|
|||||
Gdy nie jest fajnie
Że interpretacja poezji może być zajęciem ryzykownym, implikującym przeróżne skandale intelektualne, dowodzi lektura kolejnych analiz autorstwa redaktora Shakura. Hermeneutyka krytyczno-literacka sama w sobie jest często przedsięwzięciem karkołomnym, ale niebanalne odczytanie wiersza, w swym potencjale zawsze niedocenionego, to już coś znamionującego szczególne kwalifikacje. Rzadkość, gorejący krzak wśród zoilów. Tedy cieszy nas ogromnie, że "Euterpe", bohaterka tego wydania "GW", nie stroni od tekstów prozatorskich.
Rozparcelowane na przestrzeni trzech numerów "Kartki z kalendarza" to rzecz utrzymana w konwencji powieści kryminalnej. Autorka, Fabiola de Willibald, to świeżo upieczona posłanka, w wolnych chwilach członkini obozu monarchistów, teraz już ideowo raczej niż formalnie, potencjalny minister w rządzie federalnym, murowana kandydatka do kolejnych tytułów arystokratycznych. Postać cokolwiek enigmatyczna; wyrokując na podstawie nielicznych wypowiedzi - skromna, nieco zahukana, niespecjalnie agresywna, nie można wykluczyć, że poczciwa. Decydując się na daleko idącą współpracę z redakcją "Euterpe" pani de Willibald przygotowała tekst, którego potencjalną grupą docelową są, jak mniemam, zwolennicy twórczości Agaty Christie, Raymonda Chandlera czy Dorothy L. Sayers. Nigdy nie zaliczałem się do fanów tego rodzaju literatury i - przyznam szczerze - znam ją słabo. Dość chętnie podpisuję się jednak pod sądem Edmunda Wilsona, znakomitego krytyka amerykańskiego, który w swej prywatnej hierarchii lokował lekturę kryminałów w połowie drogi między paleniem papierosów a rozwiązywaniem krzyżówek.
Nienowy jest pogląd, iż kryminały reprezentują obecnie jedyną dziedzinę beletrystyki, w której narracja przetrwała w stanie czystym. Uboga psychologia, brak niezdrowego zainteresowania kontekstem społecznym, drewniane postaci, naciągana, lekką ręką kreślona fabuła - to wszystko daje autorowi powieści kryminalnej poważne fory i z miejsca zapewnia mu czytelnika - najlepiej miejskiego przygłupa, któremu brakuje podniet większych niż nawalający kaloryfer.
W świetle powyższych - bardzo jeszcze ogólnych - uwag jednego zaledwie grzechu nie można wybaczyć pisarzowi: braku daru narracji. Tym skromnym wymaganiom podołała, jak chcą tego dreamlandzcy czytelnicy, debiutantka Fabiola de Willibald. Pod wrażeniem pułapu, z jakiego wystartowała autorka "Kartek z kalendarza", pozostaje Kaworu Nagisa (Nebula Blue), ogłaszając publicznie, iż mamy do czynienia z "poziomem, który można sensownie oceniać".
Celowo zwlekałem z prezentacją własnej opinii na temat walorów artystycznych tekstu Fabioli de Willibald. Wedle mojego rozeznania jest to najsłabsza rzecz, jaką czytałem w Dreamlandzie, być może najsłabsza, jaką czytałem od czasu, gdy czytać już mogłem i chciałem. Konstrukcyjnie mamy do czynienia z dialogiem, bezładnym potokiem banalnych komunikatów, rozparcelowanym między ułomnych bohaterów utworu, ułomnych pod każdym względem. W istocie są to gadające słupy soli, gorzej nawet, skołowane koczkodany, od których autor żąda rozumnych wypowiedzi, ponaglając swe nieszczęśliwe ofiary uderzeniami knutem i grożąc zarekwirowaniem patyka do wydłubywania robaków z ziemi.
Fabuła? Katrina, studentka ostatniego roku aktorstwa, zostaje wezwana na komisariat policji, gdzie dowiaduje się o śmierci ojca, zamordowanego we własnym mieszkaniu przy użyciu scyzoryka. Policjant informuje, że "obrażenia omijają najważniejsze tętnice", co daje nam pewne wyobrażenie o mentalności mordercy. W kostnicy bohaterka dokonuje identyfikacji ofiary, niczym stary bizon wymiotuje na posadzkę, po czym wraca do mieszkania ojca, gdzie już rozlega się "rubaszny śmiech": to morderca wrócił na miejsce zbrodni, by wykończyć córkę ofiary. Śmieje się głupkowato, bo mu coś w duszy gra. Katrina zabija mordercę, zabija również jego pomocniczkę, posługując się rzeczonym scyzorykiem i "nożem do mięsa". Okrutny, okrutny jest świat pani Willibald. Włamywacz "zakaszlał krwią" i chyba miał się z pyszna. Też byłoby mi głupio otrzymać cios w okrężnicę, w porze poobiedniej i gdy całe życie przede mną. Grunt, że tętnica cała. Tutaj urywa się akcja, wydawca odsyła nas do kolejnego numeru.
Koncentrowanie się na jakimkolwiek elemencie fabuły nie ma sensu. To jeden wielki kocioł, w którym żaden ze szczegółów nie ma znaczenia. Z jednakowym powodzeniem można próbować śledzić los guzika w wirującej pralce. Szkoda oczu, nawet, gdyby obserwować jednym okiem.
Redaktor Shakur wyraził pogląd, iż autorka "Kartek z kalendarza" "z pewnością zapisze się wielkimi literami w historii Królestwa". Skąd ta pewność i skąd "wielkie litery", tego nie wiemy. Pani de Willibald przezwyciężyła analfabetyzm, tyle powiedzieć możemy. Mało. Za mało.
(Jacques de Brolle)
Owoce morze, oceaniczne odpady, zblazowane wieloryby
Inicjatorzy Kalmarków wyszli ze słusznego założenia, że skoro inni chwalić cię nie chcę najroztropniej będzie pochwalić się samemu. Oddając sprawiedliwość rozlicznym dokonaniom Nebuli Blue dostrzec trzeba pewną nadreprezentację jego inicjatyw na liście nominowanych.
Faktem najbardziej bulwersującym jest podwójna obecność w szacownym gronie Metamaskarady, pisma dość frapującego, miłego dla oka, choć konceptualnie przekombinowanego, językowo niechlujnego. Na kuriozum zakrawa brak nominacji dla zasłużonego i cały czas obecnego na rynku Głosu Weblandu w kategorii prasa, zwłaszcza przy wyróżnionych w ten sposób bobasie NordAlmie, hermetycznym, niskonakładowym Scriptores Dreamlandis i bliskich Trybunie, słabszych od niej ciężarem gatunkowym tekstów, ludycznych Supereksfaktach. Dziwią nominacje w kategorii polityka dla Pawła Milewskiego, Mateusza Muchlado (który powinien trafić do kategorii administracja) i Łukasz Trecia.
cd. na str. 5