|
|||||
cd. ze str. 8
Może pamiętasz, Edwardzie, jak to kilka miesięcy temu zażarcie walczyłeś o rozbiórkę gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości. Teraz zaś martwisz się, choć bez rozdzierania szat, że pragmatyzm w pewnym momencie weźmie górę nad legalizmem. Również tu widzę pewną drażniącą niekonsekwencję.
Obowiązujący porządek prawny bynajmniej nie opiera się na olbrzymiej liczbie aktów prawnych. Szczycimy się, że jest Królestwo mikronacją w Polsce najstarszą; nic więc dziwnego, że przez lata nazbierało się trochę materiału normatywnego. Gros rozporządzeń to akty o znaczeniu jednorazowym, powołujące określone osoby na stanowiska, przydzielające ministrom działy administracji. Co więcej, pewne kwestie wciąż nie doczekały się ustawowej regulacji. Część ogólną kodeksu cywilnego należałoby rekonstruować z szeregu regulacji cząstkowych rozrzuconych po różnych aktach, o ile w ogóle zabieg taki byłby możliwy; zobowiązań nie mamy wcale. Część ogólna kodeksu karnego jest miejscami bardzo lapidarna, brakuje kilku doniosłych praktycznie instytucji (zbieg przepisów, czyn ciągły, kara łączna), brakuje również regulacji wykonawczych. Jeżeli marzy się Dreamlandczykom system gospodarczy, obowiązek mieszkaniowy czy żywieniowy, trzeba będzie na gwałt pisać kolejne obszerne ustawy.
Rozwojowi Dreamlandu jest po drodze z rozrostem Bazy Prawnej. Jeżeli naszą przyszłością nie ma być degeneracja - innej możliwości nie ma. Litera prawa nie ma służyć jako kaganiec, lecz ma być w rękach mądrego ustawodawcy pozytywnym bodźcem zmian. Stawiając tezę, że wyrzekanie na rozwinięte prawodawstwo stało się syndromem jakowegoś zmierzchu bogów, dokładasz swoją cegiełkę, Edwardzie, do owej ponurej apokalipsy. Twój tekst ma więc charakter konstytutywny dla zagłady, nie zaś deklaratoryjny. A nieco poważniej: podobne twierdzenia nie są czymś na porządku dziennym i wyciąganie tak daleko idących wniosków jest zabiegiem nieuprawnionym.

Irytuje, że głównym bohaterem swojego być może najlepszego jak dotąd tekstu uczyniłeś obok Artura Piotra nie kogo innego, jak leciwego złośliwego gnoma, Luke'a Woody. Jeszcze bardziej irytuje paradoks funkcjonowania naszej społeczności, który Ci to umożliwił: filmowy trzeciorzędny pomagier antagonisty, taki co to w co drugiej scenie przypadkiem zrzucany jest ze schodów przez kucharkę, w tekście takim jak Twój, takim jak mój zyskuje miejsce w żaden sposób mu nienależne. Panie Woody, proszę sobie nie pochlebiać; występuje Pan tu jedynie jako egzemplifikacja statystycznej prawidłowości występowania nadrzewnej huby. Gdyby

