|
|||||
Kilka kartek z kalendarza
Mamy nowy rok. Czym będzie różnił się od poprzedniego? "7" na końcu, też mi coś wielkiego. Koniec i początek roku - to czas podsumowań, takiej niby spowiedzi: co planowaliśmy, a jak się z tego wywiązaliśmy. Czym zabłysnęliśmy, a co przyćmiło naszą gwiazdę. Zacznijmy więc wycieczkę po tych dwunastu miesiącach naszych zmagań. A zacznijmy od osoby numer jeden, czyli Króla.
Rok zaczynaliśmy ze świeżo upieczonym monarchą, pisarzem i sołtysem wsi Kakuty, a jednocześnie byłym Namiestnikiem Morlandu. O zasługach i pracach jakie wykonał dla dobra Dreamlandu kiedyś powstaną bajki i podania, dlatego nie o tym mi pisać. Król był, ale tak jakby tylko duchem: pojawiał się, mówił i tłumaczył, a później znikał jak magik. Można dostrzec i plusy, i minusy takiego zachownia, ale myślę, że każdy obywatel ma swoją wizję Korony i narzucanie Czytelnikom mojej jest nie na miejscu. Sylwestra przyszło nam jednak spędzać z Regentem, ponieważ Król wziął sobie od nas wszystkich urlop i wyjechał.
Ponieważ przez ten rok Korona się w politykowanie nie pchała, zajmijmy się naszymi rodzynkami, czyli Senatem, Izbą Poselską i Rządem.
Senat. Instytucja niedostępna i skryta. Wiadomo jedynie, że pracują tam namiestnicy, ale tak poza tym to cicho sza! Ostatnio lekko uchyliła drzwi, a raczej okno, przez które wiatr wywiewa co jakiś czas nowe wiadomości. Poza tą zmianą, co jakiś czas mieliśmy przetasowania na stanowisku marszałka. W 2006 r. wchodziliśmy z Łukaszem Wakowskim, w lecie rządził Kazio Wichura, a obecnie Marcus. W porównaniu z 2005 r. aktywność tej listy pozostała podobna, czyli średnio 70 postów na miesiąc. Przy grupie 5 senatorów plus król to dość dużo.
Izba Poselska. Dużo kontrowersji wzbudzały kolejne projekty ustaw i co jakiś czas pojawiały się głosy domagające się likwidacji tego ciała. Jednak wcześniej posłowie nie zawsze mocno angażowali się w pracę w Izbie, a wówczas nikt nie pisał o zniesieniu tego organu. Teraz, gdy IP stara się coś zrobić, wszystkim jest źle? Fakt, może od jakiegoś czasu nie były to ustawy, które można by porównać do tych pisanych przez naszego JKW Artura, ale mimo to stały na jakimś poziomie.
Rząd. Rok rozpoczęliśmy z Premierem Edwardem Kriegiem, by później miesiąc przeżyć w towarzystwie Mateusza Muchlado i wpaść w objęcia Łukasza Wakowskiego, który wprowadził nas w Nowy Rok. Ponieważ przez większość część starego to właśnie Łukasz Wakowski kreował, projektował i pracował nad wizją Dreamlandu, toteż jego gabinetowi należy się więcej miejsca. Nie można powiedzieć, że nie zrobiono nic, bo to kłamstwo i oszczerstwo. Natomiast mogę powiedzieć, że zrobiono na tyle, na ile starczyło ministrom sił. Czy można było więcej - to już każdy szef resortu z osobna powinien zapytać sam siebie. Na odpowiedzi czekam pod moim adresem redakcyjnym.
Kraj, nasza ojczyzna, niczym pociąg parowy zwolnił z powodu braku węgla. Rozwój niby tam jest, coś widać i co jakiś czas pojawiają się nowe inicjatywy, jednak te nieco starsze w tym czasie obumierają i śmiało można rzec, że jest to proporcja 2:1. Ostatni zbiorowy wyczyn, Radio Echa Dreamlandu, zaraża nas optymizmem, że duże projekty też można skutecznie organizować. Podobnych sukcesów w roku 2007 życzę sobie i Wam, Drodzy Czytelnicy.
