Nr 40
Arona, grudzień 2006
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

cd. ze str. 2

dwie postawy nie są do pogodzenia w jednej osobie i wyjaśnić to można tylko tak, że będąc w Dreamlandzie kreujemy się na kogoś innego. Takie rozdwojenie jaźni nie miałoby miejsca, gdyby Dreamland był tylko akademickim projektem pod tytułem "wyobraźmy sobie wirtualny świat i opiszmy go, przedyskutujmy jego naturę". Nie da się chyba usiąść przed monitorem z dreamlandzką stroną główną jak przed akwarium czy szklaną butelką i jedynie gmerając w środku długim patyczkiem ustawiać maszty modelu okrętu. Ja włączając komputer wchodzę do Dreamlandu w całości, a ponieważ realnie nie jestem królem niczego, w świecie wirtualnym siłą rzeczy przybieram nową postać. Jeden zmieni się w króla, drugi w majowego chrabąszcza.



MdR: WKM, jaki widok rozpościera się na co dzień z Olimpu? Pożar w zamtuzie? Sobotnie popołudnie w prowincjonalnym mieście? Domyślam się, że nie - obnażony mechanizm szwajcarskiego czasomierza?

JKM: Jestem Dreamlandczykiem od końca 2001 roku, a od połowy 2002 pełnię nieprzerwanie funkcje niedalekie najwyższym kręgom władzy. Korona nie otworzyła mi oczu na jakiś nowy, szerszy obraz Królestwa. Raczej może przeciwnie - osoba królewska niektórych onieśmiela i sporo rzeczy załatwia się na niższych szczeblach, a Króla ewentualnie informuje na końcu. Ale mogę powiedzieć, że choć widzę tyle samo, zmienił się kąt pod jakim patrzę. Zauważyłem to przy pierwszych wyborach do Izby Poselskiej, jakie odbywały się za mojego panowania. Ze zdziwieniem zauważyłem, że nie kibicuję już żadnej z partii, która moim zdaniem ma najciekawsze pomysły, ale chcę po prostu, żeby do Izby dostało się jak najwięcej aktywnych ludzi, którzy możliwie bardzo się ze sobą nie zgadzają, bo tylko na gruncie konfliktu polityka może istnieć. To, kto zostanie Premierem przestało mieć aż takie znaczenie, bo jak będzie dobry, to coś zrobi, a jak będzie zły, to przynajmniej wzbudzi protesty i zaktywizuje w ten sposób część społeczeństwa. Dreamland może nie jest szwajcarskim zegarkiem, ale raczej wielkim kołem młyńskim z filmu, które będzie się jeszcze długo toczyć, bez względu na to, czy piraci w jego środku będą ze sobą walczyli, czy grali w karty. Żadne z nas nie zdoła określić w jakim kierunku potoczy się Dreamland, który rozwija się sam i zgodnie z własnymi, niepoznanymi dotąd zasadami. Gdybym nigdy nie zapisał się był do Dreamlandu, moje miejsce nie byłoby w tej chwili puste, kto inny byłby Królem, kto inny udzielałby Panu wywiadu. Cieszę się jednak, że to ja właśnie zająłem ten fragment historii naszego Królestwa i sam zadecydowałem o jego kolorze. To taka refleksja, którą nabyłem jako Król.

MdR: Jak wygląda królewski dzień? Jak wiele realowego czasu absorbuje tron?

JKM: Nie umiem wyliczyć dokładnie. Kilka godzin dziennie, zapewne. Staram się wprowadzać w życie systematyczność, więc siadać do Dreamlandu w określonych godzinach i w określonych godzinach przechodzić do następnych zajęć. Każdego dnia jednak realizacja planu wychodzi inaczej i bywają tygodnie, gdy prawie w ogóle nie czytam maili i robią mi się zaległości, a bywają dni gdy zaniedbuję inne rzeczy na korzyść Dreamlandu.

MdR: W jednym z wywiadów Andrzej Sapkowski określił telewizję mianem medium dla "brodatych kobiet i miotaczy noży". Poproszę WKM o co najmniej równie efektowną odpowiedź na pytanie: jakich osobników przyciąga i pociąga Dreamland? Może być w więcej niż jednym zdaniu.

JKM: Jacy są ludzie, których przyciąga Dreamland? Jedno można powiedzieć na pewno - są to ludzie z dostępem do Internetu. Można chyba dodać, że wszyscy posługują się językiem polskim w piśmie. Więcej nie mogę chyba nic powiedzieć, bo ledwie kilku Dreamlandczyków znam realowo, a i tych znam nie dość, by móc spokojnie rozprawiać o ich pochodzeniu społecznym, wykształceniu, dochodach czy religijności. O cechach osobowości Dreamlandczyków też niewiele mogę powiedzieć, bo każdy w Dreamlandzie jest jednak odrobinę inny, niż w rzeczywistości. Myślę, że nasi rodacy są tak różnorodni, jak różnorodni są Internauci. Każdy może się tu jakoś zadomowić, a Dreamland odrzuca tylko tych, którzy nie mają dość samozaparcia, by uformować sobie jakiś kawałek Królestwa pod swoje własne potrzeby. Istnieją być może jakieś typowe cechy narodowe, które wiszą nad Dreamlandem. Z pewnością nie dzielą ich wszyscy, część nabywa ich raczej pod wpływem Królestwa, niż je tu wnosząc. Wspominałem, że lubimy zakładać rady, organy i instytucje. Częściej zdarzają się u nas, niż w niektórych państwach ludzie lubiący konstruować ładne, rozbudowane zdania i zwracać się do siebie per Pan zawsze używając wielkiej litery. Nie lubimy mówić tyle co Sarmaci i mamy dwie lewe ręce do systemów gospodarczych.

