Nr 41
Arona, styczeń 2007
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7

cd. ze str. 2

pozbawionych wszelkiej nadziei i zarazem "śmiertelnie" znużonych zastanym porządkiem tak na tym, jak i na tamtym brzegu. Cynizm, nihilizm, gnuśność, zamiłowanie do destrukcji - oto nasze cnoty kardynalne. Drodzy panowie, mocą swej stygnącej woli czynię dekadenta Luke'a Woody'ego prezbiterem naszej wysmakowanej denominacji.

MdR: Przypuśćmy, że jutro nasza stajnia Augiasza okryje się cieniem. Nad Dreamlandem zawiśnie potężna ufo flota. Przybysze z innej galaktyki zabiorą ze sobą Woody'ego, zaś całość dóbr materialnych, w tym materię ożywioną, spopielą fioletowym ogniem ze swoich zabójczych miotaczy pokładowych. Odparują oceany, zasypią rzeki, zniwelują szczyty górskie. Gdybyście mogli ocalić przed ufoludami jedno jedyne z osiągnięć roku 2006, co by to było? Co w ciągu tych dwunastu miesięcy zasłużyło sobie na przyspawanie do cokołu, nawet za cenę towarzystwa gołębi?

ME: Medgarze! Mieliśmy nie rozmawiać o inwazji, to miała być niespodzianka!




JdB: To, co naprawdę u nas wartościowe, musiałoby choć na wysokość żelazka wystawać ponad ocean trawy, który tu widzę. Bez wyjątkowo czułych przyrządów optycznych nasi najeźdźcy musieliby spędzić tutaj cały eon szukając czegoś, w co warto przywalić choćby batem.

MdR: W Prowincjach poniżej Namiestnika nie dzieje się dosłownie nic. Vide: listy dyskusyjne. Marazm. Brak pomysłu. Dziki Zachód, wiatr kula po ulicach jakieś farfocle. Namiestnik administruje, burmistrz obejmuje w posiadanie miasto, tworzy stronę. I chwała im za to, ale w rezultacie w skali Królestwa otrzymujemy coś na kształt wystawy cukiernika z wywieszką "zamknięte". Jest ładnie, widać, że ktoś się przyłożył, ale już nie sposób wziąć tego do ręki, posmakować. Dreamland to obecnie jedynie ruchawka na szczeblu federalnym, w Prowincjach na dobrą sprawę upust ambicji i fantazji dają jedynie ich włodarze. Co zrobić, żeby zmienić obecny stan rzeczy? Tworzyć stanowiska, instytucje, etaty? Gdzie u licha podziewa się tych 183 mieszkańców Weblandu, których widać na stronie głównej? Jak zmienić manekin w jurną dziewuchę? Może: na szczeblu krajowym wobec brak bonusów nie warto się starać? Niech mnie kule biją, jeśli coś tutaj nie działa całkiem na opak. Źle po prostu.

ME: Jeśli chodzi o te miasta, to musimy zdawać sobie sprawę, że miasta nie zostały stworzone, by działać wyłącznie dla osobistej satysfakcji burmistrza. Jeśli burmistrz wkłada określoną ilość pracy w stworzenie stron miasta i uruchomienie jakiejś atrakcji, a ze strony mieszkańców nie następuje żaden odzew, to trudno oczekiwać, żeby chciało mu się robić coś jeszcze. Niektórym się chce, ale to wyjątek od reguły. Ja im się nie dziwię, sam przez długi czas byłem burmistrzem,

stworzyłem nowe strony miasta, uruchomiłem szereg konkursów i atrakcji, zorganizowałem kilka miejsc pracy i spotkałem się z niemal zerowym zainteresowaniem mieszkańców. Dwie osoby, które udało mi się trochę zaangażować w życie Kasany, wyparowały po kilku tygodniach. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Dreamlandczyków jest zbyt niewielu, by zapełnić i ożywić około dwadzieścia miast. Jeśli miasto ma dwóch aktywnych mieszkańców, z burmistrzem włącznie, to co oni mają we dwójkę w tym mieście robić? Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę, że to zwykle jest dwóch facetów? Naturalnym jest skierowanie swojej aktywności tam, gdzie zostanie ona dostrzeżona przez większą liczbę Dreamlandczyków, gdzie wywoła większy odzew. W jakimś stopniu dotyczy to również pracy na szczeblu prowincji. Mając do wyboru dla prezentacji swoich działań publiczność złożoną z osób kilku lub kilkunastu albo publiczność złożoną z kilku dziesiątek Dreamlandczyków, większość raczej wybierze to drugie. Nabieranie doświadczenia w administracji miasta, czy prowincji nie ma sensu, skoro do Rządu Federalnego, albo nawet czasem i na fotel Namiestnika można trafić po parunastu dniach obecności w Królestwie i kilku bylejakich wypowiedziach na forum. Rozwiązaniem mogłoby być zmniejszenie liczby prowincji, w celu skupienia większej liczby aktywnych mieszkańców na mniejszej przestrzeni. Zmniejszenie aparatu administracji może wymusiłoby jakąś konkurencję pomiędzy kandydatami na stanowiska. Dodatkowo przy mniejszej liczbie prowincji bardziej widoczne byłyby różnice między nimi, co mogłoby działać stymulująco. Jeśli zaś chodzi o te dwie setki Weblandczyków, o których wspomniałeś, to jedno jest pewne. Otóż z pewnością nie pracują niewolniczo na moich plantacjach na południu Wielkiej Wanty. Niektórzy mogą tak twierdzić, ale to nie jest prawda. Plotki o gwałtownym rozwoju tych plantacji odkąd zostałem namiestnikiem są mocno przesadzone.

