|
|||||
cd. ze str. 5
Śmiem jednak przypomnieć, że nie każdy myśli podczas czytania. Więcej: śmiem przypomnieć, że część internautów (Dreamlandczycy nie są żadnym wyjątkiem) dotknięta jest, powtarzając za nieodżałowanym Marcinem Kamolą, wtórnym analfabetyzmem. Pokładaniem nadmiernej nadziei w zdrowie psychiczne społeczności wirtualnej nazwę więc refleksję, że przepełnienie koryta obornikiem zawsze powodować musi oczyszczającą reakcję. Nawet jeśli ta "garstka rozsądnych subskrybentów" włączy się do dyskusji, to skąd pewność, że nie zostanie zakrzyczana? Skąd pewność, że zacznie studzić nastroje, a nie podgrzewać je jeszcze bardziej? Skąd wreszcie pewność, że ci "rozsądni" będą mieli jakikolwiek wpływ na Dreamland?

Skąd bierze się to całe zaufanie pokładane w "klapę bezpieczeństwa", skoro wszystkie możliwe obserwacje sugerują raczej, że zdolności percepcji Dreamlandczyków z roku na rok są coraz gorsze, a wymienialność pokoleń następuje nadal normalnie? Świadom jestem, że przenoszę dyskusję w inny wymiar, ale tu nigdy nie chodziło o samego Luke'a Woody'ego. Chodziło o pokazanie, że, co wskazują pragmatycy, dreamlandzki system ustrojowy nie jest przystosowany do warunków wirtualnych, zaś infodestruktorzy, przy minimum samozaparcia, są w stanie kontynuować swoją osobliwą krucjatę przeciw państwu nie niepokojeni przez jakiekolwiek organy prawa.
To jest właśnie zagrożenie, a nie jakaś jedna huba.
Twierdzisz, że jedna huba nie jest w stanie wywołać kryzysu praw jednostki. Piszesz również o wykładni celowościowej, która "nie jest niczym innym, jak przyłożeniem miary użyteczności do aktu prawnego". Jesteś prawnikiem, dziwię się więc, że nie zainteresowało Cię choćby zagadnienie teoretyczne: różnice pomiędzy kryteriami "użytecznością" tu, a w świecie realowym. Powody, dla których różnice takie muszą istnieć w zakresie praw jednostki już wskazałem: są nimi dobrowolność i łatwość w docieraniu do szerokich rzesz obywateli (uczestników gry).
Myślę zresztą, że głównym warunkiem, by w ogóle zrozumieć, co chcę przekazać, jest to, by czytelnik przestał się wreszcie rumienić przy słowie "gra".
Czytając Twoją odpowiedź w jednym szczególnie punkcie czuję się wyjątkowo głupio. Samopoczucie poprawia mi tylko fakt, że już w chwili pisania "Kolistości wszechrzeczy" zdawałem sobie sprawę z niezręczności utyskiwania na system prawnych podpisanych nazwiskiem prezesa naczelnego sądu. Nie wierzę jednak, że nie rozumiesz intencji. Jest przecież w ramach "Kolistości" w gruncie rzeczy doskonale obojętne czy sam podpisuję się pod zarzutem "rozbudowanego i skomplikowanego prawa" czy też stawiam tylko problem dostrzegany przez "wielu obywateli i polityków". Mógłbym teraz dla świętego spokoju znów uderzyć się w piersi i wspomnieć o niezręczności, co zresztą wcale nieźle wypadłoby w kontekście tytułu tekstu. Ale nie zrobię tego.
Znów pojawia się ten sam problem co wcześniej: kiedy piszę o Arturze Piotrze Wielkim i Luke'u Woody'm, piszę o trendach (nazwałbym je "myślowymi", ale z powodu jednego z wyżej wymienionych byłoby to nonsensem). Kiedy piszę o zarzutach dotyczących nadmiernie rozdmuchanego prawa, przypisuję to temu "pragmatyzmowi" - a więc znów piszę o trendzie. Tak, moja perspektywa jest więc szersza niż usiłujesz mi to przypisać. Nie rozumiem, dlaczego koniecznie każde słowo "Kolistości wszechrzeczy" metkujesz, segregujesz i z zadziwiającym uporem kolejno podpisujesz moim nazwiskiem. Tym bardziej, że zarzuty co do prawa są zarzutami tzw. "pragmatyków", sam zaś jawię się - i, jak rozumiem, także Tobie - jako legalista, trudno więc na serio umieszczać je po mojej stronie boiska.
