|
|||||
W ostatnich dniach listopada Józef hrabia Kalicki powrócił na surową surmalajską ziemię i z rozpędu przystąpił do szturmu na skrzynki pocztowe pogrążonych w irytującej śpiączce autochtonów. Śniegi północnej prowincji najwidoczniej nie zdołały ostudzić zapału byłego premiera, skoro w specjalnej odezwie do rodaków hrabia Kalicki usilnie domagał się odpowiedzi na osobliwie sformułowane pytania: "Jak spędziliście ostatnie dni?", "Poznaliście kogoś nowego?", "Znaleźliście coś cennego?", "A może udało się Wam osiągnąć coś, co sobie wcześniej zaplanowaliście?". Całość odezwy, zredagowanej w stylu apelu w szkole kadetów, kończy się na poły żartobliwym napomnieniem, by "każdy się swoimi wrażeniami podzielił". Jako że klarowniej swych postulatów wyrazić się już nie dało, hrabia Kalicki, obywatel mocno dla Korony zasłużony, kazał stajennym rozkulbaczyć konia, majordomusa posłał na podgrodzie po świeże ryby, zaś sam spokojnie przystąpił do parzenia ziół na stargane męcząca podróżą nerwy. I czekał, niespiesznie pykając mahoniową fajeczkę. Przez kilka pierwszych kwadransów nawet było miło. Później zaś - jak zwykle.
Jako obywatel Weblandu życzliwie przyglądałem się kolejnym podrygom gospodarza północnej pustyni i podobnie jak większość pozostałych cudzoziemców obecnych na surmalajskiej liście dyskusyjnej z zapartym tchem oczekiwałem finału karkołomnego przedsięwzięcia. I podobnie jak wszyscy wspomniani neutralni obserwatorzy, zgromadzeni pod szyldem Schadenfreude, słusznie oczekiwałem pięknej katastrofy. Jak się można było spodziewać - swoimi wrażeniami nie podzielił się nikt, bo też jak Dreamland długi i szeroki nigdy u nas nie słyszano, by w odpowiedzi na takie przyjazne gesty ze strony administracji raczył ktoś choćby zabuczeć zza krzaka. Wiemy wszak doskonale, że nikt z nas nie poznał nikogo nowego, nie znalazł nic cennego i nie osiągnął nic z tego, co sobie zamierzył.
Kolejny wieczór obcości przeżył osamotniony Namiestnik w dniu intronizacji swego sąsiada. Widok mijających się w Pałacu Królewskim Svobody i Kriega mocno rozczulił byłego premiera, który swą konsternację przekuł na list otwarty do całej społeczności dreamlandzkiej. "Pojawiła się w mojej głowie myśl: cóż to może oznaczać i odpowiedzi mnie przestraszyły". Powiedzmy to sobie uczciwie: większości z nas jest to zupełnie obojętne, czy audiencji w Ekorre udzielać będzie od jutra Frodo Baggins czy praski Golem. I żadna odpowiedź nie jest w stanie nas przestraszyć. Józefowi Kalickiemu nie jest wszystko jedno i jest to fakt zdumiewający.
Dla porządku odnotujmy, że podobne w wymowie oświadczenie wydał z siebie Krzysztof Jazłowiecki, nasz nadworny dziejopisarz. W swym publicznym wystąpieniu sir Jazłowiecki wywindował arcyksięcia Kriega na wyżyny dostępne jedynie bogom, tytanom i żydowskim prorokom. Nie jest tajemnicą, że redaktor naczelny "Scriptores Dreamlandis" nowego króla po prostu nie zna, bo też biwakuje w Królestwie ledwie od kilku miesięcy. W takiej sytuacji wypadało siedzieć cicho i nie wykrzykiwać pod oknami wymiętych współobywateli, że Jego Królewska Mość "dał się poznać z najlepszej możliwej dla człowieka strony". Po wysłuchaniu podobnego wyznania niemal żałujemy, że królem nie został jednak Frodo Baggins.
