Nr 43
Arona, styczen 2008
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8  

~ Z JKM Edwardem I Arturem rozmawia Jacques de Brolle ~
Z obszarniczymi pozdrowieniami

Jacques de Brolle: Przypuszczam, że nie ma dziś w Królestwie Dreamlandu postaci popularniejszej od Waszej Królewskiej Mości. Czy Edward I Artur nie miewa czasem ochoty stanąć - z rozpędu - na czele czegoś w rodzaju kościoła narodowego?

JKM Edward I Artur: Dreamland od zawsze jest państwem świeckim. Scholandzka moda na związki wyznaniowe do nas nie dotarła i sądzę, że to bardzo dobrze - królowi Dreamlandu nie byłoby bowiem do twarzy z tytułem Opiekuna Wiary. Poza tym władza monarsza jest w Dreamlandzie wciąż na tyle silna, by nie było potrzeby nadawania królowi dodatkowych instrumentów, a już na pewno nie wykorzystywania osobistej popularności któregoś z Królów do budowy obcego dreamlandzkiej tradycji tworu, jakim byłby kościół narodowy.

Listopadowy komunikat o zmianie na stolcu królewskim w najstarszym polskojęzycznym państwie wirtualnym lotem błyskawicy obiegł listy dyskusyjne bez mała całego mikronacyjnego planktonu. "Pierdolić Burżujland". Tak w Wandystanie skomentował całe wydarzenie niejaki Paweł Ciupak. Całkiem możliwe, że Monsieur Ciupak nie odróżnia swego kapcia lewego od kapcia swego prawego, ale w tym konkretnym przypadku ów Danton wyartykułował pewną popularną opinię na temat Królestwa Dreamlandu. W oczach mniej otrzaskanych z naszymi przyzwyczajeniami cudzoziemców, dreamlandzka tytułomania, przywiązanie do procedur, dyscyplina językowa, rozbudowany system prawny, pęczniejące drzewka genealogiczne, sześcioczłonowe nazwiska oraz na poły feudalna struktura władzy składają się na dość szczególny obraz Królestwa. Edward Krieg powszechnie uchodzi za inkarnację większości przywołanych przed chwila przymiotów i poniekąd osobiście ponosi odpowiedzialność za dzisiejszy wizerunek Dreamlandu. Tymczasem poza Scholandią, która dzieli z nami pewne osobliwe upodobania, lokalny archipelag państw internetowych stanowią niemal wyłącznie twory cyrkowe, kilkuosobowe dwory z błaznami deklamującymi epitafia, czego dowodzi choćby pobieżny przegląd zawartości forum Organizacji Polskich Mikronacji. Jaką postawę wobec tzw. reszty świata realizować chce nowy lokator Pałacu w Ekorre?

Nie widzę żadnego powodu, żeby nie współpracować. Wandystan może być naszym partnerem - i monsieur Ciupak, kimkolwiek ów jest, nie wystarczy, żebyśmy zmienili na ten temat zdanie. Mnie akurat, co zresztą wiadome i najzupełniej naturalne, dreamlandzka specyfika odpowiada - ale nie oznacza to jeszcze przecież, że uważam inne podejścia do państwowości wirtualnej za niepełnowartościowe. Wszyscy mamy prawo do takiego konstruowania swoich mikronacji, by nam było wygodnie. Nikt w polskich państwach wirtualnych, podejrzewam, nie cierpi specjalnych katuszy, jako że mikronacja jest z samej zasady organizacją dobrowolną. Nie ma zatem kogo ratować przed dyktaturami i totalitaryzmami. Obywatele organizacji erbokańskiej funkcjonują w niej dlatego, że im ona odpowiada. Podobnie obywatele Sarmacji, Scholandii, Wandystanu, w końcu Dreamlandu - wszyscy oni mają wolny wybór, nikt podstępem ich nigdzie nie zatrzyma. To bardzo dobrze, że istnieje takie zróżnicowanie i bogactwo państw. Szacowny Dreamland, obrośnięty swoją prawie dziesięcioletnią tradycją, jest pewnym fenomenem - i świetnie, że się na tle innych państw wyróżnia. Zresztą, pozytywnie, jak sądzę.