JdB: To problem tak stary jak Dreamland. Zbudowaliśmy monstrualny domek dla lalek, monstrualny w każdym znaczeniu tego słowa, a w środku nie ma nawet Kena, który by choć raz skorzystał z toalety i sprawdził, czy z kranu nie płynie brunatna woda. Marcus postawił jednak ciekawe pytanie: co ma robić dwóch facetów skazanych na własne towarzystwo? To potwierdza moją intuicję, że świat jest jednak potworny.

MdR: Marcusie, spróbuj być przez chwilę futurologiem. W jakim kierunku pójdzie Dreamland w ciągu najbliższego roku? Jakie dostrzegasz tendencje rozwojowe: opisywany przez Kriega odwrót od legalizmu, kryzys demokracji? Ciąg dalszy pokoleniowej zmiany warty: Izba Poselska, rząd, większa aktywność Pawła I? Może oficjalne zadekretowanie kanibalizmu jako jedynego popieranego przez państwo modelu funkcjonowania naszej wspólnoty pierwotnej? Trwamy drepcząc w miejscu czy jednak idziemy do przodu?

ME: W mojej kryształowej kuli widzę śmiałe inicjatywy autorstwa nowych obywateli, bez kompleksów realizujących przedsięwzięcia, jakie nam nigdy nie przyszły do głowy. Ci, którzy już są wśród nas nabierają doświadczenia, a ci, którzy dopiero się pojawią - wchodzą w zupełnie inny Dreamland, pełen nowych, ciekawych pomysłów. Starsi obywatele pomagają młodszym, dzielą się doświadczeniem i zarażeni entuzjazmem młodszych również aktywnie działają. Kanibalizmem usiłuje żyć tylko Luke Woody. Skąd ten optymizm? Choćby z obserwacji Radia Echa Dreamlandu, które zostało założone i rozwija się głównie dzięki najmłodszym obywatelom... Ok, niech ktoś pomoże Jacquesowi, bo się biedak udusi.



MdR: Być może w naszym kotle trzeba solidnie zamieszać, dobyć z dna mięsny gnat, a nieco ulać tłustej wody. Moja propozycja: potrzebujemy przejmującego kryzysu, trzeba nam meteoru, który rozszczepi kontynent. Sporu o pryncypia. Prawie szkoda niedoszłej elekcji; nie że obecny król zły, bo wciąż jako o królu wiemy o nim bardzo mało, ale dlatego, że permanentnie brak nam substancji, elekcja mogła nam substancji dostarczyć. Zrzucić krwawo skórę, żeby się odświeżyć! Jacques, nie marzy Ci się czasem rewolucja, zarówno jako wyraźna cezura, jak i obietnica sprofanowania obowiązującej jakości? Żwawo Jacques, kto doczytał do tego miejsca, ten zaraz z wycieńczenia padnie na pysk, musisz ten upadek uprzedzić!

JdB: Zakładam, że moje poprzednie wypowiedzi dały odpowiednio odpychający obraz życia duchowego ich autora. Miałbym teraz zdobyć się na jakieś konstruktywne podrygi i sformułować dostatecznie obrazoburczy manifest, kolejne odrażające wyznanie de Brolle'a do kolekcji. Śledzący naszą dyskusję Artur Piotr z pewnością ma dość. Czytałem artykuł w "Dzienniku Polskim". Łudząco podobny do tuzina poprzednich, produkowanych seriami jak ludowe dewocjonalia. Nakreślony tam obraz państwa wirtualnego odbiega od stanu faktycznego do tego stopnia, że z pewnością ściągnie nam na głowy takie ilości rozentuzjazmowanych idiotów, że nasza - jako redakcji - rola zaczynu społecznej ruchawki okaże się nieskończenie nieistotna. Baterii wystarczy im na miesiąc, później usłyszymy pierwsze postękiwania i rozdzierające serce wyznania: "miałem marzenia wielkie jak galaktyka, a wy pozostaliście nieczuli". Mikronacja nie jest miejscem od realizowania własnych zboczeń. To najświętsze, najpierwsze prawo tworów podobnych Dreamlandowi. Cała reszta to przypisy techniczne. Podejrzewam, że w dziuplach w rodzaju Brugii czy Cesarstwa Austro - Węgier jest jeszcze gorzej i to wzbudza moją zazdrość. Ależ tam musi być przeklęcie nudno! Od samego myślenia dostaję gęsiej skórki. Wydaje się, że niczego nie da się uczynić, aby poważnie uatrakcyjnić naszą wirtualną przygodę. Być może należy czekać na rozwój technologii informatycznych. Póki co - do wyboru mamy role urzędnika i dziennikarza. Zadaniem tego ostatniego jest opisywanie podrygów tego pierwszego. Tak to wygląda od środka, z boku pewnie gorzej. Przed miesiącem pisał o tym w swoim felietonie Yelonek Rogacz. Nie zatrudnimy budowlańców, hokeistów, strongmenów, miotaczy ognia, akwarystów czy górników. Potrzeba nam geniuszy, samowystarczalnych i fanatycznych, najlepiej w hurtowych ilościach. To wystarczy.