|
|||||
W oparach eteru
Od dwóch miesięcy Dreamland wyposażony jest w fonię. Udźwiękowienie zapewnia Królestwu założone i kierowane przez Martina van Spidera Radio Echa Dreamlandu, nadające nierzadko nawet kilka razy w tygodniu. W dniach 2-3 grudnia w godzinach wieczornych odbyły się tak w eterze, jak i na czacie Królestwa obchody I Dni Radia zorganizowanych przez rozgłośnię we współpracy z Ministerstwem Kultury i Nauki.
Sobota, dzień pierwszy obchodów, upłynęła niezwykle udatnie głównie pod znakiem atrakcji muzycznych i około muzycznych. Najciekawszym punktem programu audycji prowadzonej przez Marcusa Estreichera, bezkompromisowo bombardującego słuchaczy przesterowanymi gitarami, były jednak dźwiękowe pozdrowienia-jingle nagrane specjalnie na potrzeby Radia przez Fabiolę de Willibald, Pawła Mariusza Milewskiego, Sykstusa Borutę, Alchiena de Archien, Józefa Kalickiego oraz Księcia Rhadmora reprezentującego Cyberię. Zwłaszcza pozdrowienia od lady Fabioli wywołały żywiołową, jeśli nie gwałtowną reakcję zgromadzonych na czacie samców i w rezultacie wyemitowane zostały tego wieczoru coś koło dwóch tuzinów razy. Po prawdzie - niektórym i to było mało. Mimo to ostatecznie tryumfował Paweł Mariusz Milewski, w konkursie na najlepszy jingiel zdobywając o 50% głosów więcej od konkurenta z drugiego miejsca. Należy odnotować, iż Jego Magnificencja Rektor Milewski uwiódł słuchaczy przede wszystkim profesjonalnym montażem i
zaawansowaną postprodukcją swojego w sposób zupełnie nieprzewidywalny zapadającego w podświadomość, lekko psychodelicznego pliku. W konkursach muzycznych na pudle stawał przeważnie niżej podpisany. W tak zwanym międzyczasie, którego nie było znowu tak wiele, do odwiedzania surmalajskiego NeuYorku zachęcał Burmistrz miasta, Pablo von Neumann. Obficie uraczeni trash metalem, power metalem i zwykłym metalem bez podejrzanych anglojęzycznych przydawek, ostatni słuchacze odeszli od odbiorników na pół godziny przed dwudziestą czwartą.
Do powtórki z rozrywki doszło kolejnego wieczoru. Audycję pierwotnie prowadzić miał Martin van Spider, jednak niespodziewanie zastąpił go Marcus Estreicher, po raz kolejny serwując słuchaczom muzykę niezwykle bogatą w kalorie. Po początkowych trudnościach technicznych, drugi dzień obchodów Dni Radia Echa Dreamlandu mocno ruszył z kopyta. W późnych godzinach wieczornych do zgromadzonych na czacie słuchaczy dołączył Edward Krieg wraz z nagranymi przez siebie jinglami ("Radio Echa Dreamlandu: najlepsza muzyka na obszarze burżuazyjnych latyfundiów") oraz Paweł Mariusz Milewski.
Ostatnia godzina tej grudniowej niedzieli przyniosła najintensywniejsze sześćdziesiąt minut w ciągu obu wieczorów, być może również w historii wirtualnego radia. W pierwszej kolejności Marcus Estreicher zaprezentował na antenie brawurowy, bardzo liryczny cover "God Save The Queen" Sex Pistols nagrany przez Pawła Kopp-Ostrowskiego. Daniem głównym okazały się jednak być interpretacje a vista Edwarda Kriega i Pawła Mariusza Milewskiego poezyj Bogusia, w tempie ekspresowym nagrywane przez obu Panów i dosyłane do prowadzącego audycję. Poruszające tą strunę ludzkiej duszy, której być może należy w ogóle nie dotykać, intensywne emocjonalnie deklamacje księcia Kriega wyznającego zasadę wierności jeśli nie intencjom, to słowom autora, ciekawie kontrastowały
z mocno awangardowymi próbami Pawła Milewskiego dotrzymania kroku "Maluchowi". Wyścig ten o kilka długości maski wygrał deklamator. Ostatni zebrani na czacie, głęboko wzruszeni słuchacze za dziesięć pierwsza odeszli od klawiatur, pogrążając się w pościeli.
Pomimo takiej sobie frekwencji w dniu drugim, I Dni Radia Echa Dreamlandu należy uznać za imprezę niezmiernie udaną, przede wszystkim dzięki Marcusowi Estreicherowi, przez dwa kolejne, długie wieczory zawiadującemu całym przedsięwzięciem. Kogo nie było, niech żałuje. Wiele wskazuje na to, że Radio na stałe wpisało się w dreamlandzką rzeczywistość, co pozwala mieć nadzieję, że kolejnych edycji jego Dni doczekamy się raczej prędzej, niż później.
