Nr 34
Arona, wrzesień 2004
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7  8  9

Rocky 6

    Pochylam się właśnie nad najnowszym wykwitem wyobraźni literackiej Edwarda Kriega, pracowitego naszego prozaika i publicysty. Młody literat postanowił definitywnie się przepoczwarzyć. O karkołomnym swym przedsięwzięciu poinformował mocno już przerzedzone szeregi dreamlandzkich czytelników w sierpniowym numerze „OKNA”. Czy warto zatem czytać nowego Kriega?

    Zapewne każda uważna czytelniczka „Claudii”, „Dziewczyny” czy innej „Maciory” zdążyła przyswoić sobie pewną fundamentalną prawdę objaśniającą meandry męskiej psychiki: jeśli znużony chłopak zapragnie odprawić swoją partnerkę, po prostu to robi, nie siląc się nawet na jakieś szczególnie otchłanne wyjaśnienia. Podobnie musi być z pisaniem w wydaniu męskim: metamorfozy nie poprzedzają okolicznościowe prolegomena. Jeśli jest inaczej – mamy do czynienia z paskudnym jakimś bluffem. Uzbrojeni w powyższą mądrość nieufnie przyglądamy się Kriegowym deklaracjom.

    Nie są bowiem „Szydercy” dokumentem wewnętrznej przemiany młodego literata. Nie dostrzeżemy w kilkustronicowym opowiadaniu ani nowej konwencji, ani dramatycznej ewolucji w technice narracyjnej. Tego smutnego obrazu dopełnia taki oto drobny fakt, że Krieg nie zdołał się nawet uwolnić od dawno już przezeń wyeksploatowanych konceptów – w planie fabularnym mamy

bowiem do czynienia z bolesną powtórką dobrze nam znanego schematu. Jako reżyser byłby Krieg, miłośnik zakurzonych atrap, świetnym realizatorem sequeli. Cała kompozycja oparta została na tasiemcowych dialogach, podstawom zresztą źródle informacji na temat świata przedstawionego.

    Jaką właściwie historyjkę opowiedział nam autor? W posiadłości byłego dygnitarza, człeka mocno już schorowanego i najwyraźniej wyglądającego drugiego brzegu, zbiera się grono zasuszonych starców, rówieśników gospodarza, oddając się cokolwiek kuriozalnym rozważaniom godnym neurotycznych działaczy młodzieżówki partyjnej. Emerytowanym masonom idzie o przywrócenie starego porządku, zdeptanego w czasie rządów enigmatycznego potwora w koronie. Zapomnijmy już o śmiesznym przedmiocie dyskusji starszych panów, są w opowiadaniu Kriega wątki ciekawsze.

    Nie można wykluczyć, że drugim - może nawet ważniejszym - tematem „Szyderców” są skomplikowane procesy zachodzące w umyśle człowieka już niemłodego. Czym jest dla młodego pisarza starość? Szklaną kulą, w której odbijają się jego własne rozterki. Zakładać, że przygnieciony dziesiątkami lat trudnych doświadczeń człowiek w dalszym ciągu trwać będzie w świecie swych dziecięcych marzeń, aspiracji czy kaprysów i nie zrzucić tego na karb starczego zdziwaczania – to celować w jakiś wynalazek na polu psychologii

rozwoju. Najwidoczniej młody, dopiero co wprawiony w ruch umysł autora nie może pogodzić się z odległą, choć przecież nieuchronną, katastrofą wieku matuzalemowego.

    Jest jeszcze cokolwiek groteskowa Sylwia, opiekunka więdnącego bohatera. To już u Kriega tradycja, rodzaj kosmicznej prawdy, iż każdemu mężczyźnie towarzyszyć musi kobieta, cudowny – choć niedoskonały - rezerwuar sił witalnych. Sylwia z „Szyderców” to taka trochę jędzowata, aseksualna baba, gotowa zaprzedać się choćby i Belzebubowi, byle tylko uchronić swego nobliwego pracodawcę od niewygód tego świata. Czytelnik chętnie pozostałby dłużej przy tym sympatycznym Cerberze; niestety, Krieg funduje nam opis przypadkowego popołudnia dziwolągowatego starucha o mentalności skorupiaka.

    Jaka będzie zatem końcowa ocena tekstu, który zamykać ma pewien rozdział w rozwoju pisarza Kriega? Nie sposób nie odnieść wrażenia, że autor nade wszystko zapragnął zaistnieć po dłuższym okresie milczenia na trzeciej - poza polityką i publicystyką - płaszczyźnie swej rozległej działalności. Zameldować się na okręcie, który tradycyjnie rokuje lepsze nadzieje niż szalupy wyżej wymienione. Tak właśnie postrzegam genezę „Szyderców”, jej lekką treść i niezobowiązującą formę. Pisać, by napisać. Na kolanie, na czas, na chwałę szczerbatej Muzie. A przecież Edward Krieg potrafi pisać rzeczy zupełnie przyzwoite. Tym razem wyszedł zakalec.

    Wciąż czekamy na prawdziwy przełom, panie Krieg, na autentyczną rewolucję.

(Jacques de Brolle)

E. Krieg, Szydercy, OKNO 2004

 r             e               k               l               a               m              a

Galeria Królewska: Filia w Motley