Nr 40
Arona, grudzień 2006
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

Do Dreamlandu wchodzę w całości

    Wywiad niniejszy przeprowadzany był we wrześniu. Jakoś wtedy chcieliśmy wydać 40 numer pisma. Stało się inaczej. Siłą rzeczy rozmawiałem wówczas z JKM o sprawach poruszających Dreamlandczyków w okresie letnim. Mimo to wywiad nie uległ dezaktualizaji; jest on nie tylko przyczynkiem do pełniejszego obrazu Królestwa w drugiej połowie roku 2006, ale również wydarzeniem już z samej racji dostojeństwa osoby mojego rozmówcy - MdR.

MdR: Przez główną listę przetoczyło się w okresie letnim kilka wątków dotykających kwestii funkcjonowanie kościoła i religii w Dreamlandzie. WKM nie zabierał wówczas głosu. Wymowne milczenie czy po prostu ból zębów? Niesmak? Brak zainteresowania ze strony WKM?

JKM: Ponieważ pamięć zbiorowa narodu dreamlandzkiego jest nader krótka, tego typu tematy powracają regularnie co kilka-kilkanaście miesięcy. Miałem więc już okazję nie raz na ten temat debatować i swoje własne potrzeby erystyczne w tym zakresie zaspokoiłem już dawno. Moje milczenie w tym temacie łączy się jednak również z moim stanowiskiem. A jakie może być stanowisko Króla, jeśli nie zbieżne z Konstytucją? Państwo dreamlandzkie gwarantuje ochronę wolności wyznania, jednocześnie samo pozostaje w całości laickie. Na liście dyskusyjnej pojawiały się mylące odrobinę wypowiedzi, z których możnaby wnioskować, że Dreamland jest przeciwny religii. Dreamland, w sensie państwo dreamlandzkie, z pewnością nie sprzeciwia się instytucjonalizacji wyznań prawdziwych czy wirtualnych na swoim terenie. Jednocześnie nikogo Dreamland do religii nie zachęca. Moje nie zabieranie głosu w tym temacie było tego świadomym wyrazem. Niepopularność religii ma moim zdaniem dwie przyczyny. Pierwsza to oczywista kontrowersyjność tematu. Wiara to rzecz bardzo intymna i indywidualna. Do tego dodać należy trudności praktyczne z przeniesieniem idei Kościoła na grunt państwa wirtualnego. Nie spotkałem jak dotąd proroka,który zdołałaby stworzyć wirtualny kult absorbujący czynnie więcej osób, niż jego tylko samego.

MdR: Jak postrzega WKM inicjatywy typu Zakon Braci Krzyża, Bractwo Żeglarzy? Czy przyszłość dreamlandzkiej cywilizacji to kulturowa kolektywizacja?

JKM: Złośliwi nazywają Dreamland Krajem Rad, bo wszędzie z wielką ochotą tworzymy komisje, rady, izby, kolegia. Uważam, że kiedyś ktoś mógłby stworzyć bardzo ciekawe muzeum zapełnione wyłącznie nazwami list dyskusyjnych, które Dreamlandczycy potworzyli na potrzeby prowincji, miast, redakcji, ministerstw, spółek, partii, wydziałów uniwersyteckich i czort wie czego jeszcze. Bractwa i zakony zapewne wpisują się jedynie w tę naszą narodową przypadłość, podobnie jak SAF czy Tawerna. Ciągłe grupowanie się w najróżniejszych klubach jest raczej przeszłością naszej cywilizacji, od której, obawiam się, raczej się nie uwolnimy także w przyszłości. Czy jest to jednak zawsze negatywne zjawisko? Często podnosi się to podczas dyskusji o sensie istnienia w Dreamlandzie armii, czy nawet prowadzenia dyplomacji. Istnieje określona liczba osób, które to interesuje i bawi, ale reszty efekty ich pracy nie obchodzą. Na pytanie po co nam armia odpowiadam: nam po nic, ale potrzebna jest tym, którzy się w to angażują i znajdują w tym satysfakcję.

MdR: WKM powiada, że zasadą naszej zabawy jest daleko posunięty partykularyzm zainteresowań. Zgadzam

się póki chodzi o indywiduum. Jednak taka postawa przenoszona w obręb organów władzy publicznej, instytucji o charakterze centralnym, prowadzi do sytuacji groteskowej: urzędnik, oficer, premier staje się potrzebny wyłącznie samemu sobie. Jeszcze chwila i ktoś oburzy się: po co nam ten Król, skoro królowanie bawi tylko Jego samego? Stawiam więc pytajnik: norma to czy patologia?

JKM: Oj, myli się ten, kto sądzi, że królowanie bawi Króla - wiadomo więc, że Król jest potrzebny, bo inaczej już by go nie było! W obrębie państwa Armia jest moim zdaniem pojedynczym wyjątkiem. Istnieje ona po trosze jako relikt najzamierzchlejszych czasów, kiedy Dreamland toczył wojny - głównie z własnymi prowincjami. Nie jest to jednak jeszcze powód, by się jej pozbywać. Wojsko dreamlandzkie nie konsumuje pieniędzy z budżetu, więc jego utrzymanie nic nikogo nie kosztuje. Dopóki mieszkają w Dreamlandzie ludzie, których wojskowość interesuje i bawi, dopóty będzie sens istnienia Armii.

