|
|||||
Życie bywa zaskakujące. Proszę sobie wyobrazić, że zdarzają się wśród naszego gatunku tacy jego przedstawiciele, którym ciszę leniwego poranka konsekwentnie zaburzają głosy, jakie dochodzą z gniazdka elektrycznego. Siedzisz wyprostowany przy biurku, z wytrenowaną przed laty furią miarowo walisz w deskę klawiatury, zaś z kontaktu na wysokości twojego kolana niespodziewanie dobywa się jakiś bełkotliwy komunikat. Powiedzmy: "Jesteś gubernatorem Kalifornii". I tak do znudzenia. Aż uwierzysz. Głosy dopaść mogą każdego. Nie ma sensu plombować kranów, dajmy spokój kloacznej dziurze w toalecie. Zagaić może nawet toster. Na nic zda się sprowadzanie sąsiada czy kolegów z pracy. Wyśmieją cię i odeślą do łapiduchów. Głosy przeznaczone są tylko dla ciebie. Najlepiej od razu sięgnij po gruby kajet i notuj.
Od jakiegoś czasu notuje głosy niejakiego L. Woody'ego. Spisuję cały komunikat, że tak powiem, jak leci. A leci od początku do końca, choć nie zawsze jest środek. Spisuję i czytam, czytam na głos, tak by całość dobrze zrozumieć i nie uronić nawet sylaby czy litery, co się przecież czasem zdarza każdemu i to w najprzeróżniejszych okolicznościach. Jeden facet spisał raz numer, jaki rzekomo padł w loterii narodowej, porównał z kodem na swoim kuponie i wbił sobie do głowy, że jest trylionerem. Zaraz potem dostał udaru. Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie, bo nie wygrał. Takie jaja, proszę ja ciebie. Niepotrzebnie umarł. I klops, nie odratowali. Tutaj sytuacja jest podobna, a ryzyko nawet większe. Po stokroć większe!
L.Woody przemawia wszak rzadko i zachodzi ryzyko, że komunikatu swego nie powtórzy, albo - co już zupełnie komplikuje sprawę - powtórzy, ale tak, że drugi komunikat nie będzie tożsamy z pierwszym. To się jeszcze jakoś da odchorować, gorsze rzeczy się działy. A te zupełnie najgorsze i zarazem najciekawsze w ogóle się nie działy, i jak tu żyć, proszę ja ciebie, albo działy się, tyle że sąsiadom, gdy im mieszkania wylatywały w powietrze, ale ewakuować trzeba było potem całą kamienicę, bo zaczadzona i toksyczna dla ludzkich organów. Ale do rzeczy.
Głos L. Woody'ego odzywa się znienacka. Spada na człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. Otrzymujesz, na ten przykład, puchar prezesa spółdzielni za dobre wyniki w sąsiedzkim pożyciu, cała ceremonia profesjonalnie zaaranżowana w świetlicy na parterze, młode panie sekretarki uśmiechają się znacząco, a tu nagle masz go, głos Woody'ego, dochodzący gdzieś z zatęchłej piwnicy. Aż człowiek dreszczy dostaje na całym ciele. Aż się nie chce tego pucharu brać. Do cholery z pucharem!, mówisz, oddajesz nagrodę prezesowi i wracasz do siebie, ryglując za sobą drzwi. Ale i to nie pomaga, bo głos Woody'ego spada na ciebie, gdy nastawiasz starą płytę gramofonową, gotujesz wodę na pierogi, wyciągasz zakrzepłego smarka z nosa. Zawsze i wszędzie, proszę ja ciebie.
W ostatni weekend 2007 roku głos Woody'ego spadł na biednego redaktora Estreichera, który dla "Tygodnika Sanockiego" popełnił skromny tekst promujący najjaśniejsze Królestwo Dreamlandu. Tekst zredagowany został z myślą o czytelniku, zaznaczmy, któremu nie w głowie podobne pierdoły, jak najjaśniejsze Królestwo Dreamlandu. Można było siermiężnie i bez polotu, ot sypnąć gąsiorom piachem po oczach, by kichały i prychały przy obiedzie. Biedny redaktor Estreicher podszedł do problemu profesjonalnie i miłosiernie napisał rzecz klarowną i zrozumiałą dla ludzi, którzy zarabiają na chlebek ciężką i poważną pracę. A przecież biedny redaktor Estreicher nie musiał nic robić, mógł się w cesarsko - królewskim grodzie krakowskim snobistycznie alienować, uparcie i konsekwentnie, bez baczenia na kulturotwórcze i cywilizatorskie zapędy liberalnych kolegów z "Tygodnika Sanockiego". Za swój wysiłek biedny redaktor Estreicher został zrazu obsypany kilkoma skromnymi pochwałami. I już się towarzystwo rozchodziło
po domach, gdy gdzieś spod przydrożnego kamienia zabuczał znany nam dobrze głos Woody'ego. "Źle mi,

źle!". Tym razem buczenie usłyszało więcej osób. Zebrani na skwerku obywatele jęli wykrzykiwać w kierunku kamienia swoje słuszne żale. Nawet biedny redaktor Estreicher powiedział coś na swoją obronę. Komunikat Woody'ego, mam go właśnie przed sobą, brzmi cokolwiek enigmatycznie. Tekst w "Tygodniku Sanockim" jest według Głosu Woddy'ego "ani zły, ani dobry, ot taki średniak". Innymi słowy: po lekturze nie dostaliśmy czerwonych plam na udach.
