|
|||||
P r o s t o z b u s z u
konwersują: Jacques de Brolle, Marcus Estreicher, Medgar de Rama
Prezentowaną rozmowę porównać można raczej do ściągania kaleson przez głowę, niż do przeciągania liny. W rezultacie mamy do czynienia z produktem zdecydowanie niszowym; przez całość przebrną nieliczni, ze wszystkimi postawionymi tezami nie zgodzi się nikt. Uprawianie każdej publicystyki wymaga odrobiny bezczelności, uprawianie publicystyki w Dreamlandzie byłoby bez odpowiedniej jej dawki zgoła niemożliwe. Nie tyle jest to prolog, ile ulotka dołączona do środka o niepewnym działaniu i licznych efektach ubocznych. [MdR]
Medgar de Rama: Na początek spróbujmy nakreślić portret pamięciowy bohaterów dzisiejszej rozmowy: Dreamlandczyków i samego Królestwa. Z "Dziennika Polskiego" dowiedzieliśmy się, że jeden z ministrów Rządu Królewskiego odczuwa jakimś dodatkowym zmysłem dreamlandzką świadomość narodową. Oszczędźmy sobie prób psychoanalizy i spróbujmy nie tyle zdefiniować istotę owej świadomości, ile skatalogować cechy istotne jej nosiciela. JKM Paweł powiada, iż "częściej zdarzają się u nas, niż w niektórych państwach ludzie lubiący konstruować ładne zdania i zwracać się do siebie per Pan". Tymczasem na początku kwietnia zeszłego roku niejaki von Nowak, zanim kopnął w kalendarz, rzucił nam w twarz swój testament duchowy, podsumowując Dreamlandczyków: "Ludzie są opryskliwi i niedostępni". Z jednej strony wymuskany inteligent, z drugiej niedomyty cham prosto z buszu. Czym Dreamlandczyk odróżnia się od Sarmaty, Scholandczyka, Polaka? Być może owe dwa odmienne oblicza wcale się wzajemnie nie wykluczają?
Marcus Estreicher: Nie wydaje mi się, by można było mówić o istnieniu jakiegoś jednego modelu Dreamlandczyka. Gdyby tak było, musielibyśmy sprowadzić do wspólnego mianownika na przykład Kriega i Karczewskiego.
Jacques de Brolle: Kriega i kogo?
ME: Bardziej sensowna byłaby raczej próba określenia charakteru naszego społeczeństwa jako całości, środowiska wygenerowanego w skutek starcia różnych postaw i wartości, wypowiedzi i zachowań. Pamiętać przy tym należałoby, że taki socjotwór jest czymś w dużym stopniu niezależnym i odmiennym od jego części składowych, a w jego ramach funkcjonować mogą - i funkcjonują! - jednostki będące nosicielami cech skrajnie odmiennych. Jeśli więc chodzi o Dreamlandczyków, to JKM, jak i Szlachetny Pan von Nowak mają rację w jednakowym stopniu. Są wśród nas ludzie kulturalni, rozmiłowani w formie, są też jednostki o wyraźnie rustykalnej prowieniencji. Jest wreszcie szerokie spektrum postaw pośrednich. Ta właśnie różnorodność generuje w Dreamlandzie ożywcze spięcia i dostarcza nam wiele radości. Jeśli zaś chodzi ów projektowany przeze mnie przed momentem socjotwór, to rzeczywiście daje się zauważyć wyraźna preferencja dla jednostek umysłowo stabilnych, komunikujących się w sposób formalnie poprawny. Największym grzechem wobec tego środowiska wydaje się być zachowanie bezmyślne i głupie, przy czym ten niedowład umysłowy wyrażać się może tak w sferze merytorycznej wypowiedzi i działań, jak i w ich warstwie formalnej. Porównań nie podejmuję się, gdyż zbyt mało znam społeczeństwa ościennych księstw, królestw i republik, bym mógł posłużyć się w porównaniu czymś więcej niż funkcjonującym u nas stereotypem.

JdB: Kolega stara się narzucić nam konwencję seminarium socjologicznego, choć w gruncie rzeczy rozmawiamy o słoiku karaluchów. Coś tam się w środku kotłuje, są pewne tendencje i przyzwyczajenia, przeklinamy rzadziej od Sarmatów, jesteśmy bardziej zaradni od muflonów, młodsi są głupsi, a starsi mądrzejsi, tyle z grubsza wiemy. Nie pytałbym więc o model Dreamlandczyka, bo takiego po prostu nie ma i pełną rację ma mój przedmówca. Aż miło tego wszystkiego słuchać, takie to wszystko wyheblowane. "Socjotwór", o którym wspomina Marcus, odnosi się jednak nie tyle do typu idealnego - czy choćby uśrednionego - Dreamlandczyka, co odsyła nas po prostu do katalogu wybranych i bynajmniej nie dominujących cech właściwych mieszkańcom pięciu prowincji. A tam, jak lapidarnie skwitował to Medgar, i gładkolicy pan, i chropowaty cham. Zabawna prawidłowość: chamy padają szybciej, jakby pod ciężarem własnego prostactwa. Do rzeczy jednak. Podejrzewam, że prawdziwy Dreamlandczyk, a takich liczymy w dziesiątkach raczej niż
w setkach, to fanatyk, wytrwały bojownik przegranej sprawy, demagog na bezludnej wyspie, król bez ziemi i kardynał-apostata, uczestnik świętej krucjaty, który posmakowawszy rozbojów, odszedł w stronę zielonego namiotu Saladyna, zwyrodnialec, nad którego głową dostrzeżemy cienką aureolę, zbyt cienką jednak, by choć drgnęła klamka Królestwa Niebieskiego. Z tym przychodzimy do Dreamlandu. Cała reszta staje w progu.

