Nr 43
Arona, styczen 2008
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8  

~ Medgar de Rama ~

Zdradzony minotaur



Lektura najświeższej wysokobudżetowej produkcji prozatorskiej Edwarda Kriega prowadzi do wniosków cokolwiek kłopotliwych. Okazuje się bowiem, iż Dreamland współczesny, zgoła drobnomieszczańska obyczajowość jego mieszkańców, określona kultura sprawowania władzy są efektem dziejowego procesu zaniku instynktów, karłowacenia ambicji, wychładzania temperatury żądz, upadku instytucji. "Z Ariadny nici" prezentuje nam naszych nadpobudliwych przodków, wraz z ich iście gargantuicznym apetytem na władzę, nieobcym Maldororowi rozmiłowaniem w okrucieństwie fizycznym i psychicznym, chucią nakierowaną na przedstawicieli płci własnej godną starożytnych filozofów. Poważne wątpliwości natury demograficznej powstają na styku Kriegowej wizji Dreamlandu przełomu szesnastego i siedemnastego wieku i bolesnej namacalności wyludnionych stepów Dreamlandu dzisiejszego. Oto u Kriega okrutnik Esteban Renaga rozkazuje aresztować dwunastu członków rady królewskiej, kilkudziesięciu posłów i senatorów (dzisiaj nie pomieścilibyśmy ich ani w kazamatach, ani w skromnym gabarytami gmachu parlamentu), aby ostatecznie represjom poddać od tysiąca do czterech tysięcy naszych praszczurów (zgroza! zgroza!), poszczególne dzielnice Dreamopolis dzielą zaś całe kilometry, jak należy mniemać, tętniącej życiem przestrzeni! Masowe mordy i pederastia: stąd właśnie, Kolego Jazłowiecki, Drogi Albonie, owe współczesne 0,0002 Dreamlandczyka na kilometr kwadratowy.

Również stosunek samego narratora-badacza do opowiadanej przezeń historii nastręcza niemało trudności interpretacyjnych. Jaką historiozofię uprawia Krieg, zwolennikiem jakiej ontologii przeszłości, tego, co minione, jawi nam się tutaj nasz władca? Otóż Krieg historię jako dziedzinę badań naukowych nieustannie postponuje. Podeprzyjmy się stosownymi cytatami: "Tego co było, w danym momencie, kiedy jest to już przeszłością, nie ma akurat dokładnie w takim samym stopniu, jak tego, czego nie było nigdy." "Nie ma prawdy historycznej. Nie ma do czego dążyć i czego poszukiwać pośród sypkich piachów i glin." O czym zatem na przestrzeni niezwykle rozległego tekstu opowiada nam autor? Jaki status przyznać należy dziejom Henryka? Kim, czym jest on sam?

"Problem z literaturą wirtualną jest taki, że tego, co my, autorzy, opisujemy w ogóle nie ma": nie jest to myśl nowa. Swoją drogą podobny status przypisać należałoby pewnej części, jeśli nie całości realowej produkcji literackiej (z pewnością fantastyka), nie jest to zatem differentia specifica wirtualnej literatury; użyteczność analityczna formułki stwierdzającej ów niejasny stan rzeczy pozostaje zatem pod znakiem zapytania. Narzuca się analogia z "Królami Dreamlandu" Jacquesa de Brolle. I tu, i tam mamy do czynienia z czymś ponad miarę sążnistym, monumentalnym nawet, czymś na kształ traktatu historycznego z licznymi dygresjami brnącymi w psychologię i patologię władzy. "W istocie nic, co tu opisałem, nie zdarzyło się naprawdę" - kończył swój tekst de Brolle, przywracając nas rzeczywistości. Oddając hołd komplikacjom efemerydy bynajmniej nie negował realności opisywanych wydarzeń; przeciwnie, prawem kontrastu ustanawiał osobną, samoistną doniosłość "nieprawdziwej" historyczności wirtualnej. To się mogło podobać. Krieg tymczasem już od początku i konsekwentnie do końca powątpiewa w autonomię materii własnej opowieści; co było pointą u de Brolle'a, tutaj straciło siłę. Konfuzja jest w pełni uzasadniona.

"Jeśli coś chcę udowodnić to to, że jeśli życie to nauka, jak chce imam al-Saud, to, aby żyć, trzeba podróżować" - powiada u Kriega Ambasador Związku Handlowego Nabhan ibn al-Farid. A zatem: navigare necesse est, vivere non est necesse. Lecz Krieg, najpłodniejszy dreamlandzki prozaik, obraziwszy się na badania historyczne, mówi nam swoim utworem jeszcze coś innego: to sam akt kreacji jest zadaniem najpilniejszym, zgoła niezbędnym. "Nie jest to więc książka historyczna. Ale tu nie o historię

chodzi. W świecie wirtualnym można wszak uzupełnić każdą białą plamę na mapie historii." Myśl czysta, intencja szlachetna, pobudka w pełni usprawiedliwiająca wzbogacenie naszego najlepszego ze światów o kolejne kilkanaście tysięcy słów drukiem. Henryka jak i całość utworu postrzegać należy zatem nie w kategoriach kroniki czy moralitetu historycznego, lecz właśnie w kategoriach kreacji literackiej. Oto mamy opowiadanie (powieść, jak chciałby Marcus Estreicher) i jego bohaterów. Skalibrowane na niuanse kryteria oceny właściwe literaturze tolerują sporą dawkę fantazji, lecz wykrywają fałsz na zgoła innych zasadach niźli aparatura badawcza historyka. Czy Edward Krieg pamiętał był o tym cyzelując ostatnie swe dzieło?