Powróćmy na koniec do skutej lodem pustelni Józefa Kalickiego. Jeszcze w grudniu ten sam Namiestnik, który kilka dni wcześniej drżał z obawy o własne odpowiedzi na postawione przez siebie pytania, wydał własnym sumptem trzeci już numer "Biuletynu Informacji Surmalajskiej". Tytuł nie jest mylący. Redagowana przez Hrabiego broszura rzeczywiście informuje o porządkach w Surmali. "Biuletyn" to w istocie klasyczny przykład solilokwiów, pisma, w którym autor poddaje zdyscyplinowanej refleksji własne intuicje i konstatacje. Monologowanie Kalickiego obraca się wokół tematów, dla których trudno byłoby znaleźć nudniejszy substytut. Zgoła beznadziejną sytuację ratuje osobliwa maniera językowa Hrabiego, jakby żywcem importowana z pism dawnych luteran. W jednym miejscu Namiestnik, programowo chory na "bojaźń i drżenie", przez nikogo nie proszony i bez poważniejszej do tego podstawy, wyzywa nas do "czczenia przodków", którym rzekomo mamy coś zawdzięczać. Idzie m. in. o grupę chłopów wyrżniętych w pień przez niejakiego Resursa, zresztą też hrabiego, co mogło mieć miejsce pod koniec XVII wieku. Przywodzi to na myśl rewelacje arcyksięcia Nimitza, który wspominał onegdaj, jak to wykrwawiał się dla Królestwa, brodząc po pas w strumieniach błota. "Dla dobra mojego państwa nieraz spałem w siodle. Patrzyłem, jak wielu z moich przyjaciół umiera", żeby zacytować najbardziej pikantny fragment wspomnień nieśmiertelnego pułkownika wojsk królewskich.
Przed pięcioma laty namiestnik Folke, właściwy twórca surmalajskiego skansenu, dwoił się i troił, by swoim zdziesiątkowanym obywatelom dostarczyć rozrywki. Budował im miasta, grodom już istniejącym nadawał fikuśne nazwy, skonstruował gramatykę nowego języka, przygotował użytkowane do dziś strony prowincji, opracował od fundamentów lokalny system polityczny i przez pewien czas praktycznie w pojedynkę redagował pismo o ambicjach ogólnokrajowych ("La Fourchette"). Ot, taka ekwilibrystyka na pustyni, wykrzykiwane na pustkowiu uroczyste zaklęcia, jadeitowe ozdoby dla kruków i wróbli. W ślady swego ambitnego poprzednika nieśmiało zmierza dziś hrabia Kalicki, który mimo stosunkowo krótkiego stażu obywatelskiego, powoli pracuje na własną gablotkę w galerii dreamlandzkich osobliwości. Wczytując się w wypowiedzi Księcia Surmali nie jestem w stanie się śmiać, ba, jeśli się nawet uśmiecham, to z grymasem, niepewnie, a tak naprawdę w ogóle się nie uśmiecham, bo wiem, że autor bierze odpowiedzialność za swoje słowa, choćby najbardziej groteskowe. Hrabia Kalicki po prostu nie robi sobie jaj. I dlatego jest Dreamlandowi potrzebny bardziej, niż Dreamland jest potrzebny jemu.
[W planowanym na pięć odsłon cyklu planuję przyjrzeć się włodarzom prowincji, niejednokrotnie osobnikom mocno frapującym.]
Cóż może powiedzieć nieco już podstarzały Dreamlandczyk, obserwujący naszą wirtualną ojczyznę niestety najczęściej z boku? Najłatwiej byłoby zrzędzić i przyznam szczerze, że obserwując niektóre ostatnie wydarzenia miałbym na to wielką ochotę. Żeby jednak nie zanudzać czytelnika powstrzymam się od tego cokolwiek mało konstruktywnego zajęcia. Zresztą na liście dyskusyjnej pewne osoby robią to z podziwu godną sprawnością i nie śmiałbym z nimi konkurować.
Po tym krótkim wstępie, który niewiele zapewne dając czytelnikowi doskonale stłumił we mnie niskie instynkty postaram się wypłynąć na spokojne i słodko koszyłące do snu wody rozważań teoretycznych, zwanych przez niektórych filozofowaniem, przez innych przynudzaniem. Jakiej by jednak nomenklatury się nie trzymać głęboko wierzę, że przeciętny Dreamlandczyk nim dotrze do końca tego tekstu przemyśli sobie to i owo. Nie wykluczam również, że u co bardziej podatnych sporadyczne impulsy elektryczne wywołane artykułem doprowadzą szybko do efektu lawinowego pobudzania kolejnych synaps, prowadząc do pojawienia się wirtualnego bytu zwanego pomysłem. Wizja ta napawa mnie dumą i obawą zarazem (nietrudno mi wyobrazić sobie katastrofę jako ostateczny rezultat owego pomysłu) - niemniej jednak dodaje sił i ochoty do głośnego wypowiedzenia kilku myśli kołaczących się pod moim ozdobionym rogami czerepem.
