|
|||||
Powroty do przeszłości
Jesteście niesamowici!
- Andrzej hloorki Nertyk
Rok temu, w ostatnich dniach czerwca Luke Woody na dobre rozpoczynał karierę oprawcy skrzynek pocztowych i sumień Dreamlandczyków, a nowy obywatel, niejaki Andrzej hloorki Nertyk zachwycał się w swoim pierwszym mailu skierowanym na główną listę naszą gotowością do wspólnej zabawy. Czy to nie właśnie wtedy Dreamland był po raz ostatni w oczach przedstawiciela szerokich mas "cool" i "w porządalu"?
Nie chcąc psuć sobie niespodzianki nie sprawdziłem w CRM-ie, czy Andrzej Nertyk jest jeszcze pośród nas. Jeżeli jest i słowa te właśnie odczytuje - z pewnością jego ziomkowie mieliby ochotę wysłuchać jak się przez ten rok bawił. Jednak jako że o Panu hloorkim w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy za wiele nie słyszałem, z niewielkim marginesem błędu orzec można, że dołączył hloorki do grona Wielkich Niespełnionych Dreamlandczyków, trafił do naszej Krainy Wiecznych Łowów.
Niewiele później JKW Artur Piotr gratulował redakcji OKNA najnowszego, 29 numeru (ech, łezka się w oku kręci, taki ładny mieliśmy w gedańskiej siedzibie pisma ekspres do kawy), Taheto postulował czasowe zawieszenie federacji, a Marcus Estreicher sensownie wskazywał, że nie ma Dreamland klasy politycznej, ma za to rozbudowaną klasę urzędniczą. Albon nie po raz ostatni wprawiał się w wieszczy trans i prorokował upadek cywilizacji: nic się nie dzieje, nic nikogo nie obchodzi. O asteroidach szczęśliwie jeszcze nie było wówczas mowy. Krieg Edward życzliwie wspierał na duchu byłego szefa rządu i poetę ciepłym słowem i dobrą interpunkcją. Kaworu Nagisa był wówczas nawet nie Nebulą Blue, a Psycheomatikiem, Pavel Svoboda nie królem, a sołtysem, Folke Grmeslav wydał z siebie kilka pomruków, aby zamilknąć na następnych sześć miesięcy, w realu zaś Piotr Kaczkowski podczas niedzielnej audycji trzeciego lipca dotkliwie katował słuchaczy U2 i The White Stripes. Działo się.
Najciekawszym postem z pierwszych dni tamtego niezbyt pamiętnego lipca, kiedyśmy wszyscy byli wciąż piękni i młodzi, a bezbronny świat baraszkował u stóp naszych, stóp olbrzymów, był ten, w którym Piotr Mirocha przedstawił swoją wizję dreamlandzkiego społeczeństwa. Zafundujmy nieco radości i sobie, i Panu Mugglerowi, i przypomnijmy pokrótce, o co chodziło.
Podzielił nas Mirocha na kasty, kolejno: starą gwardię, młodych gniewnych, zgredów, rozmownych i zwierzęta alfa. Pierwsi dystansują się od poczynań nowych obywateli, bo swoje już wiedzą. Drugim marzy się rewolta, ale na dobrą sprawę nie wiedzą, przeciw czemu się buntować. Zgredy (zacytujmy tu samego Mirochę, bo warto): młodzi, lub mało aktywni obywatele, wyska- kujący z postami w stylu: jest źle, nie pisać, itp., po czym zaszywający się w swoich norkach. Można chyba pociągnąć tą zgrabną myśl dalej i dopowiedzieć, że chodzi tu o takie piśmienne wiewiórki. Zwierzęta alfa to przebojowi, dość aktywni rozmówcy nie stroniący od poruszania tematów nijak się z Dreamlandem nie wiążących. Nasuwa się refleksja, iż przede wszystkim należałoby tu zaakcentować pierwszy człon terminu ukutego przez Mirochę. Rozmownych z kolei umieścił Piotr Mirocha pomiędzy starą gwardią a zwierzętami alfa, cokolwiek by to miało znaczyć.
