Archiwum miesiąca Wrzesień 2010

PostHeaderIcon KZM – Szkarłatny Fenrir

Dzień zaczynał się zwyczajnie, trochę leniwie. Słońce powoli rozganiało poranną mgłę, rosa zwisająca z przepięknych pajęczyn rozpostartych po łąkach niczym dywan przeplatany diamentami zaczęła opadać. Dwoje młodych mieszkańców Nadziei wybrało się na wędrówkę wzdłuż starego i dawno zapomnianego już szlaku wzdłuż linii brzegowej Jeziora Błękitnego. Niebezpieczna, nieuczęszczana trasa wydała się młodym spacerowiczom wyjątkowo atrakcyjna.

Młodzi wyszli z Nadziei około 4.30 dnia 28 sierpnia i od tamtej pory nikt o nich nie słyszał. O niezwykłej wyprawie dwojga młodych ludzi wiedziała tylko najbliższa rodzina. „Mieli spacerować tym zapomnianym szlakiem” – opowiada Anna P. – matka zaginionej – „Cała wyprawa miała trwać około tygodnia. Poza wypoczynkiem młodzi chcieli zbadać trasę, której starą mapę znaleźli w archiwach naszej miejscowości. Dodatkowym atutem tej trasy miała być przeprawa przez Rezerwat Smoków. Kamil – chłopak mojej córki – fascynował się tymi niesamowitymi stworzeniami”.

Dni mijały a wędrowcy nie dawali żadnego znaku życia. Rodzina powoli zaczynała się niepokoić. W końcu przyszedł 4 września – dzień planowanego powrotu – po nim zaś 5 i 6 a młodych odkrywców wciąż nie widać było na horyzoncie. „Czekaliśmy na nich, wypatrując ich na zmianę w dzień i w nocy” – wspomina brat zaginionego – „W końcu to czekanie stało się nie do zniesienia. Nie mogliśmy dłużej czekać. 7 września z samego rana, po nieprzespanej nocy zgłosiłem sprawę Władzą Morvańskim”.

Rozpoczęły się analizy. Szef Morvan Guarda, oddziału policyjnego pilnującego porządku na terenie miejscowości i w okolicach Jeziora Błękitnego wysłał na zwiady dwóch z pięciu swoich podwładnych, sam natomiast przeszedł do analizowania mapy, którą wykorzystali młodzi wędrowcy. “Po długich i mozolnych obliczeniach doszedłem do wniosku, że cała wyprawa zakładając, że młodzi wędrowali z prędkością ok 7 km/h przez 8 godzin dziennie, powinna trwać ok 10-12 dni, czyli niemal dwa razy dłużej niż zakładali zagubieni”. Według Komendanta Michała S. panika jaką podniosła rodzinna była nieuzasadniona. Funkcjonariusze wysłani na zwiady nie zostali jednak wycofani.

„Okropnie zdenerwowało mnie lekceważące podejście Pana Komendanta” – wspomina Pani Anna – „Moje dzieci były same, w buszu – nie przygotowali się na tak długą wędrówkę, na pewno skończyły się im już zapasy. Miałam bardzo złe przeczucia, ale nikt nie zwraca uwagi na starą, schorowaną kobietę”. W głosie kobiety słychać było zdenerwowanie i strach. Trudno jednak dziwić się matce, której dzieci zaginęły w niezbadanym gąszczu Morvańskich mokradeł.

Warto w tym miejscu nadmienić, że lasy porastające bagna i torfowiska u podnóży gór Morvanu, nad brzegami Jeziora błękitnego nie należą do najbezpieczniejszych. Wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Dzikie stworzenia, drapieżniki mogące bez najmniejszego problemu zabić człowieka, wiele gatunków jadowitych wężów, pająki, których jad mógłby poważnie uszkodzić ludzkie tkanki – wszystko to tylko drobny ułamek tego, co czeka na śmiałków zapuszczających się w ten niebezpieczny gąszcz. 45 letnia kobieta miała prawdo obawiać się do córkę i jej partnera.