W jednym ze skeczy Monty Pythona Śmierć we własnej osobie nerwowo reaguje na specyficzną manierę funkcjowania otaczających ją biesiadników: "Wy Anglicy jesteście tacy pompatyczni!". Zarzut pozostaje skuteczny również wobec psychologii postaci i języka "Z Ariadny nici". Kriegowi nie dostaje lekkości, poczucia humoru, brakuje tu dialogu, wrażliwości na szczegół, którą przecież pokazał przy okazji "Solaarinen". Swoje pieszczoty uprawia diablo na serio. Kriegowi lubieżnicy zdają się chadzać do alkowy w koloratce i pod mieczem, zresztą czy aby nie wyłącznie dla sposobności komponowania tam wątpliwej urody aforyzmów traktujących o władzy i historii? Bohaterowie nie istnieją w swojej intymności, co przecież obiecuje sam początek zapoznający nas z ciekawie pomyślanymi źródłami: "Listami" Nabhana ibn al-Farida i pamiętnikiem królowej matki Marbeth de Dreamlandi. Narracja ulega niepotrzebnej komplikacji z chwilą zabrania głosu przez narratora-badacza, egotyka prowadzącego własną wojenkę z historią, okradającego z należnej im przestrzeni prawdziwych bohaterów dramatu.



Otóż to: Edward Krieg swoich bohaterów nie lubi. Odmawia im swej atencji, skazuje na milczenie, jeszcze za życia strąca na samo bagniste dno piekieł, gdzie czekają ich męki zaiste osobliwie okrutne. Ojciec zgnije za życia, syn podzieli jego los, królowa matka w pamięci pozostanie nam jako klacz rozpłodowa. Sympatyczny skądinąd Alchien Almasy skończy na rożnie. Stykamy się tu z "bezwolnymi kukłami", "starym karłem, spoconym gnomem w koszuli nocnej" (jeden z bardziej plastycznych, smakowitych opisów). Kapitan straży, zapewne nie erudyta, koniecznie musi być mrukliwy; zdarzy nam się również poszukiwać klejnotów w kloace. Z potwornym odorem zgnilizny walczyć będziemy zaś "mokrymi ścierami" upychanymi pod drzwiami. Odbędziemy również rytuał mycia królewskich stóp; tym samym Edward Krieg przekracza międzygatunkowe posterunki graniczne, śmiało wypuszczając się na obszary zarezerwowane dla naturalizmu najśmielszych horrorów.

Z tekstu tych rozmiarów nie trudno wybrać fragmenty ilustrujące określony kierunek interpretacji. W przypadku niżej podpisanego odbyło się to w drugą stronę: skonstatowawszy w trakcie lektury towarzyszące mi nieprzyjemne uczucie zbrukania, postanowiłem zbadać tekst pod kątem potencjalnych jego przyczyn. Lecz wizja Kriega jest spójna: ten świat barokowego okrucieństwa i moralnego nieładu nie daje słabszym pardonu. Mrukliwym gnomem, jeśli nie fizycznie to z pewnością mentalnie, do tego przeważnie zboczeńcem jest tu każdy; trwa licytacja kto okaże się sprawniejszym graczem. Cel zaś jest jeden: władza, której Krieg jako autor ("Szydercy") i polityk przygląda się od dłuższego czasu, zwieńczenie swej kariery odnajdując na dreamlandzkim Olimpie, przez pomyłkę chyba nazywanym Ekorre.

W badanym tomie nie znajdziemy nowych przemyśleń, zaskakującej refleksji, nowej definicji skutecznego mechanizmu sprawowania rządów. W istocie najpełniejszym wyliczeniem poglądów JKM Edwarda Artura na władzę pozostaje "Kolistość wszechrzeczy". Naszego autora w dalszym ciągu przede wszystkim interesuje tarcie na linii dostojny, nieelastyczny legalizm - wymogi praktyki prowadzące do cynizmu. Władza jest przy tym u Kriega wartością samą w sobie; o władzę zabiega się mniej lub

bardziej brudnymi metodami po to, aby móc zapewnić sobie jeszcze więcej władzy. Nikt nie poddaje w wątpliwość celowości owego baletu. "Nie miał już żadnej władzy; tak jakby w ogóle go już nie było" - powiada o jednym ze swoich bohaterów Krieg, obecny władca Królestwa, chyba od początku swojej obecności w Dreamlandzie piastujący wysokie stanowiska w administracji centralnej. Rządzę, więc jestem.

