Nr 39
Arona, lipiec 2006
PWW "PRASA"
Š RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8

Tristan i Tristan

    Druga edycja Dreamlandzkiego Konkursu Literackiego dobiegła końca. Wydawnictwo "Plegolal" - organizator przedsięwzięcia - ogłosiło krótką listę laureatów i opublikowało wyróżnione teksty. Ogółem wpłynęło osiem prac. Dwukrotnie pojawił się wątek homoseksualny, co zdaniem jurorów świadczyć ma o wyjątkowej otwartości i tolerancji rodzimych literatów. Rzeczywiście. Jubei von Velathill (Wpadka) i Paweł Milewski (Novigradzki wieczór) postawili na odmienność i szeroką ławą wprowadzili do rodzimej literatury postać sympatycznego geja.

    Opowiadanie Pawła Milewskiego nawiązuje do nurtu prozy dreamlandz- kiej, któremu patronuje niedościgniony Edward Krieg. Novigradzki wieczór to kryminał, a precyzyjniej - skromny fragment powieści kryminalnej. Już w pierwszym akapicie pojawia się wątek tajemniczej zbrodni, której ofiarą pada dyrektorka jednej z dreamlandzkich instytucji kulturalnych. Kluczowe dla nadesłanego na konkurs fragmentu są jednak cokolwiek nudnawe perypetie homoseksualnej pary samozwańczych detektywów rodem z Wandystanu. Trudniejsze do przewidzenia będą role burmistrza tytułowego miasta i jego osobliwego informatora - Wielkiego Mistrza Bractwa Żeglarzy. Z perspektywy lektury pierwszej części tekstu wydaje się jednak, że podstawową funkcją ostatniej pary bohaterów będzie udziwnianie dość anemicznej fabuły.

    Bodaj najbardziej sugestywny passus Novigradzkiego wieczoru dotyczy wieczerzy, jaką uraczyli się przybyli do miasta Wandejczycy. Flambirowane banany z lodami waniliowymi spożywane w blasku świec na kanapie obitej skórą kukuła inkaskiego to poważne wyzwanie dla rokokowego przepychu komnat, w jakich więzi swych bohaterów książę Krieg. U Milewskiego brakuje tylko złotej monstrancji, jest natomiast - i to u nas rzecz bez precedensu - opis czułych pieszczot, jakim jęli oddawać się zakochani mężczyźni.

    Kompozycyjnie domknięte jest natomiast opowiadanie panny Jubei von Venlathill. Wpadka to tekst z pogranicza fantastyki, odległy od realiów dreamlandzkich, przez co, zaryzykujmy, znośniejszy w lekturze. Bohaterowie noszą normalne imiona, nikt do nikogo nie strzela, a światem nie rządzi konfraternia templariuszy. Jest za to ironiczna Alicja, studentka bądź uczennica, której przydarza się rzecz niesłychana. Wskutek przypadkowego zderzenia zamienia się ciałem z napotkanym mężczyzną. Koncept może troszkę wyeksploatowany w literaturze gatunku, ale autorkę ratuje pewna dodatkowa okoliczność. Mężczyzna, który przejął ciało Alicji, okazuje się homoseksualistą. Nawet Hiob by zapłakał.

    Bohaterka, odtąd w lekko chropawym ciele niejakiego Filipa, szybko poznaje życiowego partnera swojego nowego znajomego. Dochodzi do cielesnego qui pro quo: Żeby chociaż to był zwykły całus, ale nie! Przyssał się jak pijawka! - żali się nam skonsternowana Alicja.

    Jubei von Venlathill włada językiem nader sprawnie, styl ma lapidarny, aforystyczny, może nazbyt cierpki. W jednym zdaniu oddaje istotę sytuacji, czasami jednak zbyt plastycznie, jak przy opisie sceny, w której poturbowana bohaterka traci przytomność: Gwiazdeczki uraczyły mnie przecudownym pokazem walca wiedeńskiego, szczerząc swoje gwiazdeczkowe lśniące ząbki.

