Nr 39
Arona, lipiec 2006
PWW "PRASA"
Š RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8

Korupcja motorem gospodarki

    Uderzył ktoś ambitnie w stół w nadziei, że nożyce się odezwą - a tu tylko niemrawe jakieś pochrząkiwania. Zdaje się, że audytorium wpadło początkowo w niejakie zakłopotanie zapytane wprost - "a na co nam pieniądze w KD?". Spojrzeli jeden z drugim na siebie, na sufit, na podłogę i posypały się propozycje.

    Okazuje się, że pieniądze przydają się nam do kupowania wielu interesujących rzeczy, z których żadna nie jest nam w wirtualnym życiu kompletnie do niczego potrzebna. Nie da się ukryć rzecz jasna, że wydawanie pieniędzy jest czasami przyjemne - zwłaszcza, gdy można potem pochwalić się temu i owemu przedmiotem swojego zakupu.

    Niemniej jednak nie uciekniemy przed, zdaje się, oczywistą prawdą, że Królestwo nasze oferuje szereg MOŻLIWOŚCI wydawania i zarabiania pieniędzy natomiast nie ma absolutnie najmniejszej POTRZEBY korzystania z tych możliwości a więc i posiadania nawet konta w banku.

    Doświadczenie wyniesione z Ministerstwa Finansów i Gospodarki mówi mi, że mieszkańcy Dreamlandu w swym podejściu do zagadnień gospodarki i pieniędzy dzielą się generalnie na dwie grupy. Mniejszość stanowią zwolennicy mechanizmów rynkowych - czyli wymuszenia obiegu pieniądza poprzez generację wydatków w postaci np. podatków. Propozycje takie motywowane są głównie potrzebą bilansowania budżetu. Nie da się jednak ukryć, że istnienie normalnej gospodarki (nie mam tu na myśli informatycznego systemu gospodarczego) stanowczo może uatrakcyjnić zabawę stawiając przed v-obywatelami nowe wyzwania i możliwości.

    Większość zdaję się jednak wyznawać utopijną wizje państwa bez pieniędzy i bez gospodarki. Wizja ta w warunkach wirtualnych jest jak najbardziej realizowalna - co więcej, właśnie w chwili obecnej tak kształtuje się nasza rzeczywistość. Główną bolączką utopistów jest troska o nowego obywatela, który to rzekomo miałby się załamać przytłoczony obowiązkami płatniczymi wobec państwa. Żaden redaktor naczelny nie odważy się wprowadzić obowiązkowych opłat za swoje pismo przekonany, że do reszty straci czytelników. Praktykujemy więc szlachetne rozdawnictwo - zwłaszcza wobec młodych obywateli. Aby zachęcić ich do pozostania w Dreamlandzie oferuje się domy, pożyczki oraz każdy rodzaj rozrywki dostępny w Królestwie absolutnie za darmo.

    W moim osobistym przekonaniu im więcej trudności tym atrakcyjniejsza zabawa - póki rzecz jasna ich pokonywanie wydaje mi się być w zasięgu moich możliwości. Z tego powodu zawsze byłem przeciwnikiem zbytniej opiekuńczości wobec nowych obywateli. Wszystko, czego potrzeba im z naszej strony to zainteresowania i rady - jednak bez zbędnej taryfy ulgowej powinni jak najszybciej znaleźć się na głębokiej wodzie. Już na rynku pracy powinna istnieć rywalizacja, a motywacją dla zdobycia pracy i zarabiania pieniędzy powinna być możliwość dostępu do głębszych pokładów dreamlandzkiej rozrywki. Nie jestem zwolennikiem taktyki - płać podatek albo wyprowadzaj się, ale na początek i to rozwiązanie jest dobre. Wszyscy zasłużeni i aktywni obywatele mają dziś pieniądze i nie grozi nam, że takich obywateli moglibyśmy tracić - osoby twórcze, ambitne, poświęcające czas Dreamlandowi zawsze znajdą możliwość zarobienia pieniędzy.

    Nie uważam, żeby było koniecznością wprowadzanie gospodarki na siłę i wbrew utopistom - jeżeli chodzi o mnie możemy zrezygnować z pieniędzy. Ja bawię się bez nich całkiem dobrze - przyznaję jednak, że na początku mojego wirtualnego życia zerkanie na (rosnący) stan konta sprawiało mi wiele radości - stąd opowiadałbym się za tworzeniem silnej i prawdziwej gospodarki co w moim odczuciu uatrakcyjni Dreamland i ściągnie lub raczej zatrzyma u nas więcej wartościowych obywateli.