Nieco irytująca jest dowolność, z jaką ubiera Krieg swoją opowieść w europejskie realia historyczne. Niby to Dreamland, ale czy aby na pewno? Skąd wzięli się w obojęnym religijnie Dreamlandzie współczesnym owi spłaszczeni do wymiaru politycznego katolicy, protestanci, muzułmanie i prawosławni i gdzież podziewają się obecnie? Wyznanie nie służy autorowi "Solaarinen" niczemu innemu, jak tylko mocniejszemu uzasadnieniu wzajemnej niechęci grup interesu. Zabieg ten pozostawia po sobie określony niedosyt. Skąd, u licha, wytrzasnął Krieg "Wściekłego Hiszpana", przydomek Renagi? Skąd i po co Hiszpan, zamiast Sarmaty lub Scholandczyka? Dlaczego nie kazał surmalajski Dumas ścierać się masom wokół kontrowersji: skrzynka na onecie czy na interii, a może gmail, miast kazać im przelewać krew w imię pustej wirtualnie idei religijnej? Każdy gatunek rządzi się swoimi prawami. Maniak twardej science fiction ma prawo domagać się od autora sensownego uzasadnienia mechanizmu działania silników fotonowych megarakiety, którą podróżuje dzielny protagonista. Od kryminału oczekujemy logicznej konstrukcji i psychologicznego prawodpodobieństwa. Krieg ustawił "Z Ariadny nici" w dziale: realistycznie o historii wirtualnej, lecz pomieszał w dziwnej proporcji wirtualne z realnym. Instrumentalne, powierzchowne potraktowanie realiów historycznych dla sprzedania fabuły podobno wirtualnej - nuda, klisza, faul, panie dzieju!

Lecz rozpiętości fabularnej, rozmachowi wizji należy przyklasnąć. Opowiadana czytelnikowi historia ma swoje tempo, niespieszne, dostojne. Nie biegniemy, lecz razem z narratorem kroczymy naprzód; można się wciągnąć. Krieg epizody zbywa jednym, dwoma zdaniami, nie zatrzymując się w jednym miejscu ani na chwilę dłużej, niż jest to potrzebne dla pchnięcia opowieści dalej. Tymczasem potencjał wątków pobocznych wydaje się nawet przerastać końcowy efekt. Bój pod Tylerią, postać Estebana Renagi - przykłady jedynie zasygnalizowanych w tekście, wielce obiecujących fabularnie wydarzeń i postaci można mnożyć (autor nie daje wypowiedzieć takiemu Renadze, najbardziej wyrazistej postaci, ani jednego słowa!).

Najlepszym momentem "Z Ariadny nici" jest ostatni, domykający całość rozdział; kameralny, pisany z pierwszej osoby, znacząco odbiega w tonie i barwie od korpusu dzieła. Po "Szydercach", "Solaarinen" i właśnie "Z Ariadny nici" zaryzykować można tezę, iż pióro Kriega niekoniecznie najlepiej sprawdza się w konfrontacji z ulubionym tematem autora, to jest zakrojoną na szeroką skalę intrygą polityczną. "Solaarinen" wraz z fragmentami ostatniego opowiadania pokazują, iż posiada Krieg aparaturę sprawnie rejestrującą pejzaż wewnętrzny, starcia jednostek twarzą w twarz, konflikt charakterów i być może stronić powinien od bitew rozgrywających się w skali batalionu, pułku, armii. "Henryk miał już czternaście lat, kiedy do pałacu księcia Almasý przybył wysłannik z wiadomością, że król leży na marach. W tym czasie zdążyliśmy przeżyć wiele chwil trwogi" - tak kończy się "Z Ariadny nici". Jako czytelnik chciałbym, aby właśnie w tym miejscu wszystko jeszcze było przede mną. Jest to tyleż świadectwo porażki autora, co jego sukcesu. Tą historię można było opowiedzieć po prostu lepiej.



Edward Krieg zapomniał bowiem, po co Tezeusz wszedl do labiryntu i w jakim celu Ariadna sprezentowała mu motek nici: celem było pokonanie Minotaura, nie zaś sama przechadzka po lochu. W rezultacie nie dostaliśmy mięsa, na które zasłużyliśmy, którego oczekiwaliśmy i które po "Solaarinen" zdawało się być w zasięgu zbrojnej w pióro Kriegowej pięści. Ambicje były spore, skończyło się na kłopotliwym zwłaszcza dla czytelnika rozkroku: "Z Ariadny nici" chce być literaturą piękną, nie odżegnując się przy tym całkowicie od aspiracji eseistycznych, co ostatecznie nie wychodzi na dobre ani opowieści i jej bohaterom, ani randze uwag kreślonych na jej marginesie. O czym jak najbardziej warto przekonać się osobiście.

Edward Krieg: Z Ariadny nici. Gedania: Plegolal, 2007.