|
|||||
Obraz miesiąca
W sierpniu Dreamland obchodził swe wielkie święto. Celebrował je w całej swej zmaskulizowanej masie. Uroczystą paradę poprowadził biały rumak arcyksięcia Nimitza. Dalej już przetoczyły się konie bez wyjątku czarne. Stołeczne trotuary, przynajmniej wzdłuż trasy, którą pędzono zwierzęta, straszyły pustkami. Kilka przecznic dalej kręcono kolejną część modnego wśród młodzieży filmu „Willow”.
W sali tronowej odbyła się uroczysta audiencja z udziałem monarchy i jego uniżonych poddanych. Ogólnie familijna atmosfera rymowała się z nieformalnym tonem wypowiedzi obecnych w izbie dyskutantów. Niektórzy swe osobliwe perory uzupełnili wyszukanymi fikołkami. Dzwonków błazeńskich król jednak zdążyć nie rozdał - znużony opuścił wesołkowatych panów baronów i markizów. Musiały wystarczyć hełmofony.
Jak na chłopięcą społeczność przystało, przez cały miesiąc oddawaliśmy się typowo męskim rozrywkom. Sakramencko nudne obchody szóstej rocznicy powstania państwa urozmaiciła nam pierwsza w Krainie Marzeń federacja boksu i jej gladiatorzy. Od ciągłego okładania się pięściami nabawić się można choroby Parkinsona. Wiedzą o tym niektórzy z nas. Jak się bowiem okazuje, wrześniowe strzelanie do kaczek najlepiej wychodzi tym, którzy nie zdążyli wziąć udziału w brutalnych walkach. Pokonanych grzebano żywcem pod deskami ringu.
Typowy Dreamlandczyk to homo ludens. Pochodzenie nazwy furlandzkiego miasta Segali (od staro-furlandzkiego „Se - grali”) wskazuje na tradycje jakichś radosnych, być może sportowych właśnie rozgrywek. Wyraźnie rozczarowany powyższą interpretacją jest czołowy dreamlandzki muzykolog, twórca znakomitego hymnu weblandzkiej republiki. Uczony utrzymuje, że idzie raczej o plemienną tradycję dmuchania w drewnianą fujarkę wyobraźni. Liczba mnoga w nazwie miasta (podmiot domyślny „se”) ma, zdaniem naukowca, wskazywać, że Furlandia nie zawsze była pustelnią. Przynajmniej do momentu przebiegunowania planety.
W połowie świątecznego miesiąca Dreamlandczycy zafundowali sobie merytoryczny wykład na temat czystości kodu. Jeśli możliwa była „metafizyka rur” (tytuł jednej z powieści Belgijki Ameli Nothomb) tak dopuszczalna będzie chyba „metafizyka znaczników”. W Surmali powstaje właśnie hermetyczna szkoła internetowych perypatetyków. Część wykładów w języku gruzińskim. Mimo wszystko pozostaje tylko pogratulować byłemu włodarzowi Surmali opanowania i cierpliwości. Przez kilkadziesiąt godzin pachniało linczem. Głos zabrało bodajże pięciu byłych lub obecnych namiestników. Starły się na liście dyskusyjnej nasze koronowane koziołki. Dwa z nich zwarły się na moment swymi różkami. Huknęło coś, mlasnęło, z pękniętych główek wypłynęła dziwna jakaś maź. Cała mądrość narodów, być może.
W ostatnich dniach sierpnia swój suwerenny byt zakończyła Teutonia, nieszczęśliwe cesarstwo u wybrzeży Sarmacji. Ta ostatnia dokonała inkorporacji kilkuosobowego imperium. Do pierwszego zgrzytu doszło w momencie, gdy strona teutońska wyczytała u Kopalińskiego, cóż to ta inkorporacja właściwie znaczy. Nie, to nie jest synonim małżeństwa.
Pavel Svoboda, gospodarz morlandzkich Kakut, zafundował nam rozrywkę godną angielskich lordów. Idzie o strzelanie do fruwających kaczek. Ptaki wzbijają się do lotu trójkami, przy czym z każdą nanosekundą dystans między nimi rośnie. Strzelać należy tuż po momencie t=0, gdy małe paskudy kupą opuszczają butwiejące chaszcze. Później jest już tylko trudniej. Jakkolwiek komputer proponuje maksymalnie do 10 różnych trajektorii lotu kwaczących stworów, w trzech ostatnich odsłonach gry-polowania zadanie jest już naprawdę trudne. W drugiej połowie XIX wieku nad powyższym problemem, naturalnie toutes proportions gardees, pochylali się europejscy i amerykańscy teoretycy wojskowi i producenci sprzętu wojskowego. W czasie I wojny światowej obserwowaliśmy materialny płód ich zbiorowej wyobraźni: karabin maszynowy. Rzecz w tym, że Svoboda jest gentlemanem. Gdyby było inaczej, uczestnicy gry obsługiwali by miotacze ognia.
(Jacques de Brolle)