10 września do władz zadzwonił jeden z miejscowych rybaków. Według jego relacji wody wpływającej do Jeziora Błękitnego rzeki przybrały dziwny, szkarłatny kolor. Co jakiś czas, w górze Fenrira zakwitają glony, które niesione przez wody rzeki zmieniają jej kolor w szkarłatny – wszystko wskazywało na to, że w tym przypadku mamy do czynienia właśnie z takim zjawiskiem. Czujny rybak nie dał się jednak zwieść pozorom – pływał po Jeziorze Błękitnym od wielu lat i doskonale wiedział, że nie jest to pora na kwitnienie tychże glonów. „Cała ta sytuacja była niezwykle podejrzana, dlatego postanowiłem podpłynąć bliżej i sprawdzić, co tak właściwie się tam działo” – relacjonuje Antoni Rz. znany Morvański rybak – „Nim zdołałem dopłynąć do ujścia Fenriru woda przybrała już swój naturalny kolor. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie Alginak zamienił wody rzeki w krew”.

Rybak postanowił sprawdzić swoją teorię. Zakotwiczył swój kuter i wyruszył w głąb lądu. „Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać, ale gdy zobaczyłem dwa ogromne niedźwiedzie ucztujące nad jakąś padliną oniemiałem. Prawdziwy szok jednak przeżyłem gdy zorientowałem się, że padlina ta to nic innego jak szczątki człowieka”.

Pan Antonii odstraszył drapieżniki i wezwał na pomoc funkcjonariuszy Morvan Guarda. „Długo czekałem na przybycie policjantów. Bałem się niesamowicie – ogromne niedźwiedzie krążyły w pobliżu. Słyszałem ich kroki wśród zarośli. Nie mogłem jednak pozwolić im dalej ucztować na zwłokach tego nieszczęśnika, choć niewiele z nich już pozostało” – wspomina – „Gdy w końcu funkcjonariusze pojawili się na horyzoncie odetchnąłem z ulgą”.

Oficerowie Morvan Guarda przeprowadzili dokładne oględziny miejsca zbrodni. Niestety tragedia jaka rozegrała się nad brzegami Fenrira była znacznie większa niż początkowo zakładano. “Podczas zbierania zwłok denata zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia nie z jedną, a z dwiema ofiarami”. Rzeczywiście – wśród porozrzucanych bezładnie części ciała, wnętrzności oraz strzępów ubrań można było bez większego problemu rozróżnić te, które należały do kobiety i te należące do mężczyzny. Funkcjonariusze natychmiast skojarzyli tę sprawę ze zgłoszonym niedawno zaginięciem pary młodych turystów. Zanim jednak pojawiły się oficjalne wiadomości na temat odnalezienia ciał zaginionych należało przeprowadzić testy w celu potwierdzenia tożsamości ofiar.

„W przypadku większości ofiar wystarczy badanie dentystyczne” – tłumaczy komendant Morvan Guarda – „Niestety w tej konkretnej sytuacji niezbędne okazały się testy DNA, a to głównie dlatego, że ciała ofiar były w tragicznym stanie, szczęk zaś, w ogóle nie odnaleziono. Najprawdopodobniej zostały pożarte przez dzikie zwierzęta”.

W końcu pojawiły się długo wyczekiwane wyniki analizy DNA. Niestety potwierdziły się przypuszczenia władz. Ciała odnalezione nad brzegiem Fenrira należały do zaginionych turystów. „Kiedy w moich drzwiach stanęło dwóch funkcjonariuszy byłam przekonana, że znaleźli moje dzici” – wspomina ze łzami w oczach Pani Anna – „Serce pękło mi gdy usłyszałam, że oni nie żyją, a identyfikacja była możliwa tylko dzięki testom DNA. Nic gorszego nie może spotkać kochającej matki” – to mówiąc kobieta zaszlochała żałośnie i dłuższa chwila musiała upłynąć nim znalazła w sobie siłę by kontynuować swoją opowieść – „Chciałam znaleźć zabójcę. Znaleźć go i ukarać”.

Potencjalnym zabójcą były niedźwiedzie, które oczywiście znajdowały się na miejscu zbrodni, sposób jednak, w jaki porozrzucane były szczątki ofiar wskazywał na zupełnie innego zabójcę. Porozciągane w promieniu kilku metrów części ciała mogłoby sugerować, że wcześniej ciało ofiar było pożywką dla innego groźnego drapieżnika – wilka sarmackiego. Dodatkowo za winą tychże przemawiały ślady łap odnalezione w pobliżu miejsca zbrodni.

