Nr 43
Arona, styczen 2008
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8  

~ Medgar de Rama ~
~ Jacques de Brolle
~

DURSZLAK (2)

Prezentujemy drugą odsłonę cyklu cedzakowego. Pierwsza część spotkała się z życzliwym przyjęciem Czytelników. Z numeru na numer staramy się pracować nad dostrojeniem naszej aparatury, to jest właściwym doborem średnicy oczek sita. Materiał zbyt gruby jest źle przyswajalny, drobnica jedynie plami klawiaturę miast zatrzymać się na ekranie. Mocno generalizując, powiedzieć można: taki durszlak, jakie mikronacje. Śmieszne, kuriozalne, intrygujące. Przydawki mniej lub bardziej wulgarne zostawmy na inną okazję.


***

Nowy Namiestnik proteuszowego Luindoru, nasz redakcyjny kolega Marcus markiz Estreicher, zapowiada uczynienie z niegdysiejszej Solardii krainy mlekiem i szerokopasmowym internetem płynącej. Luindor stać się ma czymś na kształt ziemi obiecanej mikronacji. Znając temperament Marcusa Estreichera, raczej nie będzie to park rozrywki na kształt Disneylandu. Zadziwiające są kontrasty właściwe naszym czasom: z jednej strony high-tech i doktorski biret, po drugiej stronie miedzy głód informacji, próchno i bryndza gdzie nie spojrzeć. Wejście na stronę Wielkiego Księstwa Solardii przypomina podróż w czasie, nie tylko ze względu na ostatni news datowany na kwiecień ubiegłego roku. Adres mailowy Morfeusza Tylera z brzydkim beknięciem wypluwa listy: skrzynka jest przepełniona. W październiku Erboka oferowała Solardii pomoc we włożeniu kluczyka do stacyjki. Odpowiedział niejaki Mario Riina Nati: "Gdyby cała przyszłość leżała w rękach moich czy kogo innego z aktywnych mieszkańców Solardii żyjących w dziczach czy lasach, szukających lepszego dobrobytu, to z pewnością byśmy przyjęli propozycję". Być może dzielny Marcus Estreicher, deklarujący troskę o przeszłość ziem obecnej swej domeny powinien na początek wysłać Solardyjczykom kilka helikopterów kocy i słowników, opisanych na burtach białą farbą jako pomoc humanitarna. Na wypadek umiarkowanie życzliwego przyjęcia, z przyspawanych do płóz głośników ryknie któryś z kawałków The Dreamland Band, a sprytnie podwieszone pod kadłubami zbiorniki umożliwią spryskanie autochtonów dermatologicznie uciążliwym roztworem uniwersalnego płynu na robaki. Nocą po dżungli poniesie się sobacze wycie niewdzięczników.

[de Rama]



***

Dość nieoczekiwaną karierę zrobił na głównej liście dyskusyjnej Królestwa tekst, jaki Marcus Estreicher opublikował na łamach "Tygodnika Sanockiego". Do uważnej lektury rzeczonego materialu zachęcał zwłaszcza pikantny komentarz Luke'a Woody'ego. Tekst, według byłego Namiestnika Koronnego Furlandii, jest po prostu kiepski, bo tendencyjny. Jest nawet gorzej. Dokładniej rzecz ujmując, ciągnie Woody, mamy do czynienia z peanem. Za pisanie peanów ląduje się od razu w dziewiątym kręgu

piekielnym, z Kainem i spółką. Tam można sobie wypisywać peany do woli. Dla odmiany pochlebnie o artykule wypowiedział się Cyprian Lee. Utalentowany artysta morlandzki postanowił nas nawet troszkę postraszyć i swym liście prognozuje: "Myślę, że w najbliższym czasie czeka nas przyrost nowych mieszkańców". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pan Cyprian poczuł się w obowiązku natychmiast doprecyzować: "Oby aktywnych!". Do tej pory, jak wiadomo, teksty promocyjne ściągały nam na głowy samych nieaktywnych, zwykle wbrew ich woli i wiedzy. Po prostu pudło monitora wciągało ich za dzioby i robiło burmistrzami wirtualnego królestwa. W gruncie rzeczy nie były to nawet żywe organizmy ludzkie, jeno spadające z nieba, jeden po drugim, furgony porąbanych ciał, jak u Różewicza.

[de Brolle]


***

Za granicą kochają Dreamland. Doprawdy, czym właściwie zasłużyliśmy sobie na to? Pora, abyśmy i my nauczyli się właściwie oceniać egzotyczne uroki krajów ościennych. Złotousty Mandragor Jutrzenki (to taki wandejski Zeus) Piotr "Khand" Krupiński deklarował niedawno: "Gdybym mial zaczynać v-życie od nowa i nie byłoby Mandragoratu Wandystanu, to z pewnością osiedliłbym się w Dreamlandzie. Jeśli przeciętne v-państwo jest kapelą podwórkową z Chmielnej - to Dreamland to filharmonia narodowa." Serce rośnie, co tu dużo gadać. Po chwili jednak wandejski Serdeczny Przywódca narodu zastrzega się: "My jesteśmy oczywiście i tak najfajniejsi. Jesteśmy, jeśli trzymać się powyższych porównań, zalaną w trzy dupy ciężką kapelą rockową." Nic dodać, nic ująć. Przy okazji świąt Bożego Narodzenia szczery stachanowiec, Manragor Khand poinformował swą wirtualną brać: "Strasznie się nażarłem. Masakrycznie". W ostatnim tygodniu grudnia w Genosse-Wanda-Stadt panowały siarczyste mrozy. Tylko temu faktowi mieszkańcy wandejskiej stolicy zawdzięczać mogą, iż zawartość przeciążonych ciągów kanalizacyjnych nie popłynęła ulicami miasta. Mandragorze! Jutrzenko socjalizmu! Kiedyż wreszcie Ty i Twój nocnik odwiedzicie Dreamland?

