej różnicy mimo wszystko chyba nie zauważmy. Działalność legislacyjną Kriega o tyle należy oceniać pozytywnie, o ile w ogóle Książę działania na tym polu podejmował, co na tle wcześniejszych gabinetów nie jest wcale sprawą oczywistą.
Rewolucji Krieg nie przeprowadził. Normował i projektował, nie wykraczając przy tym poza bagaż zaniechań swoich poprzedników. Dwie swego czasu najszerzej anonsowane (chociażby na łamach OKNA) przez byłego szefa Rządu Królewskiego inicjatywy dotyczące funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości pozostawiają po sobie pewien niesmak. Rozwiązanie resortu sprawiedliwości sprowadziło się do dodania do ustawy o Prokuraturze dwóch skromnych objętościowo i merytorycznie zapisów dopuszczających scedowanie zadań ministerialnych na Prokuratora Generalnego. Swego czasu rozcięcie funkcji ministerialnych i prokuratorskich było dla Stronnictwa Federalnego powodem do chluby. Trudno oprzeć się wrażeniu, że przedstawiciel Temidy w rządzie za Kriega nie zasiadał tylko ze względu na personalne potyczki premiera z byłym Ministrem Sprawiedliwości, Jacquesem de Brolle. Przyszły premier, w cywilu student prawa-obibok, oraz odejście z Królestwa Artura Piotra stawiają pod znakiem zapytania rozwój dreamlandzkiego systemu prawnego. Czyniąc w oczach opinii publicznej resort sprawiedliwości rozsadnikiem wszelkiego zła Krieg własnoręcznie podłożył minę pod dalsze normalne funkcjonowanie Królestwa. Zagubiony Nagisa sam nie wie co o sprawie ma myśleć, na dział administracji rządowej sprawiedliwość nie ma pomysłu. Leges barbarorum ciągną brzydką kolumną na dreamlandzkie sioło.
Nie najbardziej dotkliwym, choć najmniej eleganckim potknięciem Kriega jest żywcem przepisana (żeby nie powiedzieć
dosadniej) z obowiązującego nad Wisłą kodeksu karnego z 1997 r. regulacja dotycząca współsprawstwa i pomocnictwa. Nie wysilił się Edward Krieg wklejając do ustawy dreamlandzkiej poddany retuszowi w zakresie trzech wyrazów odpowiedni fragment ustawy polskiej. Tego typu zabiegi nie były dotychczas preferowane przez wirtualnego ustawodawcę, który spisywał przepis niekiedy kwadratowo, ale na własną rękę, rzecz jasna nie tworząc przy tym nowych konstrukcji teoretycznych. Nie będzie Krieg w oczach potomnych dreamlandzkim Sextusem Catusem, oj nie będzie.
Krieg widział się profesjonalistą, wykonawcą woli bożej, partyjnej i królewskiej. Kaworu Nagisie marzą się rządy bliskie obywatelowi, polityka jawi mu się kosmiczną kowbojką wyposażoną przez naturę we wszystkie cztery kończyny (z tym chociażby za Albona bywało różnie) i głowę pełną pomysłów (tutaj dotychczas to już całkiem step w czas posuchy). Zgrzebny wór pokutny malowany w paragrafy trafić ma do kąta. Zamysł odważny, dość zgrabnie prezentowany, chyba nawet niespecjalnie utopijny. Pavel I sprawia wrażenie monarchy mocno wyciszonego, najprawdopodobniej jego zaangażowanie w bieżącą politykę wewnętrzną będzie jeszcze skromniejsze od aktywności poprzedniego, raczej zdystansowanego względem działań federalnej egzekutywy piastuna korony. Przed Nagisą otwierają się możliwości niedostępne dotychczas kolejnym szefom rządu. Jego dotychczasowa kariera - webmastera, animatora kultury, namiestnika - pokazuje, że w przeciwieństwie do wielu mężów stanu, którzy danych im sposobności działania nie potrafili wykorzystać, umie wytrwać w pierwotnym zapale, przekuć go na konkretne rezultaty i na dokładkę szeroko i z rzadko spotykaną prostolinijnością własne inicjatywy komentując, nadać im nie zawsze zasłużenie status czynów bezprecedensowych, przełomowych, megafantastycznych.
Wróżę tym rządom kilka kuriozalnych zapewne kryzysów już to personalnych, już to spektakularnych i pewnie nie zawsze miłych dla ucha pyskówek. Będzie prawie tak ciekawie jak za Albona. Rokowania są w każdym razie niezłe, nudzić się nie będziemy. O ile pacjentowi nie puszczą nerwy, ma szanse wytrzymać do końca sejmowej kadencji i nominować się w kolejnej edycji Kalmarków w kategorii polityka. Może nawet odebrać z własnych rąk nagrodę, czego mu z umiarkowanym entuzjazmem, ale za to szczerze życzymy.
(Medgar de Rama)