Twój błąd sprawia, że zaczynasz na przykład dyskutować ze mną na temat tego, że Dreamland nie ma wcale nadmiernie rozrośniętego prawa. Ale to nie ze mną polemizujesz, Medgarze. Adresatem Twoich uwag są "obywatele i politycy", o których pisałem. Ktoś w tym zakresie nie zrozumiał "Kolistości wszechrzeczy" - i albo jesteś to Ty, albo ja, który niedoskonale pojmuje może, co właściwie napisał i jak czytelnik może to odczytać.
Czy zaś "Kolistość wszechrzeczy" jest tak osobista, jak chcesz ją widzieć - pozostawię to osądowi czytelników. Że świat nie zniknie, gdy przestanę na niego patrzyć, nadal zdaje mi się pewne.
(Edward Krieg)
Niewidzialna biblioteka
Najnowsze osiągnięcie dreamlandzkiego piśmiennictwa, trzeci wolumin prześwietnego "Scriptores Dreamlandis" przyniosło moc zajmujących analiz, w tym dość bulwersujący esej Sykstusa Boruty "To tylko Dreamland?". Na marginesie właściwych rozważań wypada poczynić dygresję natury branżowej; otóż okazuje się, iż wydawane w cyklu godnym ciąży brontozaura "Scriptores" korzysta w poważnym zakresie z zaplecza intelektualnego "Głosu Weblandu" (który to "Głos" jeśli idzie o cykl, jest tylko kopytonem). Fakt ten zsumowany z niepowodzeniem projektu Marcusa Estreichera stworzenia nowej, regularnie wydawanej gazety prowadzi do wniosku, iż dla pismaków czasy są złe, baza biologiczna kurczy się i nie zanosi się, żeby ten smutny stan rzeczy miał szybko ulec zmianie.
Tymczasem Sykstus Boruta stawia w swoim tekście pytania ciekawe, lecz odpowiada sobie na nie z pewną manierą, której należy stawić opór. Boruta dostrzega w swoich konkluzjach przełom, święto i arcyważną reformę jakościową dyskursu, co stanowi po prostu wniosek z drzewa wzięty. Właściwie przez owe "odważne wnioski" tekst Boruty sprawia pewną trudność, bowiem nie wiadomo do końca, czy aby autor nie robi sobie z czytelnika, za przeproszeniem, jaj; do tego stopnia owe wnioski odważne - odważnymi nie są.
Poważny wniosek numer jeden: "Gdybyśmy zmienili w dowolnym, realnym dziele literackim, imiona bohaterów na te używane w KD, moglibyśmy mówić o dziele literatury Dreamlandu." Aż się prosi, żeby przerobić "Czarodziejską górę" na powieść dreamlandzką i wydać ją w Plegolalu, Castorpa podmieniając na Bogusia, Settembriniego na Kriega, Naphtę na de Brolle'a, sanatorium Manna - na dworek pod Kakutami. Tyle żartów. Boruta dodaje: umieszczenie w dziele Dreamlandczyków, pośród których się obracamy, da w rezultacie nasz własny produkt narodowy; jeżeli protagonistą uczynimy, dajmy na to Borutę, antagonistą de Ramę, będziemy mogli śmiało spojrzeć autorowi "Oni w nas" w oczy jako twórcy literatury narodowej.

Nic bardziej mylnego. Realizacja programu Boruty musiałaby doprowadzić do przedzierzgnięcia się prozy w publicystykę, felieton, karykaturę. Pół biedy, jeśli tak, ale w skrajnym przypadkach mogłoby dojść do załatwiania w prozie jakichś prywatnych porachunków, robienia komuś gęby, na co sobie jako społeczność tak mała, a przy tym obdarzona tak wyrazistym zmysłem moralnym pozwolić nie możemy. Do tej pory nazwiska Dreamlandczyków funkcjonowały w dziele literackim raczej jako pretekst i ornament, niż rdzeń psychologii utworu, oś fabuły i akcji (tak u Edwarda Kriega). I tak właśnie powinno zostać.