(Medgar de Rama)

Czterdziesty numer "Głosu", wydany w piątą rocznicę powstania pisma, wymaga oprawy szczególnej, tak jak wymaga jej wszystko, co szczęśliwie opiera się prawom rozkładu. Rozglądamy się dookoła i dostrzegamy pogruchotane formy, rumowiska wczorajszych imperiów, zabliźnione stygmaty naszych wczorajszych proroków, dziś już martwych bądź popadłych w inercję. Ten, kto gościł tu choćby przez rok, czuć musi ten odór straszliwy, jaki szczelnie wypełnia nasz mały kosmos. W jakim tłuszczu i smrodzie przyszło nam dziś wegetować!
Na wyraźne żądanie redaktora naczelnego postanowiłem przekopać się przez te dymiące hałdy i wydobyć na powierzchnię artefakty godne naszej dzisiejszej uwagi. Na przestrzeni minionych lat niemało ich nagromadziliśmy, choć o wszystkich bez wyjątku zdążyliśmy zapomnieć. Najpierw jednak uściślijmy pewne pojęcia.
Nie padł Dreamland, ani żadna inne podobna mu przestrzeń wirtualna, ofiarą dekadencji. Gdyby było bowiem inaczej, należałoby przyjąć, iż święciliśmy kiedyś okresy naszych największych tryumfów, jakiej by te tryumfy nie były natury, i że teraz spiżowym prawem jakiegoś niedorzecznego cyklu opuszczamy się poniżej naszych niegdysiejszych pułapów. Jest tezą mocno naciąganą, iż kiedykolwiek żyło nam się znośniej i kolorowiej niż obecnie. Wypadałoby raczej przyjąć, iż zawsze żyło nam się jednakowo koszmarnie, to znaczy ze świadomością jakiegoś niespełnienia, niekompletności, kalectwa naszego małej doliny, niezmiennie źle zorganizowanej i niegotowej. Nigdy nie było świetnie.
Nie bez pewnej satysfakcji przyznaję, że wszystko, czego podjąłem się w Dreamlandzie, w mniejszym lub większym stopniu skończyło się niepowodzeniem, w taki czy inny sposób minęło się z celem. To, co doprowadziłem do szczęśliwego końca, w ostatecznym rozrachunku okazało się irytująco błahe bądź nietrwałe. Przebłyski z kupy szmelcu.
Efemeryczność wszystkiego, czego tutaj doświadczamy, wpisana jest w naturę naszej zabawy. Dziwić się nawet należy, że razem w wnioskiem o obywatelstwo nie otrzymuje petent przestrogi: nie turbuj się, kolego, wszystko przepadnie darmo. Ale i to na nic. Każdy musi spróbować. Doprowadzić własny organizm do stanu wrzenia, by następnie z głuchym mlaskiem zwymiotować na posadzkę.
Być może rację ma ten, kto w kolejnych naszych inicjatywach dostrzeże jedynie mielenie dawno już zmielonego. W skromnych warunkach Królestwa możliwe jest już tylko epigoństwo. A jednak nie mogę odmówić pewnej wartości tym kilku latom spędzonym w Królestwie. I czynię tak bynajmniej nie ze względu na jakieś wykoślawienie umysłowe, które dla stabilności ustroju nerwowego nakazuje nam afirmować każdą decyzję i każdą obraną drogę. Królestwo, jak podejrzewam, nie zużyło się doszczętnie, nie straciło możności wywoływania twórczych poruszeń i zapładniania inteligencji. I choć wszędzie walają się szczątki porzuconych lub nieudanych idei, choć każdego dnia odbijamy się od spędzających tu weekend idiotów, z pewnym spokojem zasiadamy przed naszymi komputerami i z nadzieją wyglądamy jakiegoś wzruszającego kataklizmu.
Tym, co - jako redaktor "Głosu Weblandu" - wspominam najchętniej, są te liczne chwile, gdy wskutek naszych stylistycznych zabiegów eksplodowały w górę strumienie żółci i wybuchały głośno okrzyki nienawiści. Jakże miłe dla ucha są te wrzaski i jęki, zawodzenie pod oknem i łomot za drzwiami! Jak błogo jest ciskać kamienie w ciemną czeluść nocy i w odpowiedzi usłyszeć nacierającą lawinę bluzgów godnych Antychrysta. Ten ogrom wzruszeń i szaleństw nie zwalił się darmo. Czyż później, po fakcie, nie wracamy pamięcią do tych szczęśliwych wstrząsów, nie odczytujemy, z uśmiechem na twarzy, litanii kalumnii i podłych oskarżeń pod własnym adresem? Kiedyś bolało, teraz dociska ramy naszego istnienia, wskazuje własne nasze kontury, pozwala się określić i domknąć.
Sens tego wszystkiego być może nigdy nie zostanie wyartykułowany. Podejrzewam jednak, że w tych rozgrzewających momentach okrutnych uniesień przybliżamy się do istoty naszego wspólnego przedsięwzięcia, które nie jest ani imitowaniem, ani symulowaniem świata rzeczywistego. Ten mały cyrk na kopcu zmielonych kości jest jak najbardziej rzeczywisty, czego dowieść mogą jedynie oczy nabiegłe krwią. I te żyły napięte jak baty. Wtedy i tylko wtedy jest świetnie.
(Jacques de Brolle)
