|
|||||
cd. ze str. 4
Albon z kolei zwierzęciem politycznym nie jest, wiadomo o tym nie od wczoraj. Dla postaci Albona należałoby wykroić osobne kategorie: najbardziej długowieczny poseł, najbardziej frapujący komentarz i nieparlamentarny język. Tak się niestety, ze szkodą i dla Albona, i dla Kalmarków, nie stało. Rzecz jest do nadrobienia przy kolejnej edycji.
Nie trudno o zapalenie spojówek na widok zwycięstwa "Bajek kakuckich" w kategorii twórczość. "Bajki" to rzecz doskonała w swojej, bajkowej kategorii wagowej i tam też dziełko Svobody jest bez konkurencji. Zestawione z monumentalnym "Solaarinen" Kriega "Bajki" blakną: nie ten kaliber, nie ta pasja, nie ten wreszcie nakład pracy i liczba znaków. Cóż z tego, że Krieg na Nobla musi jeszcze poczekać. Przegrana "Solaarinen" wyraźnie pokazuje, iż czytelnikowi dreamlandzkiemu daleko wciąż do pewnego wyrobienia - zwyciężył utwór jednoznacznie rozrywkowy, łatwo przyswajalny, który sprawnie zagospodarował pewną niszę na rynku. Jest rzeczą znaną, że lubimy sobie od czasu do czasu niezobowiązująco porechotać. Idealista Krieg próbował tymczasem apelować - do zmysłu naszego moralnego? Wrażliwości językowej? Edwardzie, chyba się nie udało. Naród dreamlandzki czeka na kolejną, co najmniej równie ambitną próbę.
JKW Artur Piotr zdecydowanie odsadził resztę stawki, masakrując rywali w kategoriach nauka, człowiek roku i administracja (tutaj wynik był mniej jednoznaczny). Nie dziwi zwycięstwo długodystansowego kłusaka Kriega w kategorii polityka, równorzędne z Arturem Piotrem miejsce solidnego Ari-Quekki Vertonena w kategorii administracja, prymat rozczochranego Nebuli Blue na polu kultury, laureaci w kategoriach informatycznych (design - strony Korony, skrypcik - Ghardin). Uhonorowany w kategorii sport Łukasz Trecio powinien poczuć się zobowiązany do zorganizowania co najmniej rewii na lodzie z czarnoskórymi tancerkami, ogniami bengalskimi i przygrywającą w tle na kotłach, puzonach i trąbach orkiestrą symfoniczną. Wskaźnikami nie deklarowanego, ale faktycznego zainteresowania Dreamlandczyków sportem nie dysponujemy. Mogłoby się okazać, że rewię obejrzałby sam organizator przy pustych trybunach. Sport, podobnie jak informatyka, zdominowany jest przez niezbyt liczne grono działaczy. Nagrody w tych dziedzinach to ładny gest, ale z racji nikłej dawki suspensu fragment transmisji telewizyjnej z tej części uroczystości rozdania młodych ośmiornic z pewnością przez większość widzów zostałby wykorzystany na zaparzenie herbaty i podlanie kaktusa.
Zwycięstwo próby secesji (Kalmarek zajścia) jest w istocie zwycięstwem secesjonistów post factum. Marne ma wyczucie porywów wiatru historii Dreamlandczyk posapujący w dalszym ciągu we frasunku wielkim nad niewiele z dzisiejszej perspektywy znaczącym odpadnięciem od Królestwa zaścianka Morfeusza et consortes, lekceważący jednocześnie fakt abdykacji i odejścia Artura Piotra.
Zbierając wszystkie puzzle w jeden kopczyk: Kalmarki jest to inicjatywa, która jest inicjatywą bardzo słuszną. Rażą pewne niekonsekwencje i brak logiki w zestawieniach nominowanych w poszczególnych dziedzinach (Kalmarek pomysłu: Narodziny Luindoru obok Nebuli Blue Namiestnika, Kalmarek zajścia: abdykacja JKW Artura Piotra obok intronizacji JKM Pavla) i podwójne nominacje (Metamaskarada, Narodziny Luindoru). Jednak absolutnym i nijak nie dającym się pojąć skandalem jest brak Kalmarka dla samych Kalmarków. O do licha, a mogło być pięknie tak i symetrycznie jak rzadko kiedy!
(Medgar de Rama)
Kraina (z) marzeń
"Śniło mi się, że się obudziłem - czyżby koszmar?"
Motywów przybycia do Dreamlandu jest zapewne równie wiele jak obywateli. Każdy z nas próbuje znaleźć tu coś czego nie ma w realu i sporo jest takich, którym to się udaje.