nie ten akurat Drewniak, równie dobrze pojawiłby się inny.
Ale rozprawmy się do końca z Woody'm zanim weźmiemy się za hubę. Co go boli - najlepiej wie on sam. Jak powiedział William Munny kasując z zimną krwią Małego Billa w "Bez przebaczenia": zasługi nie mają tu nic do rzeczy. A dawne zasługi Eryka i po prostu szacunek im należny są niepodważalne; nie zmienia to oceny świadomie uciążliwych działań Drewniaka. Pora na narośl.
Nadrzewna huba nie jest w stanie wywołać kryzysu praw jednostki, jak chciałbyś to, Edwardzie, widzieć. Chęć taką rozumiem, tekst publicystyczny rządzi się pewną dramaturgią, ale nie ma sensu widzieć zalatujących siarką rogów tam, gdzie nie ma diabła, a jest może tylko koza. Że huba potrafi dać się we znaki użytkownikom listy dyskusyjnej, że potrafią oni często brzydko na ową niepiękną hubę wyrzekać - nie świadczy o żadnym zwyrodnieniu, a co najwyżej o zdrowej reakcji obronnej.
Gdyby organy ścigania z własnej inicjatywy lub na polecenie przełożonego chciały uciążliwą hubę z Dreamlandu bezpodstawnie usunąć; gdyby Sąd właśnie tak orzekł - mielibyśmy do czynienia z kryzysem. Nic takiego nie ma miejsca. Co więcej, huba ma możliwości po temu, aby skutecznie dochodzić swoich praw przed owym Sądem z powództwa cywilnego. Jeżeli zaś pisząc o kryzysie praw jednostki masz, Edwardzie, na myśli naruszanie praw obywatela przez innego obywatela, to mówisz po prostu o zakresie regulacji prawa karnego lub o naruszeniach podlegających pod ochronę cywilną. Nic nowego pod słońcem, rewolta z tej strony nam nie grozi. Że mam ochotę przywalić sąsiadowi, którego pies narobił mi na wycieraczkę nie znaczy jeszcze, że mam ochotę wysadzić parlament. Chyba, że sąsiad jest jego marszałkiem. Ale przecież huba państwa nijak nie reprezentuje.
Zgadzam się co do tego, że nasza demokracja nie miewa się najlepiej. Dynamiczny Premier, który potrafiłby wyrobić sobie autentyczny autorytet; bardziej zdecydowana Korona energicznie wkraczająca tam, gdzie dzieje się źle przy nieprzeszkadzającej rządowi Izbie Poselskiej - to model który jest jak najbardziej do zrealizowania. Czy model co do zasady bardzo odbiegający od tego funkcjonującego obecnie? Jeżeli już, to nie mamy do czynienia z kryzysem demokracji; w opałach znajduje się raczej mało aktywna egzekutywa. A może po prostu rząd nie umie właściwie sprzedać opinii publicznej swoich osiągnięć?
Irytujące jest, że siła rażenia głupot na listach dyskusyjnych jest podobna do mocy granatu odłamkowego. Podobnie, choć na mniejszą skalę, działa e-mail poza listami. Ile czasu każdy, kto piastował dowolną funkcję publiczną, strawił na korespondencję z żartownisiami, głuptakami czy wręcz prostakami? Po
tonie Twojego, Edwardzie, tekstu, ale też po korespondencji prywatnej sprzed kilku miesięcy widzę, że Ciebie dopadła owa specyficzna choroba internetowa, nowy gatunek średniowiecznej melancholii, zniechęcenie, maligna cyfrowa, czy jakby to ujął Sławomir Shuty - ultragibanie w kolibie. Nie czynię zarzutu, jeno łączę się w bólu.
Mimo wszystko przeceniasz, Edwardzie, znaczenie informacyjnego szumu. Kiedy opadnie dym i przestanie dźwięczeć w uszach, okazuje się, że ten granat co prawda urwał nam dwa palce, ale głowa jest ciągle na miejscu. Huba
narobiła trzody, ale nie obaliła króla. Klapa bezpieczeństwa istnieje: jest nią zdrowy rozsądek często garstki sybskrybentów, który po napełnieniu koryta obornikiem prędzej czy później dochodzi do głosu. W ten sposób padł chociażby projektowany rząd Nagisy po marcu z naszym pismem w roli głównej, kiedy potencjalni partnerzy polityczni cofnęli poparcie po kilku co bardziej niezjadliwych wypowiedziach szefa rządu in spe. Funkcjonowanie każdej społeczności opiera się na minimum wzajemnego zaufania co do racjonalności partnerów. Jeżeli nie będziemy mieć strzępu wiary w zdolność listy dyskusyjnej do samooczyszczania się, owo samooczyszczenie nie będzie mogło nastąpić; bo tutaj przekonanie generuje pożądany skutek.

Nie ma wreszcie potrzeby tak stanowczo upierać się przy rozróżnianiu legalizmu i pragmatyzmu. Wykładnia
celowościowa nie jest niczym innym, jak przyłożeniem miary użyteczności do aktu prawnego. W ramach legalizmu można więc być w dobrych stosunkach z pragmatyzmem.
Być może zbyt usilnie staram się sprowadzić Twoją argumentację do parteru; domyślam się, że teraz Ciebie biorą nerwy. Rozumiem, że Twoja perspektywa jest szersza. Być może właśnie - za szeroka. Tymczasem w praktyce liczą się szczegóły, ważny jest konkret. Dlatego łatwiej jest naszkicować na papierze dzieje ostatnich lat i snuć gorszące prognozy, niż przeprowadzić rzeczywisty przewrót.
Mam wrażenie, Edwardzie, że "Kolistością wszechrzeczy" patrzysz w kierunku Dreamlandu, ale to nie Dreamlandowi się przyglądasz. Tym ciekawszy jest dla mnie Twój tekst. Ze swojego sędziowskiego fotela rzucasz kilka spojrzeń z dystansu i chyba dokonujesz swoistego obrachunku strat i zysków. Mam prawo tak sądzić, bo w opisywanych przez Ciebie dziejach dreamlandzkiego legalizmu odegrałeś wcale nie małą rolę. Pisząc o schyłku porządku arturiańskiego, opisujesz w istocie zmierzch własnej wizji.
Tymczasem świat wcale nie znika, kiedy nie patrzymy w jego kierunku i z pewnością nie zniknie, kiedy nas zabraknie. I to właśnie irytuje najbardziej.
(Medgar de Rama)