Wniosek odważny numer dwa: "literatura Dreamlandu jest niczym innym jak współczesną literaturą polską". Eufemistycznie rzecz ujmując jest to tak, jakby powiedzieć, iż sąd Rzeczypospolitej nie zechce honorować naszych ustaw federalnych, albo, co gorsza, nie dopuści do orzekania naszych sędziów; dla naszego prawodawstwa nie wynika z tego wiele, dla prawodawstwa polskiego już całkiem nic, spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Pora sformułować program pozytywny: z prozą dreamlandzką będziemy mieć do czynienia wtedy, kiedy utwór nie będzie dawał się rozbroić bez znajomości podstawowych zasad działania mikronacji, ze szczególnym uwzględnieniem specyfiki krajowej. Albo to samo, ale od drugiej strony, pragmatycznie: jaki sens ma publikacja w Królestwie tekstu, który mógłby śmiało funkcjonować w oderwaniu od jego realiów i realiów jego działania? Sens taki z pewnością jest, jest to sens towarzyski, może jakoś tam prestiżowy, w każdym razie jest to sens przede wszystkim ludyczny, pozaliteracki. W roku 2007 kto chce publikować w sieci, ma po temu nieskończone możliwości. Po co posługiwać się etykietką "dreamlandzkie", skoro Dreamland nie jest w materię utworu w sposób konieczny wbudowany?
Boruta, wykazując przy tym skłonność do bardzo mętnego filozofowania, twierdzi w istocie, iż wystarczy zamarkować Dreamland w dziele; statystom dać rysy Morlandczyków, miejscem akcji uczynić Elsynor. Tyle, że otrzymamy w ten sposób produkcję, w zależności od pozostałych elementów składowych, w mniejszym lub większym stopniu wpisującą się w tradycję szeroko pojętej tzw. fantastyki bliskiego zasięgu (ciocia Klocia mieszka w bloku na Nowej Hucie, lecz jest przy tym czarownicą; u nas odwrotnie, mechanizm rzeczywistości jak za oknem, tyle że nomenklatura inna) - i nic poza tym.

Z pewnością leży przed nami obszar dziewiczy, nie spenetrowany, cały czas czekający na zagospodarowanie. Literatura robiona wedle takiej receptury w manifestacjach łagodniejszych mogłaby traktować o specyficznych urokach egzystowania w warunkach społeczeństwa informatycznego. Tak jest, nie jest to truizm, dzisiejsza codzienność jest wczorajszą fantastyką naukową (dreamlandzka codzienność - wczorajszą paranoją), literatura skutecznie na tym żeruje, pożywmy się i my. Byłoby to pisanie mocno gadżeciarskie, pociesznie afirmujące lub też apokaliptycznie cyberpunkowe. Kłania się klasyczny już hrabia z laptopem. W jednym z wywiadów najciekawszy obecnie pisarz polskiej fantastyki, Jacek Dukaj, zdradził, iż na dysku twardym ma szkic powieści o inwazji obcych na szlachecką RP; znajomość tomów "W kraju niewiernych" i "Innych pieśni" każe mi być pewnym, że kiedyś wyjdzie mu z tego rzecz pyszna. Może u nas dałoby się spisać coś na kształt Sapkowskiego, tyle że w świecie fantasy - okablowanym światłowodem, komunikującym się mailem? W odmianie hard można wydziwiać jeszcze bardziej, bawić się w paradoksy i podejrzaną metafizykę; na takim podejściu bazuje "Trzeci Człowiek".
Absolutna jałowość, zbędność tych uwag jest dla mnie oczywista. Oddaję sprawiedliwość Borucie: udało mu się nieco mnie sprowokować. Ostatecznym bowiem kryterium oceny dziełka literackiego zawsze powinna być wyłącznie jego wartość literacka właśnie, nie zaś kwestie uboczne roztrząsane zarówno przez Borutę, jak i przeze mnie. Z dziką rozkoszą powitam na stronie Plegolalu dobre opowiadanie Dreamlandczyka nie mające nic wspólnego z Dreamlandem, skrzywię się zaś niemiłosiernie na widok tekstu spartaczonego, choć realizującego co do joty naszkicowany wyżej program. Najchętniej jednak przeczytam rzecz zrobioną sprawnie, do tego z gruntu dreamlandzką.
(Medgar de Rama)