Jednak przyczyna atrakcyjności każdego v-państwa nie tkwi w nim samym, a w nas, w naszej psychice, charakterze, elastyczności i wyobraźni. Wirtualne życie jest nieporównywalnie bardziej ubogie niż to realowe, a jednak może być równie (a może nawet bardziej) atrakcyjne. Wynika to z prostego faktu, że dla uzyskania całościowego obrazu naszego niekompletnego państwa musimy sobie bardzo wiele dopowiedzieć - mimo wszystko niewiele bowiem wiemy o naszych sąsiadach, współpracownikach, miejscach w których "mieszkamy" itd. Dreamland jest utkany z mgły, z której od czasu do czasu wyłaniają się wyraźniejsze kształty, aby szybko na powrót pogrążyć się w nieokreśloności. Z naszego dopowiadania rodzą się szczegóły idealne - wymarzone wszak przez nas samych. Śnimy więc sen na jawie, który tylko od czasu do czasu jest zakłócany przez działania innych - którzy niby śnią to samo, a jednak na swój własny sposób. Efektem ścierania się różnych wersji tego samego snu są czasami burzliwe dyskusje na temat tego jak właściwie powinniśmy się zachowywać na liście dyskusyjnej i w Królestwie w ogóle. Przy tej okazji objawiają się nam osobniki niezdolne pojąć, że postawą w rodzaju "mnie się należy" lub "ja mam prawo" psują zabawę innym.
W krainie marzeń pojawia się zgrzyt. Jakże bowiem mogę śnić swój wymarzony sen skoro wtrącają mi się do
niego inni ze swoimi koślawymi i nijak nie przystającymi do moich propozycjami? Czar pryska.
Dreamland nie jest "krainą z marzeń". Nie jest i nigdy nie będzie wymarzonym miejscem dla dziesiątek osób. Jest za to "krainą marzeń", bo podstawową jego cechą jest swoboda realizacji marzeń - nie wszystkich oczywiście, ponieważ rezygnować trzeba z tych planów, które kolidują z planami innych. Łatwość samorealizacji sprawia jednak, że możemy dokonywać tu stanowczo więcej niż po drugiej stronie ekranu monitora.
Zdaje się, że często swoboda działania przesłania nam proste prawdy - takie jak choćby fakt, ze dla wszystkich nas Dreamland jest być może drugim domem, jednak akcent wypada postawić na "DRUGIM". Okresy naszej wzmożonej aktywności z rzadka jedynie pokrywają się z takimi samymi możliwościami innych obywateli - trudno wtedy nie zniechęcić się widząc niemrawe wsparcie i zainteresowanie naszymi często bardzo interesującymi projektami.
Próby zmienienia takiego stanu rzeczy pozostają nonsensowne - nie można uczynić z v-państwa naszego prywatnego snu, którego współuczestnicy będą nam przyklaskiwać, pomagać, ale również piętrzyć trudności i stawiać wymagania tak, by owoc zwycięstwa smakował najlepiej. Paradoksalnie możliwość interakcji z innymi obywatelami jest równocześnie największą wadą jak i zaletą v-państwa. Chyba każdy ceni sobie fakt, że może obcować z żywymi, nieprzewidywalnymi ludźmi zamiast sztucznej inteligencji - pamiętajmy o tym zanim zaczniemy narzekać na nieodpowiednie naszym zdaniem zachowanie innych.
Kluczem do sukcesu jest znalezienie złotego środka - takiego sposobu samorealizacji, który nie zmusza nas do przesadnego podporządkowywania się oczekiwaniom innych, ani też zbyt częstego wchodzenia im w drogę. Osoby, które czerpią największą przyjemność z pozostawania obywatelem Dreamlandu to jak sadzę właśnie Ci, którzy w swoim postępowaniu potrafili ów złoty środek znaleźć - budować coś własnego, ale jednocześnie doceniać różnorodność pomysłów i postaw prezentowanych przez innych, nawet jeśli nijak mają się do naszych wizji.
Na koniec pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na bardzo ciekawą zależność. Ponieważ każdy chciałby śnić swój własny sen naturalnym jest, ze osoby o zbliżonej wizji naszej zabawy będą czuły się lepiej we własnym gronie. Tworzy się więc pewna różnorodność dzięki czemu mamy autentyczne różnice kulturowe pomiędzy poszczególnymi v-nacjami. Zjawisko takie - efekt uboczny rozwoju mikronacji - wywołane jest zupełnie naturalnymi przyczynami, bez jakiejkolwiek ingerencji ludzkiej, bez jakiegokolwiek z góry założonego planu.
cd. na str. 6