Co znamienne, Głos Woody'ego jest nienachalny, poufały, wręcz ciepły. "Powiedzmy to sobie szczerze", zaznacza Woody, i sączy nam do ucha zatrute słowa. Ale tak szczerze, od serca. Żadnego tam kopania utwardzanym mokasynem po nerkach, co by człowiek nie mógł później zasnąć i kaszlał, jak w reklamie telewizyjnej, ni to kaszlem suchym, ni to mokrym. "Ani zły, ani dobry, ot taki średniak", cedzi nam Woody w nasze brudne małżowiny uszne. Taki średni tekst, proszę ja ciebie, ni w te, ni w tamte.
A jednak L. Woody ma rację, gdy ogłasza, że tekst jest jednostronny, płaski, wręcz tendencyjny, by użyć słów samego króla seniora. Dobrze, że JKW Paweł zabrał głos w tej zabawnej dyskusji. Dzięki temu uniknęliśmy męczącej awantury o ocenę walorów artystycznych dziełka biednego redaktora Estreichera. A tak - "artykuł bardzo tendencyjny", pisze "ex-rex" i jeszcze "bardzo [go] to cieszy". I żeby mi tu cicho było! Gdyby słowa te napisał taki Łukasz Wakowski, a przecież mógł napisać, na głowę byłego premiera spadłyby rózgi ze wszystkich pięciu stron świata, a może by i dziobem rzeczonego mokasyna dostał między żebra. Bo biedny redaktor Estreicher, co nas zawsze cieszy, w formie jest wybornej.
Artykuł redaktora Estreichera jest dokładnie taki, jaki w zamierzeniu autora miał być. Tekst promocyjny zawsze będzie tekstem promocyjnym. Argumenty L. Woody'ego nie mają zatem większej rangi polemicznej. Są jak przeciągły szum, jak wypełniona męczącym szelestem pauza na martwym zakresie fal radiowych.
Głos Woody'ego wywarł na mnie pewne wrażenie. Trzeba niemało odwagi, by tak po prostu włożyć kij w mrowisko. Był to jednak głos, przyznaję, pozbawiony w tamtych okolicznościach najmniejszego sensu. Zapytajmy zwyczajnie: co można było w ten sposób osiągnąć? Kogo przekonać? Na kim zrobić wrażenie? I jakie to w ogóle miało być wrażenie? L. Woody rzucił się pod drzwi i jak niegdyś nieszczęsny Rejtan spróbował przekonać zebraną gawiedź do swoich przedziwnych racji, ale niewłaściwe wybrał drzwi i po złe sięgnął racje. "Jesteś gubernatorem Kalifornii", słyszymy z tostera. No, jestem.
Elkore Salutas.
Stało się to, co stać się musiało - odbyły się wybory, zagłosowano, ogłoszono wyniki. Sam akt wyborów nie przeraża mnie już zupełnie i rzekłbym nawet, że nieszczególnie emocjonuje - ot, symptom wirtualnego starzenia się. Pierwsze moje zdziwienie wywołał fakt, ze po przywróceniu mi praw wyborczych (po okresie namiestnikowania) poczułem pragnienie oddania swojego głosu - co zdaje się oznacza, że agonia jeszcze nie dobiegła końca. To dobrze. Polubiłem swój wirtualny byt i nie w smak mi się jeszcze żegnać.
Kolejne zaskoczenie przyszło, gdy przyjrzałem się uważnie liście kandydatów. Chciałem oddać możliwie przemyślany głos, a że kampanii wyborczej nie śledziłem (czy w tym roku był wyjątek i kampania się w ogóle odbyła?), a i sporej części nazwisk nigdy wcześniej nie widziałem, zmuszony byłem działać niby detektywi, by przekonać samego siebie jaki głos będzie miał sens. Aby zawęzić sobie pole decyzyjne najpierw postanowiłem przyjrzeć się programom partii. Na dzień dobry okazało się, że SF nie ma własnej strony - a w każdym razie link na stronie głównej Królestwa nie działał. To raczej dyskwalifikowało jedynego kandydata tej partii.