(Kazio Wichura)
Medgar de Rama może być dumny ze swojej "Kwadratury koła" (GW nr 40). Odpowiadając na "Kolistość wszechrzeczy" wytknął słabości mojego tekstu, z którymi postaram się tu zawalczyć. Nie wycofuję się jednak na żadnym z rozpostartych przez siebie frontów - spróbuję tezy moje tylko trochę wyklarować. Przyznaję, że "Kwadratura" istotnie była prowokacyjna, ale nie straciła przy tym nic ze swej wagi merytorycznej - i to właśnie byłby główny powód do dumy.
Przede wszystkim, i to pierwsza niezręczność, rzeczywiście nie powinienem może zbyt radykalnie rozróżniać "legalizmu" i "pragmatyzmu" bez dodatkowego objaśnienia. Różnice między jednym i drugim nie wykraczają bowiem poza zakres wstydliwych niuansów, imponderabiliów na pierwszy rzut oka nie posiadających szczególnego znaczenia. Należy dodać, że "legaliści" i "pragmatycy" w swoich działaniach opierają się w zasadzie na tym samym - na orężu prawnym (co, nawiasem mówiąc, jest nieco ironicznym dowodem zwycięstwa Artura Piotra). Diabeł tkwi jednak w szczególe. O ile bowiem legaliści widzą konieczność kurczowego trzymania się norm prawnych, o tyle pragmatycy życzyliby sobie dostosowania działań do swojej wizji rzeczywistości, w czym prawo może przeszkadzać. O tym wszystkim pisałem; niezręczność mojego ujęcia tematu polega na tym, że nie dość dokładnie wskazałem mglistość granicy dzielącą jednych i drugich. Nie ma sensu doszukiwać się żadnego głębokiego podziału ideologicznego.
Jeśli jednak pragmatycy znajdą sobie jakiegoś Stanisława Cara czy od biedy Lecha Falandysza dreamlandzkiego, wówczas mogą zacząć skutecznie osiągać to, o co im chodzi. Skoro już twierdzisz, Medgarze, że "Kolistość wszechrzeczy" ma charakter dla opisywanych zmian (nazwanych zagładą) konstytutywny, złośliwie sam teraz podrzucę pragmatykom hasło: "Postępować należy nie zgodnie z literą prawa, ale z jego duchem".

Czy zresztą można dziwić się zniecierpliwieniu? Prawo w Dreamlandzie stanowi Król lub parlament - przy prymacie tego drugiego organu. Nawet przy założeniu, że mamy zaufanie do Króla, czy można mieć zaufanie do posłów? Prawo jest takie, jak stanowią je parlamentarzyści, a figura nieomylnego prawodawcy jest niestety zwykłą abstrakcją pomyślaną na użytek wykładni; z rzeczywistością nie ma przecież nic wspólnego.
Stosować więc takie prawo? I to ściśle według jego zaleceń? Takie prawo? Ta pytania zadaje sobie pewnie wiele osób. Ja się im nie dziwię. Jeśli chcę bronić tego swojego "legalizmu", mogę podnosić jedynie dwa argumenty: konieczność obrony etosu, rozumianego jako ustrojowy idealizm, i niebezpieczeństwo, że za daleko idące harcowanie może kiedyś odbić się na ustroju niekorzystnie. Tylko dwa argumenty - a i te można mi wytrącić z ręki. Po co etos? Rządzić należy tak, aby być skutecznym. Jakie przyszłe niebezpieczeństwo? Ważne jest tu i teraz.
Może więc powiedzmy sobie tak: "pragmatyzm" nie jest jakąś osobną szkołą filozoficzną, wychodzącą z zupełnie innych racji i dochodzącą do innych wniosków. Przeciwnie, racje są tożsame, wnioski podobnie - to, co różni, to cele. Będą więc pragmatycy od legalistów różnić się tylko odcieniem. Będą pragmatycy legalistów kuzynami i dziećmi zarazem. Tą refleksją pierwszą niezręczność zostawiam za sobą.