[de Rama]


***

W ostatnich dniach za sprawą niejakiego Rhadmora Euskadi, Alfy Wilczych Ziem, Materiału na Wędlinę, mieliśmy sposobność przekonać się, jakie konsekwencje niesie ze sobą publiczne rozpytywanie "o co chodzi" połączone z cytowaniem rozmówcy, który nazywa nas idiotą. Otóż niesie ze sobą taką oto konsekwencję, iż jedynie potwierdzamy, że owym idiotą jesteśmy, ku dzikiej uciesze zgromadzonych. W takich razach głos zabiera i ten, który coś do powiedzenia ma, i tamten, który wyczuwa jedynie sposobność bezkarnego wytargania za czuprynę pechowego fajtłapy. Przez chwilę było i śmiesznie, i straszno. "Rhadmorze, przestań się narażać" - groził urękawiczonym paluszkiem Alchien diuk d'Archien-Liberi. Uzyskaliśmy przy okazji wgląd w sprawki tak zwanych rodów. Zauważmy: są to sprawki ciemne, są to porachunki godne może nie od razu pióra Szekspira, może prędzej kulkowca Małgorzaty Musierowicz. "Zostałaś zablokowana z powodu dołączenia do rodu Ełskadich, których nie lubię" - tłumaczył przyczyny swojej dramatycznej

decyzji byłej członkini rodziny zaaferowany Martin van Spider - d'Archien - Liberi. "Nie obchodzi mnie to czy będziesz się śmiała i litowała. Po prostu mi to zwisa." - informował niewierną. Tu nie ma sporu. Bez żadnych wątpliwości, wprost w kierunku jądra planety zwisa to nam wszystkim. "To metoda wytworzenia nowego, dość ścisłego rodzaju relacji pomiędzy obywatelami państw wirtualnych" - śmiertelnie poważnie powiada w tym numerze JKM Edward Artur pytany o sens zakładania rodów. Tymczasem im dalej w las, tym mniej z tego wszystkiego rozumiemy. "Nie wypada nam, Krewnym Książąt i Królów wdawać się w sprzeczki z tak młodą rodziną o tak niskim statusie. Jak już chcecie sobie dobierać wrogów, to niech to będą chociaż dynastie panujące." - zdradza ostatecznie swe demoniczne intencje diuk Alchien. Do gry w zbijaka potrzeba wszak dwóch drużyn. Ileż satysfakcji daje podkręcona piłka posłana prosto w czajnik Mietka, który, skubaniec, nie daje odpisać matmy!

[de Rama]


***

Za sprawą hrabiego Albona wiemy już, że większość osób zaangażowanych w przedsięwzięcie o nazwie Dreamlandzka Liga Piłkarska (DLP) ma do swych zobowiązań stosunek dość luźny, by nie nazwać rzeczy dosadniej. A nazywając rzecz dosadniej, ergo cytując hrabiego Albona, większość działaczy ma cały podejrzany biznes "w dupie". Jak to, zapytujemy zdumieni, piłkę nożną, gałę? Gałę w dupie? Niestety. Jak się okazuje, organizatorzy Ligi mają do obowiązku stosunek zupełnie niekantowski. Jak to ludzie. Sprawą zainteresował się nawet król Paweł. Gała w dupie, takie cuda! A jednak niezupełnie. Jak wyjaśnia prezes DLP, wicehrabia von Gratz, "liga została zlikwidowana na skutek fatalnej pomyłki". I tyle. Fatalna pomyłka. Gała jest fajna, tylko pomyłka zaszła. Coś z pompkami chyba. Hrabia Albon może spać spokojnie.

[de Brolle]


***

Nie jest to jedyna pomyłka, o jakiej dowiedzieliśmy się w grudniu z głównej listy dyskusyjnej. W połowie miesiąca ze wszystkich sprawowanych przez siebie funkcji zrezygnował Martin wicehrabia van Buuren, który żachnął się na bezrefleksyjnie krytykujących go towarzyszy. A trochę się tego uzbierało, mówimy wszak o Namiestniku Koronnym Furlandii, szefie naszej misji dyplomatycznej w Sarmacji, podówczas jeszcze kandydacie do Izby Poselskiej, nota bene wypychanym przez własną partię do gabinetu premiera. W długim jak litania liście van Buuren soczyście eksplikował powody swojego postępku, zdzierając z siebie kolejne szaty, złote bransolety, baretki i wisiory na szczęście. Zrzekł się również tytułu arystokratycznego. Innymi słowy - odbrązowił się i zupełnie odciął do wpływu na losy świata. Byłbyś przysiągł, że noworoczna raca eksplodowała obok głowy dygnitarza. Jak zwykle poszło o jakąś kosmiczną pierdołę. Dwa dni później skruszony dygnitarz przeprosił monarchę za co się dało i powrócił do dawnych tytułów. I dobrze się stało, jak się stało, bo pan Martin należy do najciekawszych postaci naszej sceny politycznej. Życzymy dużo zdrowia i trzymamy kciuki za pomyślny rozwój kariery.

[de Brolle]