Przyjrzawszy się programom nadal byłem pełen wątpliwości (właściwie nic się nie wyjaśniło). Ogólnie rzecz biorąc kandydaci byli mi:
-znani, ale byłem co do nich pewien, że nie chcę ich w parlamencie
albo
-zupełnie nieznani
-albo
-znani, lecz miałem do nich obojętny stosunek.
Nie miałem powodów by glosować na tych pierwszych. Zresztą ta grupa, nie wiedzieć czemu, była najliczniej reprezentowana; być może na starość stałem się zbyt krytyczny. Kandydatów z drugiej grupy można zdyskwalifikować z tej prostej przyczyny, że byłoby to niejako oddanie głosu na kota w worku. Ponadto zakładałem, że skoro nie znam nazwisk, mam do czynienia z młodymi obywatelami, którzy nie mają dość doświadczenia do wymagającej pracy posła. Została kategoria trzecia - a że zawierała jednego kandydata, wybór okazał się łatwy. Niepokojące jest jednak, że wyboru dokonałem w zasadzie metodą eliminacji, a to już bardzo źle rokuje.
Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku miałem jeszcze chęć podzielić się z czytelnikami moimi obawami co do jakości przyszłej IP - teraz, kiedy znam już wyniki, obawy te wcale się nie zmniejszyły.
Mam wrażenie, że ostatecznie nastąpiła śmierć polityki jako jednego z głównych nurtów aktywności w Królestwie. Zdaje się, że średnia wieku polityków spada. Doświadczeni obywatele odchodzą, zwiększa się więc udział młodych, co nie ujmując nic ich zaangażowaniu prowadzi do niejakiego wynaturzenia sceny politycznej. Nie ma sensu nikogo krytykować, ale oczywiste jest, że doświadczenie polityków musi wpływać na poziom pracy IP, a także na jakość i sensowność ustaw.
W mojej ocenie nałożone na siebie oba te elementy - pozytywny (zaangażowanie) i negatywny (brak doświadczenia, brak umiejętności przewidywania jakie prawa są potrzebne w KD i jakie mają szanse być przestrzegane) doprowadzi do legislacyjnej komedii w nadchodzącej kadencji.
Jedyna nadzieja w tym, ze źle oceniłem doświadczenie niektórych nieznanych mi kandydatów i ostatecznie okaże się, że będą oni w stanie korzystnie dla działalnosci izby wpływać na nieco mniej rozgarniętych posłów. Czas pokaże.
Aby uniknąć posądzenia o krytykowanie ludzi zanim jeszcze coś robią spieszę z wyjaśnieniami. Abstrahując zupełnie od nazwisk i partii oczywistym jest dla mnie, że proces legislacyjny powinien przebiegać następująco:
(1) Rozpoznanie realnego problemu lub potrzeby,
(2) Opracowanie rozwiązania,
(3) Spisanie rozwiązania w formie ustawy,
(4) Uchwalenie ustawy po uprzedniej dyskusji i poprawkach,
Brak odpowiedinego doświadczenia w Królestwie prowadzi do następujących błędów (dla kolejnych etapów):
(1) Pominiecie go w całości albo pominięcie przydawki "realny". Innymi słowy np. uchwalenie kodeksu drogowego "bo go nie ma", a nie dlatego, że jest potrzeba regulacji tych spraw.
(2) Zasugerowanie rozwiązania nie będącego rozwiązaniem - głównie poprzez stosowanie zakazów i nakazów bez uwzględnienia realnych metod ich egzekucji, a także - rzecz podstawowa, naiwne założenie, że każdy obywatel przeczyta ustawę i będzie jej przestrzegał. Np. wprowadzenie nakazu rejestrowania w sądzie związków rodzinnych (popularnego ostatnio usynowienia) pod kara nieważności takiego aktu i zapomnienie, że jakiś urzędnik będzie musiał tego pilnować, a pożytek z tego właściwie żaden.
(3) Brak umiejętności pisania aktów prawnych - czasami prowadzący do niebezpiecznych dwuznaczności i luk.
(4) Brak dyskusji oraz ze względu na ilość ustaw i ilość błędów jakie zawierają - niemożność wprowadzenia stosownych poprawek.
Sumując powyższe, prorokuję katastrofę mając równocześnie nadzieję, że rzeczywistość po raz kolejny mile mnie zaskoczy. Liczę także na to, że posłowie w swym zaangażowaniu wezmą pod uwagę powyższy schemat wraz z opisem błędów. który być może okaże się pomocny w ich pracy.
Serdecznie im tego życzę, gratuluję wyników i życzę szybkiego nabywania wiedzy i umiejętności w nowym miejscu pracy, a przede wszystkim wielu mądrych dyskusji i głosowań.