Fakt, że wilk sarmacki pojawił się na miejscu zbrodni przed niedźwiedziem był dla badaczy oczywisty. Jasne również było, że zarówno niedźwiedzie jak i wilki ucztowały na ciałach ofiar, czy to jednak wilki zabiły turystów? Wszak wśród zarośli Morvanu kryło się wiele niebezpiecznych stworzeń. Wygrzewająca się w pobliżu żmija ruda obdarzona niezwykle toksycznym jadem mogła zaatakować ofiary, zabić je i pozostawić ich ciała jako pożywkę dla drapieżników.

W normalnych warunkach aby wykluczyć lub potwierdzić tę teorię wystarczyłoby dokonać dokładnych oględzin ciał – niestety w tym przypadku było to niemożliwe. Konieczne zatem okazało się badanie toksykologiczne. „Nie spodziewaliśmy się odkryć czegoś niezwykłego. Bardzo mało prawdopodobne było, żeby dwoje młodych ludzi umarło od ukąszenia żmii rudej w tym samym miejscu. Zwierzęta te są samotnikami, w dodatku bardzo zdecydowanie bronią swojego terytorium. Sytuacja w której dwoje ludzi zostało ukąszonych mogłaby mieć miejsce jedynie w okresie godów tych gadów – te natomiast przypadają na przełom maja i czerwca”. – pomimo bardzo małego prawdopodobieństwa ukąszenia przez żmiję, fakt jej wygrzewania się w pobliżu miejsca zbrodni nie mógł pozostać niezbadany, dlatego też władze zleciły wykonanie analizy toksykologicznej.

„Te stworzenia nie mogły nikogo zabić” – przekonuje jeden z miłośników wężów – Pan Robert C. – „Faktycznie ich jad jest niezwykle toksyczny i w ciągu kilku sekund mógłby zabić człowieka, ale gady te oszczędzają go na polowania. Większość zanotowanych ukąszeń to tzw. ukąszenia ślepe. Żmija wbija swoje zęby, ale nie wpuszcza w ciało ofiary drogocennego jadu. Poza tym te stworzenia są niezwykle spokojne – większość ofiar ukąszeń najpierw prowokowała węża – próbowała go łapać lub straszyć”. Niezwykle trudno uwierzyć w opanowanie tak groźnego drapieżnika, pan Robert jednak pewien jest swoich przekonań – „Mógłby tu i teraz stanąć twarzą w twarz ze żmiją rudą. Nie zrobiłaby mi nic, nawet gdyby zamknięto nas w jednym pokoju na 24 godziny”.

Czas mijał, a głównym podejrzanym wciąż był wilk sarmacki. Dziwne, że ten drapieżnik zaatakował człowieka pod koniec lata – w końcu o tej porze roku wilki mają dostatek pożywienia a najedzone nie atakują ludzi, ale i takie rzeczy się zdarzają. Podważyć teorię ataku watahy mogły jedynie wyniki analizy toksykologicznej. Pojawiły się one na biurku komendanta Morvan Guarda dnia 13 września 2010 roku o godzinie 22.00 i od razu zaszokowały funkcjonariuszy prowadzących śledztwo. W ciałach ofiar odnaleziono ślady kryptaminy – ta silnie trująca substancja pochodzi z grzybów rosnących w lasach Morvanu. Najprawdopodobniej turyści zabłądzili w lesie, a gdy skończyły im się zapasy zaczęli zbierać i zjadać grzyby leśne. Wśród zebranych przez nich okazów musiał znaleźć się Szatan Czerowny – ten przypominający gołąbka grzyb jest jednym z najbardziej trujących grzybów jakie występują w naszym sąsiedztwie. Wystarczył jeden mały okaz by pozbawić życia oboje turystów.

„Przypuszczaliśmy, że wilki mogłyby być tylko gośćmi na darmowym posiłku, nie zakładaliśmy jednak, że zabójcze były grzyby” – opowiada rzeczniczka Morvan Guarda, Pani Katarzyna R. Sprawa została rozwiązana, jednak fakt, że dwoje młodych ludzi zmarło z powodu zatrucia grzybami zmusza nas do przypomnienia Państwu o nie zbieraniu grzybów, co do których mają Państwo choćby najmniejsze przypuszczenia, że mogą być trujące.

