Nr 40
Arona, grudzień 2006
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

cd. ze str. 7

legaliście starej daty fotel premiera zajął Mateusz Muchlado, pod tym względem podobny do swojego poprzednika. I o ile był dobrym ministrem, o tyle z różnych względów jako premier nie poradził sobie zupełnie. Jakiekolwiek były powody, niepowodzenie Muchlada podważyło legalizm. Dziś nadeszła era Łukasza Wakowskiego, który nie tylko nie boi się otwartego starcia i nie zwykł ręką okutaną w białą rękawiczkę pozdrawiać Dreamlandczyków zza szyby papamobilu, a raczej brata się z nimi w "Morskim Baranie". Ale i prawdopodobnie nie zawaha się naginać prawa, gdy tylko uzna, że wymaga tego dobro państwa.

    Wakowski w takich chwilach może prawdopodobnie liczyć na poparcie Pałacu Królewskiego, w którym zasiada dziś Paweł I. I on zapewne nie będzie miał wielkich obiekcji, by w razie potrzeby zadziałać w granicach szerszych niż granice prawa. To podejście bierze się dziś z przekonania, że Dreamland ma być dobrą zabawą dla wszystkich jego członków i nie można pozwolić, by ktoś na tym żerował, zabawę psując. "Wszyscy członkowie" oznacza tu więc tyle, co większość - po według tego podejścia punktem odniesienia jest właśnie ona: vox populi to dla pragmatyków vox Dei.



    Gdy już doprowadzimy jednak do erozji legalizmu, może się okazać, że tendencji nie uda się już odwrócić i władza, raz wypróbowawszy łatwe rządzenie bez ograniczeń, będzie praktykować to dalej, w sprawach mniejszej wagi. Daleki jestem od bezwarunkowego piętnowania tego podejścia. Bierze się ono w końcu z niczego innego, jak tylko troski o dobro Dreamlandu, realizowane jedynie w inny sposób niż ten, do którego nawykłem ja. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że tutaj chodzi o coś więcej niż tylko tworzenie bezdusznego systemu paragrafów - ale chroniącego każdego. Szczególnie dwa argumenty trafiają tu do przekonania.

    Po pierwsze, Dreamland jest państwem, ale wirtualnym, a - jak już wspomniano - takie państwo nie posiada jednej fundamentalnej cechy, będącej udziałem państwa rzeczywistego: przymusowości. Jeśli jesteś Polakiem, to jesteś Polakiem. Niemieckie obywatelstwo możesz nabyć, ale jest to znacznie trudniejsze niż wpisanie do przeglądarki adresu bundesrepubliki i wypełnienie formularza rejestracyjnego. Państwo polskie może ci zresztą to

uniemożliwić. Ani Król, ani Izba Poselska nie pozbawią natomiast możliwości przepisania się do Sarmacji któregokolwiek z obywateli Dreamlandu. Można zresztą w ogóle się nie przepisywać i zwyczajnie usunąć swoją tożsamość, powracając do świata, w którym burmistrz znaczy tyle, co zwierzchnik administracji, a nie administracyjny modernista tworzący miasto tylko dla samego siebie. Praktyki ludzi takich jak Luke Woody - wszczynających burdy na liście dyskusyjnej - czy Kaworu Nagisa, dla odmiany podtrzymujący ogień dyskusji serią niecelnych zazwyczaj dowcipów, osłabiają więc Dreamland. Sprawiają, że młodzi obywatele mogą sobie powiedzieć "basta, tu jest beznadziejnie" i odejść. Nie podejrzewam wprawdzie Luke'a Woody'ego o takie długofalowe cele, ale jeśli o to właśnie mu chodzi, to w swej nienawiści do Dreamlandu spełnia swoje zadanie wzorowo.

     Drugi argument: egalitaryzm w dostępie do środków masowego przekazu. Chciałoby się napisać mediów, ale nie zwykliśmy zaliczać do mediów listy dyskusyjnej, zaś w zasadzie o nią właśnie tu chodzi. Egalitaryzm ten sprawia, że siła rażenia Luke'a Woody'ego jest znacznie większa niż byłoby to w państwie rzeczywistym. W Polsce Luke Woody wyszedłby z transparentem, ramię w ramię z obcokrajowcem Bogusiem i duszącym się od ciągłego śmiechu postmodernistą Nagisą, i pomaszerowałby chodnikiem wzdłuż Wiejskiej. Jaka byłaby siła rażenia? Żadna. Nie zainteresowałaby się tym nawet łódzka telewizja TOYA, której reporterzy mają zwyczaj wybiegać zza krzaka nawet, gdy trzech harcerzy zapala znicz pod zapomnianym przez Boga i ludzi pomnikiem na obrzeżach miasta. W Dreamlandzie Woody ze swoim transparentem ma możliwość dotarcia do wszystkich za jednym zamachem. Wystarczy, że wyśle list na główną listę dyskusyjną, i przeczytają go pi razy oko wszyscy obywatele - a już na pewno prawie wszyscy aktywni. W Polsce nie dyskutowałby z nim nikt, chyba że zatamowałby ruch rozstawiając się na jakimś przejściu dla pieszych. W Dreamlandzie dyskutują trzy-cztery osoby, a to wystarczy, by uczynić listę dyskusyjną potokiem ekskrementów.