Centralny Instytut Badania Opinii Publicznej

    Czas się określić, bo jeżeli odpowiada nam obecna sytuacja to może postąpić krok dalej i zrezygnować w ogóle z pieniędzy. Niewątpliwie zaoszczędzi to mnóstwo energii KSI, którą służby poświęcają teraz na obsługę CBD.

(Yelonek Rogacz)

[Tekst był pierwotnie pisany z myślą o numerze kwietniowym, którego wydać nam się nie udało. Mniej więcej w tamtym okresie odbywała się na liście dyskusja dotycząca użyteczności dreamlandzkiej waluty. Walor interwencyjny materiału nieco zmalał, walor merytoryczny w dalszym ciągu miewa się dobrze - MdR]

Webland mój
widzę wielki

Subiektywny przewodnik
po stronach www Republiki

    Na głównej stronie prowincji od dobrych kilkunastu miesięcy straszy hasło zaczerpnięte z któregoś z monumentalnych tekstów naszego redakcyjnego kolegi Jacquesa de Brolle: Tylko jednostki inwestujące w wyobraźnię mogą czerpać z naszej rozrywki satysfakcję.

    Oddajmy sprawiedliwość weblandzkiemu poskromicielowi grafomanów - bardziej nośnej zbitki jak do tej pory nikt nie wymyślił. Najłaskawsza dla oka spośród wszystkich stron prowincji, główna witryna Weblandu prócz garści użytecznych linków i zakładek (zwracają uwagę solidnie wykonane mapy) obfituje w regularnie aktualizowane newsy, zgrabnie i nie bez poczucia humoru spisywane przez Namiestnika Estreichera, który zdaje się być wiernym realizatorem debrollowego przykazania.

    Ze stronami miast jest już różnie. Elsynor zniknęło z powierzchni ziemi, ale podobno roboty budowlane są wcale zaawansowane. Na stronie Motley nie działa żadna z zakładek, wraz z mapą anihilacji uległy wykupione działki i domy mieszkalne. Z kolei witryna Samanti jest przykładem tego, jak w interesujący sposób wypełnić stronę www, której de facto nie ma. Dowiadujemy się od nowego burmistrza miasta, że zgłaszając się na ochotnika do rewitalizacji tego rotten borough w istocie ocalił je od zagłady, której w widowiskowy sposób zamierzał dokonać Prezydent Republiki. Spieszę uspokoić czytelników ciekawych niszczycielskich metod naszego władcy: o ile burmistrz do końca lipca nie uwinie się z robotą, Marcus Estreicher zamierza już nieodwołalnie podjąć się destrukcji. A więc tak czy siak, będzie wesoło. Rzecz jasna trzymamy kciuki za gospodarza miasta, Konrada 2 Mazowieckiego. Marcus Estreicher przy tej czy innej okazji z pewnością jeszcze nie raz będzie miał sposobność wysadzić coś w powietrze, niechby nawet Kaworu Nagisę czy Luka Woody.

    Od strony graficznej najciekawiej prezentuje się minimalistyczna, schludna strona Trebun. Jest to bodaj jedyne miasto dreamlandzkie, które doczekało się własnej gazety. Do tej pory ukazały się dwa numery Lokalnych Obserwacji Trebuńskich Horyzontów, w skrócie LOTH, pisma redagowanego przez "elfie" komando w składzie Ireth Tinuviel, Andwathiel Baranephelien oraz Tię MacArthur i Bagera, chyba ludzi. Niestety, ostatni numer pochodzi aż z września 2005. A szkoda, bo zapowiadało się ciekawie: przepisy kulinarne na weblandzkie specjały, krzyżówki - czytelnicy LOTH otrzymywali od autorów tekstów to, co dreamlandzkie tygrysice i tygrysy lubią najbardziej. Czyli: kurioza.