Zarzucasz mi, Medgarze, że przeceniam rolę Luke'a Woody'ego. Znów z rumieńcem na mym zarośniętym licu przyznaję, że uczynienie Artura

Piotra Wielkiego i Luke'a Woody'ego dwoma równorzędnymi biegunami było niezręcznością - i więcej - gwałtem na dobrym smaku, ukręceniem łba savoir-vivre'owi. Znów byłem może niedostatecznie precyzyjny wykładając swoje rację, gdy nie zaznaczyłem wyraźnie, że obu ich traktuję w zasadzie nie tyle jako żywe jednostki, ale jako etykiety dla pewnych procesów. Nie są to procesy bezpośrednio antagonistyczne, co wypada dodać: Artur Piotr symbolizowałby legalizm, zaś Luke Woody szeroko pojętą destrukcję (informacyjną, więc czy infodestrukcję?).
Podstawą mojej obawy przed tą infodestrukcją (pozostanę przy tym poręcznym wyrażeniu, mimo jego
niewątpliwej brzydoty) jest moje przekonanie, że Luke Woody i ludzie jego pokroju są w stanie rozhermetyzować społeczność wirtualną, przy czym społeczność wirtualnego państwa jest tu zagrożona najbardziej. Po pierwsze, wspominałem o tym, jest to zrzeszenie z zasady całkowicie dobrowolne. To że ja - jako fizycznie istniejąca jednostka - mam ochotę wypisać się z Polski, doprowadzi co najwyżej do "ultragibania w kolibie" albo zatrudnienia się na zmywaku gdzieś na szkockich antypodach. Ile zaś czasu pozostaje pomiędzy pojawieniem się chęci wypisania się z państwa wirtualnego a dokonaniem wszystkich koniecznych formalności? Przyjmując nawet, że zniechęcony musi jeszcze uprzednio włączyć komputer? Dziesięć minut? Zohydzanie życia obywatelom Dreamlandu jest niebezpieczne jeszcze z jednego powodu: dreamlandzki system prawny, czerpiący pełnymi garściami z realowych zasad państwa prawa, nie uwzględnia specyfiki mikronacji. W zasadzie najdotkliwsza kara dla hub listy dyskusyjnej, moderacja, przypomina raczej besztanie lwa bambusowym kijkiem. Dreamland to zabawa. Tyle że taka specyficzna - w której Jasia nie wyrzuca się z piaskownicy tak długo, dopóki sam się nie obrazi.
Zohydzanie przy pomocy zgodnych z prawem metod - o to chodzi hubie. Jeśli ktoś mi w tej sprawie odpowie za pomocą argumentu w postaci możliwości wykorzystania kodeksu karnego, uznam, że w ogóle nie wie, o co mi idzie.
Medgar de Rama pisze o "klapie bezpieczeństwa", którą jest "zdrowy rozsądek często garstki sybskrybentów, który po napełnieniu koryta obornikiem prędzej czy później dochodzi do głosu". I na podstawie powyższego przekornie przerzucę pałeczkę: czy to ja przeceniam Luke'a Woody'ego czy Medgar de Rama przecenia Dreamlandczyków (szerzej: współczesnego internautę)? Problem Luke'a Woody'ego, w istocie nie najpoważniejszy z przeze mnie sygnalizowanych, ale nienależnie wyróżniony przez redaktora Ramę, nie zasadza się tylko na jakimś paraboskich zdolnościach huby do kształtowania samopoczucia współplemieńców, ale na tym, że infodestruktor wpływa na ich światopogląd metodami w miarę tradycyjnymi. Nie jest więc tak, że Woody przyciska zaciśnięte pięści do skroni i siłą woli wpływa na umysły widzów, ale tak, że poprzez dyskusję ci widzowie mogą zostać przez Woody'ego przeciągnięci na drugą stronę barykady.
Widzę Twój, Medgarze, uśmieszek. Przekonani? Przez Woody'ego? Wszak zawsze istnieje "klapa bezpieczeństwa"!