Podkreślić należy, że choć teoria ta nie doczekała się naukowych badań i akademickich opracowań, to w dalszym ciągu jest nośna i jak ulał nadaje się do opisu tego, co dzieje się na liście Królestwa. Nie stoi temu na przeszkodzie terminologiczna dezynwoltura, brak jednolitego kryterium wyróżnienia poszczególnych kast i pewna podejrzana amorficzność całej konstrukcji. W ogólnych zarysach zdaje się ona działać, a to już coś. Dobrze wiemy, że wyszczekany zwierzak alfa może boleśnie, choć nie głęboko uchapać nawet starego, żylastego zgreda, a o niekompetentnych wichrzycieli nigdy nie jest trudno. I co jak co, ale najfajniej na świecie jest być rozmownym starym pierdołą. Cokolwiek by to miało znaczyć.
(Medgar de Rama)
Zwierzyniec weblandzki
Kopyton przeokrutny
Środowisko naturalne Republiki Weblandu na pozór zdaje się być przyjazne człowiekowi. Wstęgi autostrad, spokojne, drzemiące pośród wzgórz sioła i otoczone urokliwymi osiedlami domków jednorodzinnych miasta odzwyczaiły nas od zwracania uwagi na dziką przyrodę. Tymczasem nieposkromiona bujność fauny i flory weblandzkiej są wobec działalności wirtualnego człowieka czymś pierwotnym i stale domagającym się należnego im szacunku. Nie łudźmy się więc.
Teoretycznie aseptyczne i jałowe, bo opisane kodem html i umieszczone na serwerze, pola, lasy i torfowiska pełne są stworzeń tylko czyhających na błąd nierozważnego, niedoceniającego potęgi olbrzymich kłów i kostnych szypuł podróżnika. W ramach nowego cyklu tekstów dzielni redaktorzy "Głosu Weblandu" penetrować będą najbardziej nieprzystępne ostępy naszej ziemi ojczystej (a także najciemniejsze głębie mórz i najbardziej zakrzaczone brzegi cieków wodnych) w poszukiwaniu najdzikszych i najbardziej krwiożerczych stworzeń znanych światu wirtualnemu. Chcemy tyleż dostarczać rozrywki i nauki, co przestrzegać. Nie sposób już teraz określić, ilu potencjalnym ofiarom uratujemy życie. Możemy jednak sądzić, że będzie to liczba pokaźna.
Kopyton przeokrutny zamieszkuje kamieniste płaskowyże Półwyspu Peteru, gdzie jego niewysłowiona furia znajduje ujście w postaci gwałtownych szarż na granitowe bloki i skalne ułomki, pozostałości po przejściu lodowca dwa miliony lat temu. Dojrzały kopyton osiąga osiem metrów wysokości w kłębie i waży blisko dwadzieścia dwie tony. Tak duże osobniki są jednak w ich środowisku naturalnym rzadkością; kopytony w okresie godowym (przełom kwietnia i maja, czerwca i lipca, sierpnia i września, listopada i grudnia) zaciekle rywalizując o samice, zadają sobie straszliwie, bardzo często śmiertelne rany kostną naroślą wyrastającą im ze łba. Jest to tak zwany róg. Największy kopyton znany dziejopisom padł w elsynorskim zoo w listopadzie ubiegłego roku na wieść o abdykacji Artura I Piotra w wieku czterdziestu czterech lat. Ważył dwadzieścia trzy tony, koszt jego utrzymania zamykał się w sumie dziesięciu tysięcy dreamów miesięcznie. Prawdę mówiąc, straszny był z niego żarłok.
Kopytony żywią się korzonkami i tym, co uda im się stratować na miazgę (nie wymaga to w ich wypadku wiele zachodu), a co nie będzie stalą albo szkłem. Ciąża samicy kopytona trwa niespełna dwa lata. Podrażnione samice tuż przed wydaniem potomka na świat oddalają się od stada w stronę oceanu, aby w samotności żuć żwir, chłeptać słoną wodę i, jak twierdzą przyrodnicy obserwujący te zwierzęta często z poświęceniem własnego życia i zdrowia, rozmyślać o bólu istnienia.
