Nr 39
Arona, lipiec 2006
PWW "PRASA"
Š RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8

Kolistość wszechrzeczy

Durne prawo, ale prawo

- Józef Kalicki,
minister finansów KD

    Poloniści mają sinusoidę Krzyżanowskiego, historycy płomiennymi słowy omawiają ciągłe kąsanie przez dzieje własnego ogona szczególnie chętnie na przykładzie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która obaliła absolutyzm Ludwików tylko po to, by powrócić do cesarstwa Napoleona, podbić połowę Europy, znów osadzić na tronie Ludwika i wreszcie po kolejnych perypetiach powrócić do obalonej wcześniej republiki.

    Historia myśli ludzkiej, historia w ogóle - toczy się po okręgu, zmierzając zawsze i nieuchronnie do punktu, z którego wyszła tylko po to, by znów zatoczyć koło. Panaceum na ciemnogród świata średniowiecznego były myśli oświeceniowe, panaceum na demokrację, jak świat światem zawsze - autorytaryzm, totalitaryzm, absolutyzm, wszelkie odcienie doskonale nam znanego zamordyzmu. Oczywiście to wszystko przybiera różne maski, zgodne z duchem czasu. Myśl ludzka opracowała przecież nawet takie systemy demokratyczne, które nic wspólnego z demokracją nie miały.

    Dla nas, żyjących w świecie rzeczywistym, wniosek jest dosyć zaskakujący: obecna przewaga systemów demokratycznych w krajach cywilizowanych zgodnie z wszelkimi zasadami historycznej sztuki nie może trwać wiecznie. Kto wie? Może pretekstem do założenia przez totalitaryzm kolejnej maski będzie walka z terroryzmem, która nie może obejść się bez inwigilacji własnych obywateli, wewnętrznego szpiegostwa, łamania prywatności - dla dobra ogółu? Może demokracja wynaturzy się w system, w którym Państwo obowiązkowo kolekcjonować będzie i wykorzystywać - niekoniecznie dla dobra ogółu przecież - informacje zebrane o swoich obywatelach? Może dostaniemy Orwellowsko-Lemowski system, w których naszymi jedynymi, ale za to absolutnymi, ciemiężycielami będą skrypty, które kazać będą obiektywom fotografować nas wszędzie, gdzie się udamy, gromadzić nasze odciski palców, butów, wzory tęczówek?

    A co kolistość wszechrzeczy znaczy dla nas, Dreamlandczyków?

    Nie ulega wątpliwości, że główna polityczna linia podziału leży dziś pomiędzy tymi, którzy rządzić chcą czerpiąc z całego dorobku prawnego, opierając się na konstytucji, w celu wykonywania jej wskazań, a tymi, którzy preferują rządzenie żywym słowem, skutecznie, ale doraźnie i - jeśli to tylko konieczne - łamiąc zasady państwa prawa, które to zasady są dla takich osób zbędnymi pętami. Tego nie znajdziemy w programach partii.

Rzecz bardziej w indywidualnym podejściu polityków do problemu. Wnioskować więc musimy po sposobie działania, po wypowiedziach, które wskazują bądź jeden, bądź drugi kierunek. Z tego punktu widzenia nie dziwi, że dreamlandzkie partie są tak zhomogenizowane. Najważniejsza różnica, dotycząca samej Metody, nie nadaje się do publicznych manifestów. Więcej - niektóre partie mają w swoich szeregach zwolenników i legalizmu, i żywego słowa. To jeszcze bardziej zaciemnia obraz.

    W specyficznych warunkach Dreamlandu zamordyzmu nie uświadczymy, bo po prostu nie ma ku temu odpowiednich narzędzi, a jak nawet by się znalazły, to i tak nie istnieje żaden przymus, by się tym praktykom poddawać. Mamy jednak różne metody rządzenia, w większości już przećwiczone. Dwie najbardziej skrajne: autorytaryzm księcia Morfeusza Tylera w byłej dreamlandzkiej Solardii i legalizm króla Artura Piotra.

    Ale zacznijmy niezgodnie z chronologią. Artur Piotr był jednym z tych niewielu polityków, którym udało się całkowicie odwrócić bieg rzeczy i wpłynąć na historię nie tyle ciężarem własnej osoby, ile odcisnąć na państwie piętno własnego charakteru. Nieuporządkowany, chaotyczny Dreamland epoki przedekorrskiej ustąpił miejsca organizacji z jasno zaznaczoną hierarchią, rozbudowanym prawem, polityką wpisaną w sztywne reguły obowiązujących zasad i nadrzędną, głęboko wpojoną w system zasadą poszanowania praw jednostki. Nie odbyłoby się to oczywiście, gdyby nie sprzyjające okoliczności.