Dreamland w swej fizycznej reprezentacji niewątpliwie jest królestwem kontrastu. Małe dzieła sztuki w postaci systemów informatycznych czy po prostu profesjonalnie wykonanych stron stanowią filary, wokół których raz za razem przysiadają maszkarony, drażniące nawet moje pozbawione gustu oko (mam zresztą słaby wzrok - nawet wedle dreamlandzkich standardów). Nie chodzi mi nawet o zwyczajnie brzydkie strony. Mam raczej na myśli szereg przedsięwzięć, które są wynikiem krótkotrwałego zapału ich twórców (co niestety widać od razu), którym na dodatek wydaje się, że kilkugodzinny wysiłek wystarczy by stworzyć coś, co z miejsca zauroczy innych (a często również zachęci do płacenia za wirtualny towar lub usługę). W przeważającej części, jak sądzę, kończy się to srogim rozczarowaniem.
Nie powinno to dziwić w sytuacji, kiedy nawet całkiem błyskotliwe pomysły wsparte dużym wkładem pracy często przynoszą mizerne efekty. Swego czasu nieoceniony wkład w kulturę Królestwa wniósł Nebula Blue - który również rozczarował się niewielkim odzewem ze strony dreamlandczyków.
Odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie spierają się dwie wizje rozwoju, co zobrazuję na przykładzie miast furlandzkich. Swego czasu moją odpowiedzią na trudną sytuację kadrową w Furlandii była redukcja liczby miast poprzez "zamknięcie" dwóch z nich. W zamyśle miało to doprowadzić do wzmocnienia pozycji pozostałych i przyspieszyć napływ obywateli. W dalszej perspektywie miasta miały być stopniowo "odblokowywane", gdy liczba mieszkańców pozostałych miast osiągnie wyższy poziom oraz gdy znajdzie się kompetentny i doświadczony kandydat, dla którego stanowisko i misja reaktywacji miasta stanowić będą wyróżnienie. Niestety, bardzo szybko okazałem się niekonsekwentny ulegając prośbom kandydatów na burmistrzów, którzy woleli prowadzić własne miasto niż włączyć się we wzmacnianie innych. Szybko więc liczba miast wróciła do normy, mimo że nie został spełniony warunek odpowiedniej ilości mieszkańców. Uważam, że była to błędna decyzja. Dziś skłaniałbym się nawet do bardziej radykalnych kroków -
mianowicie upośledzenia wszystkich miast do statycznych stron www (takie miasto nie miałoby burmistrza ani mieszkańców), pozostawiając jedynie stolicę w takiej formie w jakiej zwyczajowo funkcjonują miasta w Królestwie. Mając tylko jeden wakat burmistrza do obsadzenia można by już mieć nadzieję, że rzeczywiście trzeba będzie wybierać kandydata spośród przynajmniej kilku chętnych. Powinno to sprawić również, że osoba, która zwycięży w konkursie poczuje się wyróżniona, doceniona i w konsekwencji będzie bardziej zaangażowana w to co robi.
Do wniosków podobnych dochodzę na podstawie własnych doświadczeń - otóż najbardziej zaangażowany byłem w prace wiceministra finansów, które to stanowisko otrzymałem jako jedyny chętny, ale wówczas byłem przekonany, że zostałem wybrany z grona kilku kandydatów. Każdy przyzna, że większym wyróżnieniem jest pozycja Regenta czy Namiestnika (które to stanowiska również piastowałem - jednak ze świadomością, że wybrano mnie systemem "jedynego chętnego"), a jednak bycie wiceministrem dało mi najwięcej radości i satysfakcji (wtedy jeszcze nie wiedziałem jaka jest sytuacja kadrowa w Królestwie).