Autorka jest w tej osobliwej manierze konsekwentna. Proces przytomnienia oddaje per analogiam: Ostatnie gwiazdeczki pomachały na pożegnanie swoimi łapkami. Głupiutkie to niebotycznie, choć przecież nie pozbawione pewnego uroku.

    Jubei von Venlathill nie panuje nad swoją nieszkodliwą ironią i lekko irytującym poczuciem humoru - jakby żywcem zaimportowanym z telefonicznych rozmów w dziewczęcym buduarze. Prawda, że jest przez to inna, ciekawsza. Jeśli w naszej prozie pojawiały się już postaci kobiet, kreślone ręką mężczyzn-autorów, przywodziły na myśl lekko wyobcowane chłopczyce. W końcu i druga strona dała głos.

    Z nadesłanych na konkurs prac to właśnie Wpadkę czyta się najprzyjemniej. Niemrawo psychologizujące wtręty na temat stosunków damsko-męskich niebezpiecznie ciążą ku Jowiszom i Saturnom polskiej literatury kobiecej spod znaku Grocholi i Gretkowskiej. Oczywiście - bardziej w wymiarze tematycznym niż stylistycznym. Tam też wszystko się dzieje naraz i nic w ogóle. Intryga goni intrygę, czasu na refleksję nie ma. Dziś pogrzeb, jutro wesele. Uciekać, uciekać póki czas, panno Jubei!

    Milewski zaprezentował nam się jako detalista - antykwariusz. Gromadzi, chomikuje najprzeróżniejsze fakty, wbija do głowy czytelnikowi godziny spotkań bohaterów i każe zastanawiać się nad sensem picia beaujolais do szarlotki. Informuje, kto strzelał z rewolweru model Smith & Wesson i każe się dziwować nad niezidentyfikowanymi łuskami. Podaje nazwę kawiarni, której nie zapamiętamy, informuje o materiale, z jakiego wykonano marynarkę i dodaje, że należy ona do zastępcy burmistrza. Delektuje się aromatem wina i zachwyca smakiem konsumowanych owoców. Wszystko na dwóch - trzech stroniczkach. Stylistyka antykwarycznych katalogów przygniata czytelnika nadmiarem pustych wyliczeń.

    Milewski wypisuje swoim Novigradzkim wieczorem nieciekawą pocztówkę z listopadowego pobytu w nadmorskim sanatorium. Styl autora stanowi dość pokraczną kombinację wszelakiej wtórności: od podróbek stylistycznych anglosaskich twórców kryminałów, co samo w sobie stanowi grzech dość niewinny, a często i zło konieczne, po manierę gazetowych mikro-powieści, gdzie i trup, i mnich w kapturze, i goła baba po zmroku. Tym razem - całuśny chłop na sofce.

    Paweł Milewski potrafi pisać dobrze, to rzecz pewna. Dlaczego mu się nie chce?

(Jacques de Brolle)

Upadek obyczajów
na Planecie Małp

    Lektura nowelki Sykstusa Boruty wywołuje pewien szczególny rodzaj zniechęcenia, które uparcie towarzyszy nam przez resztę dnia i ciężkim cieniem kładzie na naszych relacjach z bliskimi. Naprzód jednak ustalmy fakty.

    Od strony konstrukcyjnej utwór dzieli się na dwie autonomiczne części. Autor zestawia - na zasadzie kontrastu - dwa kluczowe epizody z życia pary nastoletnich kochanków. W pierwszej odsłonie poznajemy Ugab i Nomyzsa, parę najpewniej nastoletnich kochanków. W sielankowej scenerii pagórków, polanek i leśnych wądołów nasi bohaterowie spędzają ostatnie wspólne wakacje. Widzimy ich piknikujących wśród krzewów, pedałujących wzdłuż szpalerów drzew, konwersujących i milczących, skupionych i roześmianych.