    Przyczyn dobrego przyjęcia stylu władzy Artura Piotra i szybkiego jego zakorzenienia w dreamlandzkiej świadomości upatrywać należy bowiem rzecz jasna nie tylko w pozytywnych przymiotach charakteru Trzeciego, ale i w fakcie, że Traktat Federacyjny narzucony przez TomBonda zakładał zniesienie całego ówczesnego porządku prawnego, zaś indolentny parlament aż do chwili intronizacji Artura Piotra Wielkiego nie zdołał tej luki wypełnić. Oktrojowanie przez eMBego Konstytucji z 2 lipca 2002 roku - de facto dzieła Artura Piotra - stanowiło więc przygotowanie Dreamlandu na nadejście nowych zasad. Artur Piotr mógł zacząć prowadzić swą prawodawczą i oświeceniową działalność już na gruncie nie tylko podatnym, ale i przygotowanym.

    Co godne uwagi, przeciwny ekorryzmowi system Tylerowskiego autorytaryzmu rozwijał się w jednej z prowincji Dreamlandu dokładnie w tym samym momencie, w którym całe Królestwo przechodziło swą cichą rewolucję mentalną. A może inaczej: Solardia po prostu nie poddała się nowym prądom i zachowała dawny styl sprawowania władzy. W Solardii, inaczej niż wówczas w całym Dreamlandzie, funkcjonowanie organów państwowych nie opierało się na prawie, ale na woli wyrażanej słowem. Wszelkie spisane akty prawne pełniły rolę bądź to listka figowego, bądź tylko potwierdzenia książęcej decyzji - wtedy, gdy było to już nieodzowne. Ustrojowo był to skansen; podobny system utrwalały administracje TomBonda i eMBego.

    Morfeusz i jego prowincja uznawały władzę Artura Piotra, ale nie nową, legalistyczną Metodę budowania państwa. To po prostu do Solardii nie mogło przeniknąć tak długo, jak obywatele tej prowincji wpajaną mieli niechęć do administracji federalnej, poczucie własnej odrębności i miłość do księcia. Był to jednak także przez to system skuteczny. Morfeusz-alkad posiadał wiele instrumentów, których nie mogli mieć w ręku urzędnicy innych, arturiańsko praworządnych dreamlandzkich prowincji, a tym bardziej archontów federacji. Zważywszy poślednią rolę aktów prawa pisanego, Morfeusz mógł dokonać niemal absolutnie wszystko, nie przejmując się jakimikolwiek zasadami, które pętały jego kolegów z senatu. Czasem tylko przypominano mu o nadrzędności prawa federacji, co jednak potęgowało jedynie uczucie złości na narzucających własne standardy "federalnych" i ich zadufanie w sobie. Solardyjska granica była absolutnie nieprzepuszczalna, co oczywiście uniemożliwiało jakiekolwiek zmiany w duchu arturiańskim.

    Na temat tego dualizmu, jego przyczyn, powodów, dla którego arturianizm znalazł tak szeroki odzew, ale nie w Solardii, która pozostała przy dawnych metodach władzy - można napisać całe obszerne tomy. Nas w tej chwili interesuje natomiast tylko sam fakt antagonizmu między jedną i drugą podstawą ustrojową.

    Dreamland przedekorrski był właśnie tym, czym Solardia pozostała aż do tzw. "secesji": państwem rządzonym przez autorytet za pomocą słowa, w którym główną cechą systemu było poszanowanie dla decyzji władcy. Dreamland Artura Piotra reprezentuje daleko posunięty legalizm. Jego cechami są szeroka demokratyzacja, konieczność oparcia każdej decyzji na obowiązującym prawie, silna rola sądów i przestrzeganie wielu zasad, z których najistotniejszą jest pewnie poszanowanie praw jednostki.

    System Dreamlandu przedekorrskiego upadł dlatego, że Dreamlandczycy dostrzegli konieczność ewolucji, dostosowania się do modelu państwa prawa, oparcia się na silnym fundamencie paragrafu, tym bardziej, że po Traktacie Federacyjnym w tym zakresie panowała ogromna luka. Jednak zgodnie z wszelkimi historycznymi regułami gry, Dreamland ekorrski nie będzie wieczny i upadnie również. Jesteśmy właśnie świadkami początku tego upadku. "Zmierzch bogów", Götterverdammerung - to się już dokonuje.

(Edward Krieg)

[Kolejna część tekstu ukaże się w następnym numerze - MdR]