    Bardzo przyjemne dla oka pastele powitały mnie na stronie Kasany. Marcus Estreicher jako burmistrz stworzył był tutaj interesujący szkielet i podbudowę pod bardziej konkretne rozwiązania. Strona prezentuje się co najmniej przyzwoicie. Byt miasta zdaje się jednak mocniej opierać na czynnościach faktycznych burmistrza, niż na materiałach pomieszczonych na serwerze. Wśród standardowego zestawu zakładek (kultura, sport, mapa, historia) ciężko znaleźć treści, które wyróżniłyby Kasanę na tle innych ośrodków weblandzkiej cywilizacji. A przecież nie trzeba do tego uzbrojonej

w fajerwerki webmasterskie strony, wystarczy jeden zgrabny szczegół. Do niedawna Motley posiadało taką przewagę w postaci kapitalnej mapy. Tak więc już teraz zdradzając duży potencjał, Kasana w dalszym ciągu czeka na swojego barona Haussmanna.

    Dzięki cyfrowej emanacji Arony dowiedzieć się możemy, kto ma dzisiaj imieniny i że niebieski w ilościach hurtowych nie jest tym kolorem, który pomaga dłużej wytrzymać przy monitorze. Sir Bartek Masalski wyposażył witrynę nie tylko w zdjęcie własnej osoby, ale również w losowy generator cytatów funkcjonujący w oparciu o imponującą bazę liczącą góra sześć złotych myśli. Wiem, bom przez dziesięć minut uporczywie sprawę badał przy użyciu myszki i przycisku "odśwież", co nie bez konfuzji niniejszym wyznaję. Dobre i to. Historia Pana Bartkowej oazy nie obfituje w wydarzenia bulwersujące (kilka dat podlanych zbyt dobrze nam już znanym sosem: król, wojna, pokój, odbudowa), zdecydowanie lepiej jest jednak jeśli chodzi o rozrywki i lokacje. Znużony wędrówką po stronach i podstroniczkach z umiarkowaną radością, aczkolwiek nie bez satysfakcji przez dobrą minutę kropiłem z kolta do babć i kaktusów niespodzianie materializujących się w oknach pomieszczonej w dziale "rozrywka" atrapy kowbojskiego miasteczka. Zajęcie równie dobrze robiące na nerwy jak bicie tłustych kakuckich much. Jeszcze kilka ruchów miotłą, jeszcze kilka pociągnięć piórem zwłaszcza w dziale historycznym i będzie Arona najciekawszym pueblo po tej stronie Rio Grande.

    Sporo pracy włożyła Fabiola de Willibald w fasadę Letrib. Po wizycie w Aronie wiemy już na pewno: kolorem na ten sezon jest niebieski. Dużo nie zawsze znaczy w sam raz: niebieskie litery w niebieskich boxach na niebieskim tle, paradoksalnie, brzydko się ze sobą gryzą. Merytorycznie jest dużo ciekawiej niż plastycznie. Dział zabytki skutecznie i urokliwie, choć w umiarkowanie oryginalny sposób eksploatuje nadmorskie położenie metropolii. Doprawdy atrakcji jest tutaj sporo, przydałaby się jednak szczypta czegoś pikantniejszego. Póki co jest zbyt poprawnie. Jama krakena, knajpa-szlachtuz, może jakiś wyjątkowo krwiożerczy ukwiał mordujący marynarzy w czas przypływu - i turyści będą walić drzwiami i oknami. Z niżej podpisanym na czele, zwłaszcza jeżeli w okolicy pojawi się rzeczony jamochłon.

    Wielbicieli ćwiczeń na koordynację ręka-oko uraduje rozbudowany dział "sport". Do dyspozycji niewyżytych dreamlandzkich samic i samców oddane zostały wirtualne dyscypliny: piłka siatkowa rozgrywana w plażowych okolicznościach przyrody, piłka ręczna i surfing. Boleśnie wyginając na klawiaturze palce, rozpaczliwie balansując ciałem na krześle przed monitorem przez chwil kilka próbowałem utrzymać się na fali, skończyło się na kontuzji jednego z klawiszy i zerowym dorobku punktowym. W tej sytuacji zdecydowanie stawiam na Dziki Zachód sir Bartka Masalskiego.

    Prawdziwym rarytasem na skalę nie tylko prowincji, ale i Królestwa jest Salon Mody w Letrib. Słoniem w składzie porcelany czułem się penetrując owe trzy obszerne strony, toteż nieśmiało zwrócę jeno uwagę, że i pomysł, i wykonanie zasługują na same wysokie noty. Dodałbym jeszcze kolekcję mody na noc i do buduaru i jak nic stronice Fabioli de Willibald staną się tymi najczęściej odwiedzanymi nie tylko przez zamieszkujące Dreamland panie.

(Medgar de Rama)

[Następnym razem: strony weblandzkich instytucji, ośrodków kultury i nauki - MdR]