    Okres letniej kanikuły wyznacza zarazem kres świata, jaki znali. Autor brutalnie przerywa idyllę kochanków i rzuca rozgorączkowanego młokosa w środek konfliktu zbrojnego, o którym wiemy tyle tylko, że to ogromne okru-

cieństwo i niewyobrażalne cierpienie. Narrator tu i ówdzie wspomina o karabinach, napalmie i granatach. Musi wystarczyć. Nomyzs - żołnierz pacyfikuje lokalne osady i nie ukrywa znużenia podłym żywotem, jaki zgotował mu los. W jednej z penetrowanych chat dopuszcza się gwałtu na młodej kobiecie. Z bohaterem rozstajemy się bez żalu, widząc go jeszcze na chwilę przed śmiercią. Katem Nomyzsa okaże się były partner skrzywdzonej przez młodego wojaka kobiety.

    Dwa światy? Autor sugeruje, że jednak jeden. Świat u Boruty przemienia się mutacyjnie, zaś w punkcie krytycznym przejawia pozorną nieciągłość. Zaskakująca degeneracja moralna Nomyzsa wynika - jak sugeruje nam autor - z immanentnych dyspozycji bohatera. Jury dopatrzyło się w nadesłanym utworze krytyki konstrukcji człowieka, głosu w odwiecznej dyskusji o źródła zła. Jeśli filozof pyta: Unde malum?, Boruta po prostu wskazuje palcem na człowieka. Jako konsekwentny pesymista i demaskator dowodzi, że zło nie dojrzewa w człowieku: uparcie tkwi w trzewiach jego ciemnej duszy i czeka na odpowiednia sposobność. Ecce homo, powiada nam autor noweli Oni w nas i zostawia czytelnika z ponurymi myślami.

    Wiele bym dał, by z dziełkiem Sykstusa Boruty zapoznać się w drodze lektury powyższej recenzji, rezygnując jednocześnie z bliższego kontaktu z komentowanym materiałem. Pośrednictwo takie uchroniło by mnie przed obcowaniem z tekstem modelowo wręcz zepsutym. Świadomie lub nie, autor postarał się o przerysowanie każdego z postawionych zdań. Pierwsze ustępy noweli przygniatają czytelnika swym pretensjonalnym sentymentalizmem. Czytamy nudnawe sprawozdanie na temat organoleptycznych kontaktów dwóch młodych istot, choć autor uparcie każe nam dostrzec platoniczne uniesienia kochanków podążających za uciekającym rydwanem bogów. Potykamy się o językowe dziwolągi (Słońce w swym okrucieństwie było bezradne) i na nowo definiujemy istotę kiczu.

    Autor nie komentuje prezentowanych nam obrazków, ogranicza się do beznamiętnego relacjonowania wydarzeń. Lubuje się w pozornych niedopowiedzeniach, gdzie albo markuje scenę miłosną (Nomyzs powoli zniżył dłoń...), albo zapowiada nieuchronną katastrofę (Jego dłonie także drżały, gdy w pośpiechu przykładał lufę do skroni Nomyzsa). Wszystko zepsute, wszystko na marne.

    Kompozycja utworu mocno by zyskała na atrakcyjności, gdyby kulminacyjną scenę egzekucji Nomyzsa przesunąć na początek noweli: mielibyśmy przyzwoity moment proustowski, gdzie bohater - na zasadzie niespiesznej retrospekcji - rozwija film własnego przetrąconego życia. Próba odczytania pełnego rejestru motywów postępowania bohatera skazana jest na niepowodzenie. Impulsem do przepoczwarzenia Nomyzsa - pięknoducha w Nomyzsa - potwora jest pospolita nuda. Boruta nie bawi się w psychologa, nie jest mu to potrzebne. Sygnalizuje tło, kontekst przemiany i stwierdza stan faktyczny. Otrzymaliśmy gazetową love story w wersji dla kierowców ciężarówek. Autor przejdzie do historii naszej prozy jako twórca przegadanych niedopowiedzeń. Ogółem - nudne i efektownie spartaczone.

    Ściskamy kciuki za szybki powrót do ubiegłorocznej formy.

(Jacques de Brolle)