PostHeaderIcon Pseudodraconis Kefasus

W dniu wczorajszym do redakcji “Wiejskiej Sielanki” jak oszalały wbiegł Karol Marcjan-Chojnacki-Szabelka. Podekscytowany rzucił na moje biurko szarą kopertę po czym podekscytowany wybiegł w tempie zawrotnym krzycząc: “Odkryłem! Odkryłem!”. Wielkie było zdziwenie pracowników redakcji tym niecodziennym zachowaniem piastującego urząd Ministra Infrastruktury mieszkańca Nadziei słynącego raczej z powściągliwości i opanowania nic więc dziwnego, że gdy tylko pracownicy redakcji zdążyli podnieść szczęki z podłogi rzucili się na leżącą na moim biurku kopertę.

Rozrywanie koperty trwało zaledwie ułamek sekundy, ale dla nas było całą wiecznością, gdy w końcu udało nam się dostać do materiałów znajduących się wewnątrz naszym oczom ukazał się wykonany pospiesznie szkic niezwykłego stworzenia oraz którki jego opis: “Tajemnicze stworzenie smokopodobne, parokrotnie dostrzeżone w rezerwacie, o niepewnej taksonomii. Władze rezerwatu nadały tymczasową nazwę łacińską na cześć pierwszego Księcia Sarmacji. Zredukowane skrzydła i kończyny przednie sugerują regres ewolucyjny w stosunku do postaci latającej. Rysunek na podstawie relacji śwadków wykonany przez znanego nadziejskiego rysownika Karola Marcjana-Chojnackiego-Szabelkę”.

Ze zdziwieniem przyglądaliśmy się rysunkowi, który prezentujemy poniżej.

Władze Rezerwatu Smoków już poinformowały o przygotowaniach do wyprawy w strony, w których rzekomo zaobserwowano tego niesamowitego Smoka. Czy będziemy świadkami odkrycia nowego gatunku? Czy to jedynie wymysł mieszkańców usiłujących zwrócić na siebie uwagę v-świata? Nie wiadomo, pewne natomiast jest to, że Pan Marcjan-Chojnacki-Szabelka zasłużył na cegiełkę ze swoim nazwiskiem na Murze Zasłużonych: http://mur.sarmacja.org/

PostHeaderIcon Mur Zasłużonych

Mur Zasłużonych to pomnik stworzony na cześć osób, które działają na rzecz Nadziei. Koncepcja jest bardzo prosta – Mur będzie składał się z cegieł z nazwiskami osób, którze coś zrobiły – nie musi to być wielki projekt liczy się każde dzieło, nawet najmniejsze – wraz z krótkim opisem tego, co dana osoba zrobiła.

Pomysł narodził się na koniec sierpnia 2010 i już 1 września tegoż roku Mur stanął nieopodal Placu Piotra Mikołaja I. Władze miejscowości wstrzymywały się jednak z jego otwarciem oczekując na odpowiedni moment. Po naradzie podjęto decyzję o odsłonięciu Muru Zasłużonych właśnie w dniu dzisiejszym.

Chwilowo nie ma zbyt wielu cegiełek nasz Mur i niziutki jeszcze jest, mamy jednak nadzieję, że szybko się to zmieni. Ważny dla wszystkich Sarmatów może okazać się fakt, że nie trzeba być mieszkańcem Nadziei by zapisać swoje nazwisko na Murze. Każda osoba, która przygotuje coś dla miejscowości dołoży swoją cegiełkę. Może w tym pomóc niedawno powstałe Biuro Pracy, w którym można znaleźć najświeższe oferty pracy http://nadzieja.sarmacja.org/?s=praca

Mur Zasłużonych znajduje się pod adresem: http://mur.sarmacja.org/ Oby jak najszybciej sięgnął nieba.

PostHeaderIcon Biuro Pracy

Szanowni Mieszkańcy Nadziei,

W dniu dzisiejszym uruchomiliśmy Biuro Pracy w Nadziei. Od tej pory każdy, kto jeszcze nie znalazł drogi swojego rozwoju v-zawodowego będzie mógł znaleźć tam pomoc i inspiracje.

Na chwilę obecną, w Biurze znajduje się 11 ofert. Poszukujemy: Grafika 2D, Grafika 3D, Programisty, Pracownika Rezerwatu Smoków, Pisarza, Dziennikarza, Astronoma, Kartografa, Specjalisty ds. rozrywki, Specjalisty ds. kontaktu z nowymi mieszkańcami oraz Meteorologa. Z ofertami można zapoznać się na stronie: http://www.nadzieja.sarmacja.org/?s=praca

Biuro Pracy