|
|||||
Odrobina szaleństwa na skraju uzależnienia
Z Regentem JKW Arturem Piotrem rozmawia Medgar de Rama.
Medgar de Rama: Przez blisko rok odpoczywał WKW od Dreamlandu. Jakimi atutami zasłużyło sobie Królestwo na powrót osoby, która osiągnęła już tu bodaj wszystko, co osiągnąć mogła?
JKW Artur Piotr: Proszę pozwolić wpierw, że przywitam się z czytelnikami. Jakimi atutami? Hm... może po prostu tym, że czas tutaj spędzony w ogólnym rozrachunku uznaję za niezwykle przyjemny. Miałem okazję poznać wiele nietuzinkowych osób, z niektórymi znajomość wykroczyła poza granice
świata wirtualnego. Wreszcie to przecież dzięki Królestwu liznąłem nieco informatyki, a proszę wierzyć - dla zdeklarowanego humanisty to osiągnięcie nie lada. Tak więc przyciągnęła mnie z powrotem szczególna mieszanina dobrych wspomnień i ciekawości, co się zmieniło.
MdR: Czy taka przerwa w dreamlandzkim życiorysie umożliwiła WKW spojrzenie na Dreamland z innej, nowej perspektywy? Niby przez odwróconą lunetę - widzi teraz WKW Dreamland w całej okazałości, ale z dystansu? A może na odwrót, urlop i kilka miesięcy spokoju pozwala dostrzec wcześniej nie zauważalne drobiazgi, ziarnka piasku blokujące tryby machiny?

JKW: Nie. Muszę się przyznać - także trochę sam przed sobą - że urlop nie
zmniejszył mojego emocjonalnego stosunku do Królestwa. Myślę, że balansuję na granicy jakiejś formy dreamlandzkiego uzależnienia: potrafię się skutecznie wyłączyć z życia Królestwa, ale gdy decyduję się na powrót, to wracam doń całym sercem. Bardziej tylko irytuje fakt, że czasu mniej i nie można już go tak wiele poświęcać sprawom dreamlandzkim.
MdR: Od pewnego czasu zmagamy się z kryzysem władzy wykonawczej na szczeblu rządowym. Mówiąc krótko: rządu jakoś nie widać, a jeśli już widać, to jedynie przy okazji krótkich spięć, kryzysów. Po przesileniu wszystko wraca do aktywności na poziomie ruchów robaczkowych jelit. Czy WKW dostrzega ten problem? Gdzie szukać lekarstwa?
JKW: Anglicy zwykli powiadać - wprawdzie raczej odnośnie sądownictwa - że
sprawiedliwości nie tylko musi stać się zadość, lecz również musi być widocznym, że stało się jej zadość. Nie da się ukryć - rządy mikronacyjne
muszą szczególnie dbać o swój publiczny wizerunek. Nie chodzi tutaj rzecz
jasna o przerost formy nad treścią. Nie chodzi o skupianie całego wysiłku
jedynie na aktywności medialnej - znamy przecież

dobrze przykłady, że często takie rozdmuchane wizerunki są może i imponującą fasadą, za którą jednak nie kryje się nic interesującego. Jednak co najmniej równie poważnym grzechem jest zbytnia skromność. Jest coś szlachetnego w poświęcaniu się aktywności cichej, codziennej, nie obliczonej na poklask. Ale jednak w społeczności takiej jak nasza, wszyscy mają prawo wiedzieć, czym zajmuje się akurat dany minister. Oczywiście, nie wszystko może ujrzeć światło dzienne już teraz. Pewne sprawy dla dobra Królestwa muszą być rozgrywane w przysłowiowych gabinetach, żeby wspomnieć choćby o dyplomacji. Niemniej rządzący muszą mieć świadomość, że informowanie mieszkańców Królestwa o swojej działalności służy żywotnemu interesowi Dreamlandu - sprawia, że jego mieszkańcy czują się z nim bardziej związani, angażując się niejednokrotnie w gorące dysputy na temat spraw bieżących. Takie debaty służą temu, co - nieco pompatycznie - można określać mikronacyjną świadomością narodową, a co dla każdego państwa wirtualnego wydaje się rzeczą absolutnie kluczową. Bo tak naprawdę państwowość wirtualna to nie jej systemy, czy nawet strony - ale ludzie. Wiem, że brzmi to banalnie, ale będę powtarzał to w nieskończoność. Feeria efektów na stronach, najdoskonalszy system gospodarczy, wypieszczone do granic możliwości systemy informatyczne ułatwiające administrację - to wszystko jest niczym, jeżeli nie służy wzbudzeniu u korzystających z nich tej odrobiny szlaleństwa, która sprawia, że w wolnej chwili pragną sprawdzić, co się w ich państwie dzieje.
MdR: WKW, regentura to stan przejściowy. Jakich zadań podejmie się
Król Senior Artur Piotr po powrocie z wywczasów JKM Pawła?
JKW: Ryzykowne pytanie, i to z dwóch względów. Po pierwsze nie godzi się,
by ktokolwiek dowiedział się o moich ewentualnych planach przed Jego Królewską Mością, nawet jeżeli w grę wchodzą moi drodzy Dreamlandczycy. Po drugie uważam, że król senior winien przede wszystkim starać się służyć w miarę własnych możliwości Królestwu. W pewnym sensie zatem to, co będę w przyszłości czynił zależeć będzie od tego, jakie będą oczekiwania Jego Królewskiej Mości i Dreamlandczyków względem mojej osoby.
MdR: Dziękuję za romowę.