Stan, o którym przed chwilą mówiłem, dobrze obrazuje incydent z tzw. atomową próbą, jaką w sierpniu bieżącego roku przeprowadził pod granicą swej dziupli oczadziały prezydent Republiki Słomagromu. Wyjaśnijmy czytelnikom, że Słomagrom to jedno z tych państw, które rozciągają się na obszarze od materaca do biurka z komputerem w pokoju swego nastoletniego Likurga. Wydarzenie odbiło się



szerokim echem w świecie wirtualnym. Na tę niezwykłą okoliczność Telewizja Surmeńska wyemitowała nawet specjalny materiał filmowy. Widzimy tam dwóch pociesznych urwisów "detonujących" grubą jak kciuk petardę, którą wcześniej umieścili na włazie studzienki kanalizacyjnej. WKM wybaczy te zbędne szczegóły, ale huk był iście piekielny, jakby się w komodzie blaszany garnek przewrócił. Na forum OPM pojawiły się głosy, by sprawę potraktować poważnie: użyć batalionu desantowo - szturmowego, względnie miotaczy plazmy. Honor starszaków uratował nasz Alchien diuk d'Archien-Liberi, który wobec takiej manifestacji sił nieczystych zachował zimną krew i wystrzelał gamoni mokrym ręcznikiem. Podobną rolę odgrywać będzie teraz, miejmy nadzieję, król senior Paweł. Co decyduje o dzisiejszej wyjątkowości Dreamlandu? Może jesteśmy po prostu - en masse - starsi od naszych kolegów zza miedzy? Z drugiej jednak strony mamy starzejący się Wandystan ze swoim pornosocjalizmem i kultem penisa. Argument metryki odpada. A zatem?

Wydaje mi się, że to jedno z najciekawszych zagadnień dotyczących świata wirtualnego. Gdybym był socjologiem, pewnie bym się nim właśnie zajął. Proszę pamiętać, że ja byłem w Dreamlandzie już w czasach, gdy obecny Książę Sarmacji był członkiem dreamlandzkiego parlamentu, a o Sarmacji się jeszcze nikomu nie śniło. Obserwuję więc wirtualne życie dość długo, ale jednak wciąż zagadka różnorodności pozostaje dla mnie nierozwiązana. Ja kiedyś sądziłem, że to jest sprawa dwóch różnych bloków mentalnych - sarmackiego i dreamlandzkiego - wynikających z pochodzenia. Sarmację należy wywieść w jej genesis od Wolnego Klubu RP. Była to organizacja, w której podstawę stanowiła dyskusja na różne tematy, często do upadłego - dziś nazwalibyśmy to klubem dyskusyjnym, może szczególnego rodzaju. Różnica w objętości listy dyskusyjnej i zaangażowania obywateli w dyskusję (często odwrotnie proporcjonalna do jakości, ale to naturalne) do dziś jest chyba najważniejszym z kryteriów podziału na bloki dreamlandzki i sarmacki. Ale przecież to wyjaśnienie nie może wystarczyć żadnemu rozumnemu człowiekowi! Trzeba by bowiem wyjaśnić, w jaki sposób, mimo że spośród wszystkich dzisiejszych Sarmatów czasy Wolnego Klubu RP pamięta już chyba tylko JXW Piotr Mikołaj, ta różnica w podejściu się utrzymuje. Czy utwardzenie nastąpiło po prostu poprzez premiowanie określonych zachowań, czy może poprzez próby stworzenia z witryn Księstwa takiego typowego serwisu społecznościowego z komentarzami, profilami uczestników, itd.? Dla mnie ten problem jest wciąż nierozwiązany.Zresztą, pozostaje problematyczna sprawa samego podziału: jeśli podzielimy świat wirtualny na blok dreamlandzki i sarmacki, to dla tego drugiego podgrupę będzie stanowił blok wandejskosarmacki, bo Wandystan wprawdzie wywodzi się z Sarmacji, ale jego estetyka, sposób sprawowania władzy, nomenklatura - to wszystko jest fenomenem samym w sobie i nie posiada odpowiedników.

Sojusz ze Scholandią w trudnym do przecenienia stopniu opiera się na wzajemnym podobieństwie obu mikronacji. I tu i tam Bizancjum oraz taki sam szacunek dla słowa. Swego czasu WKM uchodził za głównego rzecznika zbliżenia obu państw, więc nadarza się okazja, by sięgnąć do źródła. Co nam daje taka komitywa?

