Nr 34
Arona, wrzesień 2004
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7  8  9

Inicjatywa polskich państw wirtualnych
PIRI REIS
w świecie internautów

    Od kilku tygodni próbuje się nam wmówić, że projekt wspólnej mapy polskich państw wirtualnych stanowi rodzaj skoku w dziejach naszej internetowej społeczności. Nie jest to idea nowa: o takiej planszy z symbolicznymi plamami wspominano bodaj przed trzema laty. Emocjonowano się wówczas możliwością sugestywnego zestawienia gigantów z karłami. W takim kształcie cały projekt stanowił element politycznej rozgrywki leblandzko-dreamlandzkiej. Dobre pomysły nie są złe, mówi prastara mądrość. Stara idea powraca tedy po latach flegmatycznych przetasowań na międzynarodowej scenie politycznej.

    Nie trzeba tu przenikliwości Kissingera, by w szlachetnym projekcie móc dostrzec możliwość wywierania zupełnie nieszlachetnego nacisku na państwa znacznie słabsze od grubej trójki. Dotychczas do powstania nowego tworu państwowego wystarczała bujna wyobraźnia twórcy i odrobina umiejętności webmasterskich. Uznanie takiej mikronacji zależało już tylko od dobrej woli zaprzyjaźnionych olbrzymów. W warunkach istnienia mapy, będącej rodzajem instytucji nieco zatłoczonej szachownicy, gwałtowne fluktuacje stanowić powinny obrazek bardzo już rzadki. Zniknie, być może bezpowrotnie, możliwość niepohamowanego rozmnażania zbędnych bytów politycznych, jednoosobowych królestw, z nastoletnim błaznem z joystickiem zamiast berła.

    Wspólna mapa wymaga odważnej dyskusji na temat filozofii państwa wirtualnego. Niesie też pewne konsekwencje dla prawa międzynarodowego. Wypadałoby położyć kres wielokrotnym obywatelstwom, dublowaniu tożsamości. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by w państwie X, bezpośrednio sąsiadującym fizycznie z państwem Y, jednostka P funkcjonowała jako minister, zaś w państwie Y – jako ambasador jeszcze innego państwa Z. Czas na prawne uregulowanie powyższego zagadnienia.

    W folderze turystycznym dostępnym w ambasadzie KS w Dreamlandzie przeczytać możemy, że państwo Armina Frederika to demograficzny kolos,

przynajmniej jak na wirtualne stosunki: 23 miliony mieszkańców, z czego 300 aktywnych. Jest to informacja kompromitująca autora powyższej notki, choć z pewnością pożyteczna z punktu widzenia ekonomisty-planisty. Podobne wątpliwości budzą informacje na temat lokalizacji scholandzkiej monarchii, zawieszonej w konwencjonalnych widełkach szerokości i długości geograficznej, gdzieś „na wschodniej półkuli wirtualnego globu”. Dla kontrastu przypomnijmy, że Sarmaci lokują swoje wyspy na północnym Atlantyku. Zresztą, sarmaccy kartografowie utrzymują beztrosko, że ich urocze księstwo, twór o powierzchni 679 tysięcy kilometrów kwadratowych jest swymi rozmiarami zbliżone do Węgier. Nawet najwięksi nacjonaliści z Budapesztu nie marzyli nigdy o tak rozdętym imperium. A może chodzi o inne, wirtualne jakieś Węgry? Takich przykładów znajdziemy znacznie więcej. Jeśli zainteresowane państwa faktycznie dążą do realizacji projektu wspólnej mapy - konieczna będzie procedura dostosowania do pewnych racjonalnych standardów.

(Jacques de Brolle)

   Powiedzieli...

Wielka góra,
nad nią ogień strzela w górę
Nie, to ogień chyba nie jest

- Wilu Wilk, Gazeta Furlandzka

[...] zazwyczaj patrzę przed siebie, przechodzę dalej i dość szybko o wszystkim zapominam, bo niestety pamięć mam słabą...
- Pavel Svoboda, OKNO

r               e               k               l               a               m               a

Wokół stosunków ze Scholandią
Minister Smoręda dobra na wszystko

    Z rosnącym zainteresowaniem przyglądamy się intensyfikacji stosunków dreamlandzko - scholandzkich. Połączone sojuszniczym traktatem mocarstwa raz po raz wysyłają w swoim kierunku ciepłe sygnały. W pierwszych dniach sierpnia gościliśmy w stołecznym Dreamopolis Agnieszkę Smorędę – świeżo upieczoną szefową dyplomacji królestwa Armina Frederika.

    Nazwisko scholandzkiej minister powinno być znane przede wszystkim uważnym obserwatorom sceny kulturalnej zaprzyjaźnionych królestw. Pobieżna lektura dreamlandzkiej prasy każe nawet sądzić, że mamy raczej do czynienia z wrażliwą publicystką, która tylko osobliwym zrządzeniem Losu trafiła na salony wielkiej polityki.

    Panna Agnieszka, stale obecna na łamach „OKNA”, często i z wrodzonym sobie wdziękiem pochyla się nad sprawami naszej sennej monarchii. W jednym z ostatnich numerów wspomnianego pisma scholandzka publicystka włączyła się nawet w na poły filozoficzną dyskusję na temat istoty tolerancji. Pomińmy już wnioski tamtej dyskusji - aktywności minister Smorędy zdaje się przyświecać jeden cel: szczęśliwa komunia sojuszniczych królestw.

    Przyglądając się zawartości numeru 17 „OKNA”, gdzie cztery z sześciu tekstów traktują o sprawach w gruncie rzeczy bliższych czytelnikowi scholandzkiemu, z najwyższym tylko trudem opieramy się wrażeniu, że redaktor naczelny nie realizuje jakiejś sekretnej polityki obustronnego zbliżenia. Oczywiście – na szczeblu państwowym, nie jednostkowym; inne podejście byłoby szalenie niepraktyczne, a co najmniej czasochłonne.

    Z drugiej jednak strony lektura groteskowych „Szczęk” – próbki umiejętności prozatorskich Agnieszki Smorędy – nasuwa skojarzenia zupełnie innego sortu. Podstawowym celem wizyty pan minister na dreamlandzkiej ziemi miało być, jak czytamy w oficjalnym sprawozdaniu – „potwierdzenie przez nowy Królewski Rząd Scholandii zainteresowania projektem mapy polskich państw wirtualnych”. Nie szkoda fatygi? Czy takich rzeczy nie można uzgadniać symbolicznym „OK.” w dyplomatycznym SMS-sie?

    Czyżby więc cała sprawa miała drugie, głębsze jeszcze dno? Zagadnięty na ten temat stary ślusarz z Arony miał odpowiedzieć: „Lepsza Smoręda niż Marek Lebenciusz”. W duchu przyznajemy rację weblandzkiemu proletariuszowi.

(Jacques de Brolle)