Okiem Namiestnika:
Deptacze marzeń
Namiestnik bardzo często jest tą osobą, która ma pierwszy i najściślejszy kontakt z młodymi obywatelami. Niewątpliwie od jakości tego kontaktu zależy dalsza obecność danej osoby w prowincji. Z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba - zadania stojące przed namiestnikiem są dość proste i po tysiąckroć już były wyrażane. "Wykazać zainteresowanie, pomóc w znalezieniu pracy, odpowiadać na pytania, wspomóc radą" - słychać niemalże na każdym rogu każdej ulicy dowolnego dreamlandzkiego miasta. Mantrę tą powtarzają z uporem maniaka osobnicy o wyglądzie mniej lub bardziej wampirycznym, trudniący się nierzadko żebractwem, a w wolnych chwilach wygłaszaniem skończonych prawd życiowych.
Slogany sprzedają się dobrze - v-świat nie różni się pod tym względem od reszty kosmosu. Namiestnikowi jednak nie wystarczy slogan - namiestnik potrzebuje planu działania, algorytmu, przepisu. Zapewne połowa czytelników układa już w głowach listy stosownych kroków, jakie zamierzałaby podjąć na miejscu namiestnika. Teoria jednak szanowni Państwo nijak ma się do praktyki. Mało kto wie, że około 30-50% starających się o paszport nie odpowiada na e-mail z zapytaniem o to, skąd dowiedzieli się o istnieniu Dreamlandu; oznacza to, że tracą zainteresowanie zabawą kiedy nie uda im się "zalogować do gry" w ciągu kilku pierwszych godzin po złożeniu wniosku. Około 90% pozostałych w ogóle nie daje znaku życia po podpisaniu paszportu - nie kontaktują się z namiestnikiem, z burmistrzami, nie przedstawiają się na liście, a zwykle nawet na nią nie zapisują. Co więcej, większość z nich nie odpowiada na e-maile kierowane do nich przez administrację - co, jak każdy chyba widzi - wydatnie utrudnia nawiązanie pierwszego kontaktu, nie mówiąc już o pomocy przy znalezieniu pracy.
Zostawmy jednak tę rzeszę martwych głazów, z którymi i tak nic nie da się zrobić - zajmijmy się tymi, którzy reagują jednak na nieśmiałe poszturchiwanie. Przypomnijcie sobie Państwo, jakie były wasze pierwsze plany po przybyciu do Królestwa i ile z nich zostało.
Ja chciałem założyć szpital, czym wprawiłem w lekkie zakłopotanie Bagera (o ile dobrze pamiętam) - nie wiedział bowiem, na co w Dramlandzie szpital i jak miałby funkcjonować. Na jego i moje szczęście nie planowałem jednak zakładać płatnej kliniki i zachęcać Dreamlandczyków do wpłacania pieniędzy na moje konto, a jedynie statyczną stronę informacyjno-rozrywkową. Plan mój był więc w 100% wykonalny, choć może nieco ekstrawagancki.
Niektórzy jednak młodzi obywatele posuwają się dalej w swoim rozmarzeniu i pojawia się poważny dylemat - ściągać ich na ziemię od razu czy poczekać, aż zabraknie im paliwa i sami zetkną się z tak zwaną glebą? A może jest jakieś pośrednie rozwiązanie?
Posłużę się hipotetycznym przykładem by nie urazić przypadkiem, któregoś z mieszkańców.