Nr 38
Arona, luty 2006
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7


Gdy nie wiadomo, co właściwie dygnęło

Ilekroć Kobe Amaru Shakur, poeta melancholijny, wczytuje się w kolejny wiersz Jana Brzechwy, milkną ptaki za oknem, jeśli są jeszcze jakieś ptaki za oknem, zastyga w bezruchu szarobury kotek, depresyjnie rozciągnięty na parapecie, zakwita niebiesko mały kwiat paproci i ustaje ścięte lodem bicie serca galaktyki. Z cierpliwego namysłu nad kondycją człowieka rodzi się w redaktorze Shakurze idea obdarowania współbratymców klejnotem frazy lirycznej; "niech inni mają, jak ja mam", rozumuje poeta, niech im łuski z oczu spadną i niechby ujrzeli wreszcie istotę rzeczy, zobaczyli wirujące jądro nicości, usłyszeli miarowy stukot silnika w pracowni Pana. Otrzymaliśmy "Euterpe".

Magazyn literacki wicehrabiego Shakura wyłonił się z ciemności, jakie zapadły na dreamlandzkiej pustyni po niespodziewanym kolapsie "OKNA". Jak doskonale pamiętamy, w ciągu swego dwuletniego żywota redakcja surmalajskiego pisma skutecznie przymusiła do szlachetnej współpracy bodaj wszystkich piśmiennych obywateli Królestwa, raz po raz wysyłając przyjazne sygnały także w kierunku tych, którzy, choć chcieli, to nie bardzo mogli, jak również sporadycznie w kierunku tych, którzy i nie chcieli, i nie mogli. W dwóch ostatnich przypadkach efekty tego asymetrycznego sojuszu stanowią najbarwniejsze karty naszej publicystyki. Upadek magazynu, poprzedzony rejteradą jego redaktora naczelnego, zmobilizował osieroconych czytelników, którzy gremialnie chwycili za pióra i jęli kanalizować swoje kanciaste przemyślenia. Większa część obywateli uczyniła użytek z głównej listy dyskusyjnej, zasypując na w styczniu tysiącem elektronicznych wiadomości. Gorzej, że były to przeważnie komunikaty dwusylabowe i w swej gotyckiej prostocie boleśnie surowe. Coś jak rzeźba z kartofla. Powtórnie zwodowany flagowy okręt dreamlandzkich neolingwistów - "Listy" - w dalszym ciągu służy jego redaktorowi naczelnemu za narzędzie ryzykownej autoanalizy. Stenogramy z tych seansów odczytujemy średnio raz w miesiącu ze słownikiem polsko - polskim. Pozostała część dreamlandzkich wrażliwców postanowiła wyrazić się poprzez happening pod szyldem "Euterpe".

Gdy Muza wyje

"Euterpe", magazyn z ambicjami, daje nam wgląd w najbardziej intymną sferę życia umysłowego garstki dreamlandzkich redaktorów, odważnie odsłaniających przed nami kulisy swego emocjonalnego i psychicznego stawania się. "Euterpe" - kontynuatorka linii rozwojowej "OKNA", od tego ostatniego nawet śmielsza, albowiem drukująca rzeczy, które w periodyku Edwarda Kriega stanowiły treść skromnego objętościowo działu nieszkodliwych kuriozów. W numerze pierwszym poeta Shakur podaje pomocną dłoń poecie Różewiczowi, pozwalając temu ostatniemu zadebiutować w wirtualnej przestrzeni. W numerze piątym oklaskiwaliśmy błyskotliwą frazę niejakiego Norwida. Z treści pomieszczonego w piśmie wiersza wnosimy, że pan Cyprian był bardzo fajnym facetem, choć może z lekka wykoślawionym.

Doceniamy fakt, że rozpoetyzowana "Euterpe" publikuje również teksty mające z Dreamlandem jakiś sensowny związek. Na pierwszy plan śmiało wysuwa się liryczny tandem dżentelmenów Blue i Atomusa. Nebula Blue, jedna z barwniejszych postaci naszego życia publicznego, podzielił się z czytelnikiem swoimi krótkimi, jak pocisk zwartymi formami, subtelnie sygnalizując odbiorcy minione wieczory obcości, doświadczenia trudne, choć wolne od wielkich wstrząsów i katastrof życiowych. Żadnego wojaczkowania, outsiderstwa, emocjonalnego rozwolnienia. Inaczej pan Atomus, który, jak na wrażliwego mózgowca przystało, alienuje się uparcie i troszkę postękuje w numerze piątym, utyskując na wszechobecność macek destrukcyjnej Polityki. To, co przeszkadza jednemu, niezdrowo ekscytuje drugiego: jak nam

doniesiono, poeta, społecznik i arbiter elegantiarum puszcz dreamlandzkich, Nebula Blue, zapragnął stanąć na czele rządu federalnego. Troszkę to irytujące.

Kto nie pedałuje, ten trąba

Z całą pewnością nie jest poetą niestrudzony redaktor Piotr Mirocha. Nie oznacza to jednak, że nie jest pan Piotr człowiekiem wrażliwym, nieczułym na ciche zawodzenie Muz. Jest, jak zdążyłem się zorientować, dokładnie na odwrót. Na potrzeby niniejszego tekstu zdecydowałem się na wydruk wszystkich pomieszczonych w "Listach" wypowiedzi redaktora Mirochy. Dużo w nich ciepła, majowego optymizmu, beztroskich uśmiechów zapożyczonych z różowych billboardów. Żadnych niebieskich kalmarków na kuleczkach ryżu, żadnych łez nad moralną ruiną naszej cywilizacji. W jednym miejscu szanowny redaktor zrelacjonował własną wyprawę rowerową dookoła bloku, a że był to blok stosunkowo nieduży, taki mały blok w zasadzie, to przejechał się redaktor na rowerze pewnie ze dwa, a może i więcej razy. Ja bym tak zrobił, zwłaszcza, że dzień był niebrzydki, a w niebrzydkie dni jakoś tak lżej człowiekowi pedałować. Zdarza się oczywiście, że to i owo wytrąci z równowagi pogodnego zazwyczaj dziennikarza, co objawia się tekstami dłuższymi i jakby bardziej dorzecznymi, ale każdy smutek ma swój koniec, każda depresja swój przeciwległy biegun.

"Listy" wydawane są od kilkudziesięciu miesięcy. Swego czasu oklaskiwaliśmy publikowane tam próbki prozatorskiego talentu redaktora naczelnego: pan Piotr zakasał rękawy i napisał kilka odcinków przygód jakiegoś detektywa. Rzecz nie była bardzo zła - denat na starcie, co zawsze dobrze wróży, jakieś krwawe tatuaże, zalążek politycznego wątku, trochę błyskawicznych, elektryzujących dialogów. Nie można było jednak powiedzieć, że coś się sensownego działo, a przecież cały cymes w tym, by się działo. Niestety, nie działo się i obiecujący cykl trzeba było jakoś zutylizować, tym bardziej, że nie wystąpiło tak bardzo w podobnych sytuacjach pożądane sprzężenie zwrotne: nie było wiadomo, czy ktoś te niesamowite opowieści czytał. W zamian mamy dodatkową porcję komentarzy na tematy bieżące, w czym celuje ostatnio wicehrabia Vertonen, a że dotąd robił to sprawnie, tym razem damy mu spokój.

(Jacques de Brolle)

 r             e               k               l               a               m              a

Galeria Królewska: Filia w Motley