Zaobserwowano abstrakcyjne, świadczące o dużej wrażliwości artystycznej zwierząt rysunki wykonane przez ciężarne samice na piaskach peterskich plaż kopytami i rogiem.
Młody kopyton pozostaje pod opieką matki do piątego roku życia. W wieku lat osiemnastu kopytony, samce i samice, osiągają dojrzałość płciową. Przez kolejne piętnaście lat życia, o ile wyjdą cało z utarczek z rywalami, nieustannie kopulują i zmagają się z wrodzoną chorobą psychiczną, w której objawach rozpoznano ciężką depresję maniakalną. Stąd biorą się ich frenetyczne szarże na głazy, a także na ludzi i wszelkie pojazdy mechaniczne (patrz: dołączony do tekstu materiał zdjęciowy).
Kopytonów należy unikać przede wszystkim w okresie godowym. Również młode kopytony, w trudnym dla nich czasie poprzedzającym pełne wykształcenie się organów płciowych, bywają niezwykle niebezpieczne. Wszystkich odnotowanych szarż kopytonów na ludzi nie sposób zliczyć. Śmiertelność dochodzi w takich wypadkach do 80%. Na wiosnę róg kopytona zaczyna linieć, aby w sierpniu porosnąć nową warstwą tkanki. Częste są w tym okresie przypadki rycia swędzącym rogiem przez kopytony w asfalcie dróg bliskich ich miejscom żerowania. Straty z tego powodu sięgają rocznie kwoty rzędu kilku milionów dreamów. W trakcie robót drogowych, mających na celu przywrócenie autobahn weblandzkich do stanu używalności, ginie przynajmniej kilkunastu robotników, którzy w naiwności swojej chcieli zrobić sobie zdjęcie z kopytonem.
W jaki sposób można się zabezpieczyć, aby wyjść ze spotkania z kopytonem w jednym, góra w dwóch kawałkach? Przede wszystkim unikać należy jaskrawych, boleśnie rzucających się w we wrażliwie kopytonie oczka strojów. Po wtóre: pod żadnym pozorem nie należy stanowić źródła rytmicznie modulowanych dźwięków dowolnej częstotliwości (uruchamianie silnika samochodu, śmiech, kaszel, dzwonki telefonów komórkowych). Kopytony, jako zwierzęta lubujące się w abstrakcji, wręcz nie znoszą symetrycznego następstwa fal dźwiękowych. W pobliżu siedlisk kopytonów zachować należy stosowną powagę. Zwierząt tych nie należy dokarmiać ani też próbować przedstawiać im naszych pociech w celu użycia przez te ostatnie przejażdżki na cielaku kopytona. Zazwyczaj w pobliżu młodych przebywa matka. Spotkania z rozdrażnioną matką nikt jeszcze nie przeżył.
Jeżeli dojdzie do tego, że kopyton znajdujący się w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt metrów zacznie wykazywać względem nas uczucia inne niż obojętność, ucieczka nie ma już sensu. Udawanie martwego na nic się nie zda, kopytony wręcz przepadają za kruchą padlinką, której kruchość zapewniają sobie kilkakrotnie tratując ścierwo. Tą metodę polecamy więc tylko najodważniejszym.
Odległość nieco większa gwarantuje mniejszy stopień obrażeń. Jedynym w miarę pewnym sposobem uniknięcia kopytoniego gniewu jest bezzwłoczne osiągnięcie przewagi wysokości poprzez wdrapanie się na naturalne wybrzuszenie terenu niedostępne dla bestii. Dodać jednak należy, że i to nie gwarantuje przeżycia. Nasłonecznione wzniesienia terenu na Półwyspie Peteru są bowiem ulubionym habitatem najgroźniejszej znanej badaczom mięsożernej bulwy - pokrzywki ludojadki. Pragniemy już teraz nieco uspokoić czytelnika: o obyczajach pokrzywki napiszemy wkrótce.
(Medgar de Rama)

Ogłuszony młody kopyton i limuzyna Prezydenta Republiki Weblandu, czerwiec 2006