MdR: WKM jest dzisiaj wyjątkowo dowcipny, zresztą wcale mnie to nie martwi. Że dostęp do sieci i że język polski, to naprawdę dobrze powiedziane. A więc w dużym skrócie: Dreamland przygodą dla połykaczy ognia i garbatych atletów? Elokwentnych połykaczy i atletów wyposażonych przynajmniej w modem?

JKM: O dziwo nie. W telewizji faktycznie trzeba się mocno napocić, żeby przyciągnąć publikę. W państwie wirtualnym publika zabawia sama siebie i mimo, że wszyscy jesteśmy ot, zwykłymi ludźmi wydzierającymi czas na zabawę w Internecie z codzinnego nawału obowiązków, jakoś wspólnymi siłami jesteśmy w stanie tworzyć niezwykle barwną i wartką historię całkiem rozległego państwa.

MdR: W drugiej połowie kwietnia ówczesny Premier, Mateusz Muchlado, przedstawił Izbie Poselskiej sprawozdanie z prac Rządu Królewskiego. W części poświęconej Ministerstwu Spraw Zagranicznych, rozdział "Prace bieżące" otwierał następujący passus: "Ministerstwo na bieżąco monituje sytuację w innych krajach i reaguje na wszystkie przypadki ataków na Królestwo bądź też na rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na jego temat." Przyznam, że jest to nieco smutne. WKM, na czym zasadza się istota dreamlandzkiej polityki zagranicznej? Jakiego rodzaju tworem jest nasz MSZ? Agencją public relations? Centralą propagandy? Dzielnym obrońcą naszych wirtualnych granic, faktycznie wykonującym obowiązki bezproduktywnych wojaków? Czy

polityka zagraniczna w wydaniu wirtualnym to li tylko pacyfikacja kolejnych kuriozalnych kryzysów? Rozmawiam wszak z byłym Ministrem Spraw Zagranicznych, oczekuję więc, że WKM rozświetli nieco spowijający ową dziedzinę mrok niewiadomego.

JKM: Relacje pomiędzy autarkiami siłą rzeczy są sporadyczne i luźne. Nie jest zadaniem resortu spraw zagranicznych wymyślanie: co by tu zrobić w ramach zbliżenia z naszymi sąsiadami. Mamy jednak wciąż wśród państw wirtualnych najbardziej rozbudowaną sieć ambasad, monitorujemy co gdzie się dzieje i gdy tylko pojawia się ktoś z pomysłem, nasze służby są przygotowane do służenia profesjonalną pomocą. Dowodem niech będzie to, że to zazwyczaj dreamlandzka strona wychodzi z fachowo napisanym projektem odpowiedniej umowy czy traktatu.

MdR: Jak wygląda osobisty wkład WKM w politykę zagraniczną za okres od abdykacji JKW Artura Piotra?

JKM: Moja aktywność na tym polu jest mniej więcej taka sama, jak mojego poprzednika. Współpracuję ściśle z Premierem i Ministrem Spraw Zagranicznych. Jako szef dyplomacji współpracowałem przez długi czas z JKW Arturem Piotrem, więc jest zrozumiałe, że główne założenia polityki zagranicznej Królestwa też raczej się nie zmieniły.

MdR: Obejmując tron w listopadzie 2005, przemawiał WKM między innymi tak: "Staję więc przed Wami, hodowca kur i wierszokleta, i proszę Was o wsparcie i współudział w rządach." Minęło trochę czasu, to i owo można już sensownie podsumować, zweryfikować własne oczekiwania. Czy dostał WKM owo wsparcie? Ile zostało w JKM Pawle z Pavla Svobody, przyjaciela dziobatej gadziny i rymopisa? I wreszcie - ufam, że wybaczy mi WKM pewną dezynwolturę - fajnie jest być Królem?

JKM: Czasem fajnie, nie powiem, czasem jednak przychodzi też pora na mniej przyjemne obowiązki. Ogólnie bycie Pavlem Svobodą dawało człowiekowi nomen omen więcej swobody. Zadania Króla są jasno określone, a po ich wykonaniu mało czasu zostaje na jakieś własne pomysły, czy choćby na zapadnięcie się w fotelu i pogłaskanie za uchem mruczącej kury.



MdR: Jaki będzie wkład przyszłego Króla Seniora Pawła w dzieje Królestwa Dreamlandu?

JKM: Martwi mnie, że nie będę wyjątkiem i jak większość Królów po dotarciu do końca swego panowania, będę zbyt wymęczony, by wrócić do aktywnego wirtualnego życia. Prawie na pewno pozwolę sobie na kilkumiesięczny urlop, ale może uda mi się wrócić i choćby na liście dyskusyjnej pojawiać się czasem jako echo dawnych wieków.


(Z JKM Pawłem I rozmawiał Medgar de Rama)