     Trudno ocenić, kiedy Dreamland ostatecznie poda legalizmowi czarną polewkę. Prawdopodobnie uczyni to zgodnie z obowiązującymi zasadami - a więc sprawa oprze się o sąd. Nawet ja, mimo że stoję na czele judykatywy, nie jestem w stanie przewidzieć, jak zachowa się wydający orzeczenie w sprawie, w której po obu stronach sali sądowej stanie nie tyle powód i pozwany, czy też oskarżyciel i oskarżony, ale racje legalizmu i ustrojowego pragmatyzmu. Wiem jedynie, że interpretować prawo należy nie tylko zważając na jego sztywne wskazania, ale i to, czy z pozoru nawet najbardziej pozbawiona wad wykładnia nie zawiera czasem wady kardynalnej: nie uniemożliwia sprawnego funkcjonowania państwa. Dziś ta właśnie wątpliwość jest siłą pragmatyków, usiłujących cofnąć epokę ekorrską o pół kroku.


(Edward Krieg)

Kwadratura koła

Obszerny esej autorstwa Edwarda Kriega, którego drugą część publikujemy w tym numerze, jest najciekawszą, najambitniejszą przy tym próbą sięgającej w przyszłość diagnozy stanu Królestwa od czasu "Dlaczego nie kochamy konfederatów" Jacquesa de Brolle z maja 2005 (OKNO nr 29). Szkoda, że sam autor potraktował go nieco po macoszemu, ubierając swoje przemyślenia aż w ponad 2500 słów, pracowicie przetykając rodzynki zwykłym, choć bardzo porządnym, gadulstwem, utrudniając tym samym percepcję mało cierpliwemuli w większości wypadków dreamlandzkiemu czytelnikowi. Tym większą odczuwam potrzebę podjęcia czegoś w rodzaju polemiki połączonej z wylewaniem własnych żali; Kriegowe rodzynki potrzebują, zdaje się, aby nieco je doprawić. Jestem bowiem nieco rozdrażniony. Również tym, że tak rzadko ostatnio daje Edward Krieg równie inspirujące powody do nerwowości.

     Irytuje mnie część Twoich, Edwardzie, uwag. Że parę ustaw ma nikłe, albo zgoła nie ma w ogóle zastosowania w praktyce? Taki argument na rzecz owej liposukcji dobrze brzmiałby w ustach ignoranta Albona (bez obrazy, Albonie, nie mam na myśli nic zdrożnego), lecz nie w Twoich. Będąc Premierem razy kilka miałeś wystarczająco mocną pozycję, aby podjąć starania o powołanie Rzecznika Praw Obywatelskich. Przez pewien czas władając Furlandią zasiadałeś z kolei w Senacie (RPO powołuje Senat).

     Problem ze stosowaniem naszego prawa polega na tym, że często nie ma komu go stosować; stąd bierze się jego praktyczna bezużyteczność, nie z bezsensowności przyjmowania konkretnych rozwiązań. Nie chcę przynudzać na modłę wstępnego wykładu z prawa konstytucyjnego, ale jednak pozwolę sobie na uwagę, że ombudsman jest instytucją fundamentalną dla ustroju chcącego rzeczywiście realizować zasady demokratycznego państwa prawnego, to samo dotyczy znaczenia procedury administracyjnej chroniącej obywatela przed samowolką urzędnika. Że ustawy te są martwe może twierdzić jedynie rozleniwiony praktyk, któremu ciąży kolejna pozycja na stronie SK, utrudniająca dotarcie do aktu doniosłego w konkretnej sprawie, nie zaś sędzia orzekający w sprawach o zgodność aktów normatywnych z Konstytucją.

     Nie chciałbym zaprezentować się jako zwolennik fasadowości, formalizmu, pod którym nie ma żadnej treści. Twierdzę, że samo wejście w życie odpowiedniej ustawy świadczy o kierunku, jaki obieramy sobie na przyszłość. W 2002 roku legislatywa zajmowała się Rzecznikiem; obecnie w Izbie Poselskiej leży kuriozum w postaci projektu ustawy o legalizacji związków małżeńskich. Bić na trwogę nie trzeba, skrzywić się jednak - jak najbardziej można.

cd. na str. 9