Zawsze byłem zdania (a pogląd ten w miarę czasu utrwalił się i zaostrzył), że od obywateli trzeba jak najwięcej wymagać. Temat ten był częściowo dyskutowany przy okazji systemu gospodarczego (obowiązek jedzenia) i systemu finansów (obowiązek płacenia podatków). Postulaty tego typu atakowane są zwykle jako sprzeczne z ideą wolności, swobody decyzji itp. Mało kto zauważał przy tej okazji, że w Dreamlandzie mamy sytuację, w której państwo ma obowiązki wobec obywateli, natomiast obywatele nie mają żadnych obowiązków wobec państwa: cały potężny wkład obywateli dokonuje się na zasadzie dobrowolności. Być może należy uznać system taki za całkiem sprawny (mimo, że nikt nic nie musi, to jednak życie w Królestwie wciąż pulsuje) nie można jednak zaprzeczyć, że taka relacja obywatel-państwo jest skrajnie nieuczciwa.
Obecny trend w Furlandii jest przeciwieństwem mojej koncepcji - symptomem rozwoju jest tam zwiększenie ilości miast. Nie będę w tym miejscu krytykował takiej polityki, nie potrafię bowiem przedstawić żadnych dowodów na wyższość jednej wizji nad drugą - są to raczej subiektywne odczucia poparte mniej lub bardziej wiarygodnymi przesłankami. Posłużę się natomiast tym przykładem dla zobrazowania kontrwizji, która, jak sądzę, dominuje teraz w Królestwie.
Panuje u nas poczucie, że Dreamland jest miejscem gdzie każdy może (w każdym razie powinien móc) realizować swoje marzenia. Nie można mu więc blokować dostępu do stanowiska burmistrza jeśli pozostają wolne miejsca do obsadzenia. Nawet kompletnie nowym i nie obeznanym z wirtualną rzeczywistością mieszkańcom pozwala się założyć firmę, gazetę, objąć pracę w ministerstwie lub na stanowisku burmistrza. Częściowo złagodzono tą tendencję wprowadzając status obywatela i naukę w SGK. Zalety takiego systemu wydają się oczywiste - szeroki wachlarz możliwości zachęci nowych obywateli do inwestowania czasu i wysiłku w rozwój Królestwa (poprzez pracę w administracji lub tworzenie własnych przedsięwzięć). W efekcie zakładając stały napływ nowych obywateli i niski współczynnik odejść (po co odchodzić skoro można realizować się na tyle wspaniałych sposobów) powinno nas z miesiąca na miesiąc przybywać. Dlaczego więc tak się nie dzieje? Każdy może doszukiwać się przyczyn na własną rękę. Moje wnioski już znacie.
Nie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi, czy wolę Dreamland takim, jakim jest teraz (z tymi maszkaronami, o których pisałem wcześniej, które jednak stanowią swego rodzaju interesujący folklor) czy też pozornie silniejszy, bardziej profesjonalny, bardziej wymagający i bardziej elitarny. W tym drugim przypadku obawiam się zbytniego zamknięcia, a także stagnacji. Sam wielokrotnie doświadczyłem sytuacji, w których moje śmiałe i genialne idee nie dochodziły do skutku z braku zapału i czasu do ich przygotowania. Stawianie sobie zbyt wymagających celów może być destrukcyjne.
Być może lepiej mieć staw pełen ruchliwego planktonu i chwastów niż jednego dorodnego karpia, który i tak kiedyś będzie musiał zdechnąć. Nie wiem. Może jednak warto choć w niektórych przypadkach stawiać na jakość, a nie na ilość. Możliwości jest mnóstwo: konieczność uzyskania licencji na wydawanie własnego pisma (okrzyk z sali: "Cenzura!!!"), ograniczenie ilości miast ("Zamach na historię!!!"), ograniczenie ilości posłów/senatorów lub likwidacja jednej z izb ("Zamach na demokrację!!!"), wysokie koszty rejestracji firmy w CRIP ("Zamach na wolny rynek!!!! Rzucanie kłód pod nogi młodym obywatelom!!!") itp. Jak widać nowatorstwo w tej dziedzinie może oznaczać polityczne samobójstwo.
Koniec gdybania na dziś. Kto ma czas i zapał - do pracy! Powodzenia.