MdR: Zastanawiam się, jaki mechanizm napędza Królestwo, co stanowi o atrakcyjności naszej wirtualnej przestrzeni dla jej mieszkańców. Nie mamy systemu gospodarczego, informatyków potrafiących skonstruować coś więcej nad prostą stronę można policzyć na palcach jednej ręki. Prawo, jego stanowienie i stosowanie pociąga nielicznych. Spór polityczny jest miałki, od odejścia Jasińskiego nie istnieje sfera ideologii, co najwyżej pragmatyki, choć i tu jest byle jak (nieprzemyślane gesty, niski poziom nielicznych inicjatyw ustawodawczych, generalnie straszna bryndza). Krótko mówiąc: gdzie jest to pole, na którym można się wyżywać? W co się bawić, skoro danych z góry reguł nie ma wiele, albo są one cokolwiek zużyte? Czy chodzi tylko o werbalne mordobicie na liście? Specyficzne kumpelstwo: czaty, gadu-gadu, kartoniaki? Jaka idea napędza Dreamland? A może: każdy sobie rzepkę skrobie i mamy ze sobą coś wspólnego jedynie dzięki konstytucyjnemu katalogowi praw obywatelskich?
ME: Jak zauważyłeś Medgarze, wiele płaszczyzn funkcjonowania Królestwa zakreślonych jest bardzo ogólnie, ich obraz jest niezbyt wyraźny i nader ubogi w szczegóły. Niektóre sfery naszej wirtualnej aktywności, czy też: "pola", jak je nazywasz, są zaledwie wskazaną, lecz niemal zupełnie pustą przestrzenią -

tak jest choćby z systemem gospodarczym. Inne pola, jak choćby płaszczyzna polityki, czy legislacji są wprawdzie w większym stopniu zabudowane, jednak kształt tej zabudowy jest dla oka niezbyt miły. Przedstawiając te aspekty naszego v-życia krzywisz się, z obrzydzeniem odwracasz od nich wzrok i pytasz: no dobrze, ale gdzie jest coś atrakcyjnego, gdzie jest to pole, na którym można się wyżywać? Medgarze - to właśnie są te pola!
Moim zdaniem mechanizmem napędzającym Królestwo, o który zapytujesz, jest właśnie istnienie tych pustych lub w sposób niedoskonały wypełnionych przestrzeni w połączeniu z możliwością ich uzupełniania i oddziaływania na nie. To właśnie stanowi o atrakcyjności naszej wirtualnej przestrzeni! To nie jest tak, że człowieka tu na kogoś coś gotowego - a przynajmniej nie jest to istotą i największą atrakcją naszej zabawy.
Dreamland nie jest miejscem, do którego się logujesz i bezmyślnie odbierasz jakieś jego produkty, choć niektórzy pewnie tak to sobie wyobrażają.
Dreamland jest takim mechanizmem, z którego możesz coś wyciągnąć tylko wtedy, jeśli coś do niego włożysz. Każdy, Medgarze, znajduje sobie w Dreamlandzie miejsce i pole, na którym się wyżywa, stosownie do swoich zainteresowań i upodobań. A jeśli znaleźć nie może - tworzy je, jak zrobił choćby Martin van Spider zakładając Radio Echa Dreamlandu. Jeśli ktoś nie potrafi znaleźć tu sobie miejsca, ani go stworzyć, ten powinien zwyczajnie poszukać rozrywki w innym miejscu. To banał, ale Dreamland jest dla Ciebie na tyle ciekawy, na ile ty sam jesteś interesujący. Jeśli jesteś człowiekiem kreatywnym, obdarzonym wyobraźnią, posiadasz jakąś pasję lub chociaż hobby, Dreamland daje Ci szansę rozwoju. Jeśli nie potrafisz, lub nie chcesz czegoś tworzyć - wtedy rzeczywiście, pozostaje Ci tylko narzekać na liście, że nic ciekawego się w tym Dreamlandzie nie dzieje...
JdB: Do wniosku, iż nic ciekawego się tutaj nie dzieje, prędzej czy później dojdzie zarówno ten, kto leży na materacu, jak i ten, co te materace wyrabia. Gdybym spotkał dziś po południu Dreamlandczyka, który z martwą pustką w oczach wyznałby, że mu nudno, że ma dość, że trzy razy się zabijał i trzy razy powstawał z martwych, więc gdybym takiego nieszczęśnika spotkał, powiedziałbym mu, że mnie jest jeszcze gorzej, że mnie jest po stokroć gorzej!
Nawiasem mówiąc - bierzemy udział w nader ciekawym eksperymencie. Ciekawym nie dla nas, rzecz jasna, dla nas nie ma już rzeczy ciekawych. Wyzwaniem godnym filozofa religii jest bowiem dostarczenie przekonywającej odpowiedzi na pytanie, czy nieśmiertelność ludzkiej jednostki byłaby w swej istocie bezcennym darem, czy raczej ponurym nonsensem. Odpowiedź już znamy. Czym bowiem jesteśmy, jeśli nie zbiorowością ontologicznie niezniszczalnych istot, zdolnych do skutecznych podróży w obie strony,