Proszę pamiętać, że - szczególnie w okresie funkcjonowania Rady Mapy, ale i czasami dziś - Dreamland, Sarmacja i Scholandia były nazywane tzw. "Wielką Trójką". Już stąd wynika, że ścisły sojusz dwóch państw z trzech należących do tak elitarnego klubu skutkuje możliwością niezwykle silnego artykułowania swoich racji. I rzeczy-

wiście: Sojusz Dreamlandzko-Scholandzki stanowił w tamtej rzeczywistości o naszej niezwykłej sile. Dziś świat polskich państw wirtualnych się nieco zmienił. Nie ma już mapy, istnieje Organizacja Polskich Mikronacji, Wspólnota Korony Ebruzów, powstał Wandystan, abdykował Król Scholandii JKW Armin Frederik. My dziś żyjemy już w innym świecie - ale wciąż jestem pewien, że alians Dreamlandu i Scholandii daje nam wielką siłę przebicia i wielkie możliwości, z których nie zawsze korzystamy, ale z których istnienia musimy przynajmniej zdawać sobie sprawę.

Czy Królestwo Dreamlandu wejdzie w posiadanie międzykontynentalnych rakiet balistycznych z głowicami termojądrowymi?

Proszę zadać to samo pytanie premierowi Rządu Królewskiego.

W opublikowanym przed rokiem na łamach "Głosu Weblandu" eseju ("Kolistość wszechrzeczy", "GW" nr 39 i 40), Wasza Królewska Mość starał się wykazać, że najważniejszą cezurą w najnowszej historii Dreamlandu był okres rządów Artura I Piotra, dzielący wartki strumień naszych dziejów na etap przedekorrski i trwająca do dziś fazę ekorrską, którą chyba najlepiej oddają takie słowa, jak: procedury, legalizm i subordynacja. Jednocześnie, niczym niegdyś Włoch G. Vico, Wasza Królewska Mość wieszczy koniec Królestwa, jakie obecnie znamy i każe czytelnikowi drżeć ze strachu na myśl o powrocie do porządków wcześniejszych. "Zmierzch bogów - to się już dokonuje", czytamy w rzeczonym tekście i dostajemy czerwonych plam na udach. Gombrowicz by zapytał: Jak się dokonuje, skoro się nie dokonuje? A może się jednak dokonuje?



Wydaje mi się, że jednak tak - natomiast w nieco inny sposób niż mnie się to wtedy roiło. Zresztą, podkreślę, że nie chodzi o koniec Królestwa, ale o cykliczność: powrót do poprzedniej fazy rozwoju. Proszę zwrócić uwagę, że jestem zapewne ostatnim Królem podchodzącym z tzw. "Starej Gwardii". Według najlepszych przewidywań po mnie na Dreamlandzkim Tronie nie zasiądzie nikt, kto pamiętałby czasy TomBonda czy przynajmniej eMBego. Wraz z naturalnym cofaniem się tych najstarszych stażem, na Dreamland będą wpływały coraz to nowe pokolenia z zupełnie innym bagażem doświadczeń. I rzeczywiście sądzę, że w którymś momencie ludzie nie mający wspomnień z czasów panowania JKW eMBe, nie pamiętający próby secesji solardyjskiej, będą być może chciały powrócić do autorytarnego sposobu wykonywania władzy, sterowania państwem "ręcznie", co niewątpliwie jest prostsze dla sprawujących władzę.

Wasza Królewska Mość, jeszcze w swej larwalnej postaci jako Edward Krieg, wystąpił niegdyś na falach Radia Echa Dreamlandu i nazwał naszą piękną krainę "monarchofaszystowską", dorzucając do tego jeszcze swe "obszarnicze pozdrowienia". Abstrahując do żartobliwego kontekstu tamtej sytuacji, całość zabrzmiała diabelnie przekonująco. W chwilach największego zwątpienia w ideę mikronacji odtwarzam sobie tamto nagranie i nabieram wiary w sens dalszego trwania w naszej konserwie. Pytanie stawiam najzupełniej serio. Dreamland, za wyjątkiem chwilowych ekscesów Bartłomieja Jasińskiego, nigdy nie flirtował dłużej z etatystyczno - wyzwolicielskim etosem liberalizmu. Na osi ideowej Królestwu zawsze bliżej było do międzywojennych Węgier czy karlistowskiej Hiszpanii, niż do modelu skandynawskiego czy niemieckiego. I bez znaczenia był fakt, czy w Pałacu zasiadał webmaster Marcin "eMBe" Bartoszewski, prawnik Artur Piotr Wewióra czy "obszarnik" Krieg. Zarysowana przez Waszą Królewską Mość dychotomia: zamordyzm - legalizm, to jest płaszczyzna najzupełniej wtórna, dotycząca samej metody urabiania społecznej biomasy. Specjałem, który nadaje końcowy smak dreamlandzkiej

cd. na str. 3