MdR: Duch dziejów zmiótł z rodzimej sceny politycznej SF i DPM, w Izbie Poselskiej kolejnej kadencji znalazły się już tylko dwie partie. Z politycznego obiegu po latach okupowania poselskiej ławy wypadł między innymi hrabia Albon. Tymczasem regularnie pojawiają się samodzielnie kompromitujące się inicjatywy polityczne, fundatorzy których okazują się mieć nikłe pojęcie o realiach Królestwa. W jakim kierunku rozwija się dreamlandzka scena polityczna? Czy w ogóle możemy mówić tu o jakimkolwiek rozwoju?

JKM: Być może mieszkamy w innych Dreamlandach, ale ja scenę polityczną widzę zupełnie inaczej niż Pan Redaktor. Układ dwupartyjny SF-DPM był pierwszym sygnałem krystalizacji naszej polityki po okresie, w którym wśród wielu partii o podobnej sile nie dało się wyróżnić wyraźnego lidera. Zmiana warty, jaka miała miejsce przy ostatnich wyborach cieszy mnie, bo odświeżyła nam scenę polityczną. Zgadzam się, że zarówno SF, jak DPM zdążyły już wyhodować spore brody i mało w nich było widać życia. Nie nastąpił jednak krok wstecz, w kierunku eksperymentatorstwa, bowiem pałeczkę przejęły partie doświadczone i aktywne w poprzedniej kadencji. PSiP można postrzegać w pewnym sensie jak prawnego dziedzica SF, zwłaszcza, że partia ta bardzo urosła po naznaczeniu na urząd Premiera Łukasza Wakowskiego

przez Mateusza Muchlado i koalicję kierowaną przez Stronnictwo właśnie. Trudno zaś o bardziej wymarzoną opozycję, od Zjednoczonych Demokratów, których inicjatywy, krytykowane może przez Senat, mnie jednak bardzo cieszą. Najważniejsze bowiem, że jakiekolwiek inicjatywy są, a przecież naturą opozycji jest to, że nie zawsze jej pomysły muszą iść zgodnie z prądem myślenia obozu władzy. Wszystko jest więc nareszcie na swoim miejscu i mam nadzieję, że różnice ideologiczne między głównymi graczami politycznymi będą się pogłębiać i uwidaczniać coraz bardziej.

MdR: Jakie konkretnie "różnice ideologiczne między głównymi graczami politycznymi" ma WKM na myśli?

JKM: Różnice ideologiczne między partiami nadal wyczuwa się raczej instynktownie. Sądzę jednak, że te różnice mogą istnieć i będą stawały się coraz wyraźniejsze. Silne podziały wywołała w Senacie sprawa dalszego losu Luindoru - likwidować prowincję, czy próbować reanimować. Jeśli dojdzie do referendum w tej sprawie, podejrzewam, że każda z partii opowie się za innym rozwiązaniem i dojdzie do bardzo ciekawej dyskusji.

MdR: "Chciałbym, by zdał Pan sobie sprawę, że bierze udział w pozoracji, grze - wypowiada się Pan na forum fikcyjnego państwa, dyskutuje z postaciami będącymi mieszkańcami fikcyjnych krain" - perswadował w czerwcu Lukowi Woody'emu Marcus hrabia Estreicher. Różne są pomysły na Dreamland, szerzej: na mikronację. Proponuję rzecz nieco uprościć i wyróżnić wśród nich te proweniencji literackiej oraz te spod znaku gier fabularnych. Dreamland, który mnie interesuje, to Dreamland - twór pseudoliteracki. To Dreamland "Wielkiej Księgi", publicystyki, kultury prawnej, rodzimej prozy. Z drugiej strony pojawiają się propozycje skądinąd ciekawe, choć niebezpiecznie bliskie właśnie nieskomplikowanej formule popularnych "erpegów": Zakon Braci Krzyża, Bractwo Żeglarzy, Państwo Świetlików. WKM, gra w literackość czy po prostu gra, na co stawiać? Czy ja, Medgar de Rama, rozmawiam w tej chwili z kartą postaci, która w rubrykę "ekwipunek" ma wpisaną własną skrzynkę mailową?

JKM: Elementy, które wymienił Pan jako część literackiej wizji Dreamlandu, wszystkie są narzędziami opisu rzeczywistości. Trudno pisać gazety, prace naukowe, czy ustawy jeśli nie ma czegoś, co możnaby w nich opisać. W Wielkiej Księdze znajdzie Pan historie tajnych spisków, czystek władzy i wojen między prowincjami. Żyjemy w środowisku, które nas kształtuje i w tym sensie jesteśmy w Dreamlandzie kimś innym, niż w świecie realnym. Większość z nas ma dość rozumu, by raczej rzucić Dreamland, niż zaniedbać pracę lub studia, a jednocześnie jesteśmy gotowi rozpętać wojnę domową w obronie niesłusznie naszym zdaniem odwołanego Namiestnika. Logicznie rzecz biorąc te

cd. na str. 3